Niemcy domagają się dla siebie statusu ofiar wojny


„Ten zbrodniarz Churchill”

Joachim Trenkner z Berlina



„Ja jednak myślę o Coventry [brytyjskim mieście, zniszczonym przez Luftwaffe w 1940 r.] i nie czuję się uprawniony do formułowania jakichkolwiek zastrzeżeń wobec płynącej stąd nauki, że za wszystko trzeba płacić” – tak Tomasz Mann, który za Hitlera wyemigrował do USA, skomentował w przemówieniu wygłoszonym w amerykańskim radiu wiadomość o zrównaniu z ziemią przez alianckie lotnictwo Lubeki, jego rodzinnego miasta. 


Mann zdziwiłby się zapewne, gdyby dane mu było zapoznać się z książką, która przebojem zdobywa dziś niemieckie listy bestsellerów, wywołując kolejną – i kontrowersyjną – dyskusję o historii... 
Było ponure zimowe popołudnie, jakich wiele w Berlinie, ale sala pękała w szwach: może 400 głównie starszych osób tłoczyło się, by wysłuchać, co 44-letni historyk Jörg Friedrich ma do powiedzenia na temat alianckich nalotów, które podczas II wojny światowej pustoszyły Niemcy. Tak jest nie tylko w Berlinie: wszędzie, gdzie pojawi się Friedrich, ściągają tłumy, by słuchać jego wykładów – przyznajmy, nieco stylizowanych teatralnie – o brytyjskich i amerykańskich bombach burzących (blockbusters) – te leciały pierwsze – i spadających ich śladem bombach zapalających, zamieniających w piekło niemieckie miasta i zabijających cywilów, z których, jak mówi Friedrich, „większość miała wybór: spłonąć żywcem na ulicy lub udusić się w piwnicy”.

„Otwierać rachunki”
Friedrich, niedawno niemal nieznany, wydał pod koniec 2002 r. książkę: „Pożoga – Niemcy pod bombami 1940–1945” („Der Brand – Deutschland im Bombenkrieg 1940–1945”, wyd. Propyläen 2002). W ciągu zaledwie miesiąca sprzedano ponad 100 tys. egzemplarzy [co odpowiada 50 tys. w Polsce – red.], a wydawnictwo nie nadąża z dodrukami. To już druga książka, traktująca o Niemcach jako o ofiarach wojny, która ostatnio wywołuje tak wielkie zainteresowanie – i emocje. Rok temu powieść Güntera Grassa „Idąc rakiem” sprowokowała dyskusję o losie milionów Niemców, uciekających przed frontem sowieckim bądź wysiedlanych po 1945 r. zza Odry i Nysy (patrz „TP” nr 10/2002). Wtedy mówiono: wreszcie ktoś odważył się powiedzieć głośno o naszych ofiarach. Teraz, po ukazaniu się książki Friedricha, słychać podobną opinię. I znowu, jak przy Grassie, mówi się o złamanym tabu. 
„Nadszedł czas, by przedstawić Niemcy w roli ofiar alianckich nalotów” – tak szef wydawnictwa Propyläen rozpoczął prezentację książki przed berlińską prasą; książki, która jego zdaniem „wypełnia bolesną lukę w naszej narodowej pamięci” i „uderzyła jak bomba” (sformułowanie niezbyt szczęśliwe...), zdobywając z marszu czytelników i przyciągając uwagę mediów: jej fragmenty drukował w odcinkach brukowiec „Bild” (12 mln czytelników), w gazetach, radiu i TV ukazały się niezliczone recenzje i wywiady z autorem. Rezultat imponujący. „Taka książka – stwierdzał z ulgą autor konserwatywnej »Frankfurter Allgemeine Zeitung« – musiała pojawić się na koniec stulecia, które było najbardziej niszczycielskie w historii kultury człowieka. Oto na początku nowego tysiąclecia jeszcze raz otwiera się rachunki zagłady i krzywd”. 
Otwierać rachunki? Brzmi to tak, jakby autor tych słów chciał zdjąć z Niemców winę za wojnę... Nie ma wątpliwości: trwające 5 lat bombardowania niemieckich miast – funkcjonujące pod nazwą własną Bombenkrieg lub Luftkrieg (wojna z powietrza); podobnie pod własną nazwą funkcjonują wysiedlenia (Flucht und Vertreibung) – uderzały w ludność cywilną, niosąc śmierć i zniszczenie. Mówiono wtedy nie tylko o froncie wschodnim i zachodnim, ale także o „froncie wewnętrznym” (Heimatfront). 
Prawdą jest również, że alianckie naloty i niemiecką „wędrówkę ludów” po 1944-45 r. zza Odry, czy szerzej z całej niemal Europy Środkowej i Wschodniej można określić mianem największej katastrofy, jak przydarzyła się narodowi niemieckiemu od wojny trzydziestoletniej (1618–1648). Alianci bombardowali ponad tysiąc miejscowości, często po kilka razy. Na głowy 25 milionów ich mieszkańców spadło półtora miliona ton bomb; zginęło 600 tys. ludzi. Nieodwracalnie zniknęły zabytkowe, często średniowieczne centra niemieckich miast. 
Nie ma też wątpliwości, że o cierpieniach, jakie zadano wtedy niemieckim cywilom, wolno i trzeba pisać. Także w Niemczech i także dziś, ponad pół wieku później.
Pytanie brzmi tylko: jak?

Pamiętać, ale jak?
Jak w przypadku Grassa, tak i teraz pojawia się teza, że pisząc o cierpieniach Niemców obaj autorzy złamali tabu, głoszące rzekomo, iż o niemieckich ofiarach nie należy głośno mówić. „Do dziś nie istniała całościowa praca historyczna, opisująca faktyczne rozmiary Bombenkrieg i związane z nim losy zwykłych ludzi. Dzieło Friedricha jest właśnie tą brakującą książką: opisuje kampanię zagłady niemieckich miast, systematycznie planowaną i prowadzoną przez Brytyjczyków i Amerykanów” – zachwala produkt wydawca książki. 
Stwierdzenie to jest nieprawdziwe. I nie można go usprawiedliwić bonmotem, że każde pokolenie na nowo odkrywa historię. Wystarczy odwiedzić biblioteki. Już w 1948 r. ukazała się relacja Hansa Ericha Nossacka, świadka zniszczenia Hamburga; w 1956 r. doszła powieść Gerta Lediga „Odwet”. Później ukazały się książka Aleksandra Kluge o zrównaniu z ziemią Halberstadt i praca Waltera Kempowskiego o nalocie na Drezno. Były publikacje Wojskowego Instytutu Historycznego Bundeswehry, wydawane pod patronatem prof. Horsta Booga, najwybitniejszego tu eksperta, czy klasyczna już praca Götza Bergandera o zagładzie Drezna („Dresden im Luftkrieg”). Do tego liczne filmy dokumentalne, jak „Apokalipsa nad Menem” (o zniszczeniu Würzburga), „Gomora” (o piekle Hamburga), „Niemcy pod bombami” bądź „Przeżyliśmy w schronie”. I wiele innych, we wstrząsający sposób ukazujących cierpienia zwykłych ludzi.
„Pod względem merytorycznym książka Friedricha nie zawiera nic, o czym nie można by było dotąd przeczytać w fachowej literaturze naukowej – także mającej charakter oficjalny, urzędowy – i to zarówno anglosaskiej, jak i niemieckiej” – pisał prof. Boog w recenzji na łamach „Frankfurter Allgemeine”. To prawda: książka nie jest ani pierwszym, ani tym bardzie jedynym całościowym ujęciem. Pomimo to w posłowiu czytamy, że oto po raz pierwszy główny akcent położono na cierpienia tych, których udziałem był Bombenkrieg. 
Na tym właśnie polega problem z tą książką i jej autorem. Bo choć trudno zarzucić coś samemu pragnieniu wspominania Niemców jako ofiar tej wojny, to trudno nie zauważyć, że często pragnienie takie łączy się z innym: zepchnięcia na drugi plan pamięci zbiorowej roli Niemców jako oprawców, ponoszących za tę wojnę odpowiedzialność.

Polska poza cywilizacją
Co Friedrich chciał osiągnąć swą 539-stronicową pracą? Zapewnia, że nie było jego celem dostarczenie argumentów skrajnej prawicy. Brzmi to wiarygodnie. Tym bardziej, że Friedrich był kiedyś... skrajnym lewakiem (mówi o sobie: „były lewicowy radykał”), członkiem jednego z maoistowskich środowisk, funkcjonujących w latach 70. w tzw. opozycji pozaparlamentarnej – ruchu kontestującego system Republiki Federalnej. W młodości pracował jako aktor, potem studiował historię; dziś mówi, że jest dziennikarzem i niezależnym historykiem, tj. pracującym poza instytucjami akademickimi. Uczestniczył w pracach nad „Encyklopedią Holocaustu”, wydaną przez izraelski instytut pamięci Yad Vashem; opublikował też książkę o Wehrmachcie w kontekście prawa wojennego. 
W rozmowie z „Tygodnikiem” Friedrich powiedział, że rola jego polegała jedynie na uporządkowaniu faktów, i że zrezygnował z jakiegokolwiek wartościowania. Wątpliwe to tłumaczenie: w rzeczywistości Friedrich wartościuje – i to nieustannie. Niektóre zaś z tych ocen nie wytrzymują konfrontacji z faktami. Przykładowo, Friedrich twierdzi, że „pierwszym narodem, na którym wypróbowana została do końca, konsekwentnie, aż po całkowite wyniszczenie, puszczona w ruch furia zniszczenia nadchodząca z powietrza, był naród niemiecki”. Czy należy przez to rozumieć, że nie było wcześniej masowych nalotów Luftwaffe na Wieluń [patrz ramka – red.], Warszawę, Rotterdam, Coventry i Londyn? I to zanim alianci zaczęli ofensywę lotniczą przeciw Niemcom? Czy to nie Hitler groził, że „wymaże” z mapy brytyjskie miasta? 
W innym miejscu Friedrich stwierdza: „Żadna cywilizacja nie została wcześniej spustoszona bardziej niż Niemcy, niszczone przez brytyjskie Bomber Command [strategiczne lotnictwo bombowe] i dwie Floty Powietrzne armii USA”. Teza taka zmusza do dwóch wniosków: albo autor ignoruje świadomie zniszczenia, jakich armia Hitlera dokonała podczas „wojny na wyniszczenie” (Vernichtungskrieg) w Polsce i ZSRR, albo nie zalicza Polski i Rosji do cywilizacji. Skonfrontowany przez „Tygodnik” z tym deficytem, Friedrich odparł lapidarnie: „Zakładałem, że jest jasne, iż to Hitler rozpętał wojnę”. Po czym dodał, nie bez cynizmu: „Niewidomi, którzy spłonęli żywcem w domu opieki przy berlińskiej Oranienstrasse, nie byli winni wojny z Polską”.
W osobnym rozdziale Friedrich opisuje przyjętą przez gabinet Churchilla strategię bombardowań dywanowych (area bombing), której celem było nie tylko uderzenie w przemysł zbrojeniowy, ale też złamanie morale cywilów. Szczególnie ostro krytykuje to drugie założenie, określane jako moral bombing: naloty dla złamania ducha oporu. W tej wizji, dowodzi Friedrich, bomba jawiła się jako „narzędzie chirurgiczne, przy pomocy którego można by, drogą swoistej inżynierii społecznej, zoperować chorobliwe myślenie”. Naczelnym chirurgiem, tu Friedrich nie ma wątpliwości, był Winston Churchill. A że świadome bombardowanie cywilów nie ma pokrycia w prawie o prowadzeniu wojny, więc ci, którzy odpowiadają za moral bombing, kontynuuje autor „Pożogi”, popełniali zbrodnie wojenne. 

„Moralne zrównywanie”
Zapytany wprost, Friedrich zaprzeczył, jakoby uważał Churchilla za winnego zbrodni. W jednym z wywiadów w TV powiedział jednak: „Churchill nie może być uznany za zbrodniarza wojennego w sensie prawnym już choćby z tego powodu, że zwycięzców nie oskarża się o zbrodnie wojenne, nawet jeśli takowe popełniali”.
Trudno się dziwić, że książka wywołała w Wielkiej Brytanii falę oburzenia. Akurat Churchill, wybrany właśnie przez widownię BBC na „największego Brytyjczyka wszechczasów”, miałby być zbrodniarzem wojennym?! Dziennik „Daily Telegraph” nazwał książkę „niespotykanym atakiem na sposób prowadzenia II wojny światowej przez aliantów”. Friedrich próbuje „skonstruować moralną równowagę między akceptacją Churchilla dla bombardowań dywanowych a zbrodniami nazistów” – oceniał „Daily Mail”. Brytyjski historyk wojskowości Antony Beevor, którego wybitna praca „Berlin 1945 – Upadek” przez wiele miesięcy otwierała rankingi bestsellerów na Wyspach, zarzuca Friedrichowi, że postępuje ahistorycznie, przedstawiając naloty jako „instrument wyłącznie terroru” (tłumaczenie polskie Beevora ukazało się w ub.r. w wyd. Magnum – red.).
Być może sporo krytyki zostałoby mu oszczędzone, gdyby opisy nalotów i ich skutków – trzeba przyznać, wstrząsające – Friedrich poprzedził choćby skromnym wprowadzeniem, uwzględniającym to, co doprowadziło do zniszczenia niemieckich miast. Tymczasem naloty Luftwaffe wspomina on skąpo, na marginesie. Podobnie pobieżnie traktuje skutki ataków, prowadzonych w 1944-45 r. na Londyn przez Wunderwaffe: rakiety V-1 i V-2. 
Friedrich ignoruje także rzecz zasadniczą: że to Niemcy pierwsze proklamowały i zastosowały „wojnę totalną”. Prof. Lothar Kettenacker, wiceszef Niemieckiego Instytutu Historycznego w Londynie, zauważał: „Prowadzone od wiosny 1942 z coraz większą intensywnością alianckie naloty na Niemcy były nie tylko odpowiedzią na uprzednie terrorystyczne ataki niemieckiego lotnictwa na Warszawę, Rotterdam, Coventry i Londyn; już prędzej był to brytyjski rachunek, wystawiony Niemcom za atak na ZSRR”. W końcu naloty były długo najważniejszym wkładem Brytyjczyków w koalicję antyhitlerowską i działaniem zastępczym, za nie istniejący jeszcze drugi front w Europie. Autor „Pożogi” opisuje je jednak w oderwaniu od kontekstu polityczno-militarnego. Götz Bergander mówił w rozmowie z „Tygodnikiem”: „Friedrich potępia bez różnicowania odmienne doktryny nalotów Brytyjczyków i Amerykanów; pomija też rolę taktycznego lotnictwa alianckiego, które atakowało zaplecze frontu. Same naloty nie zadecydowały wprawdzie o przebiegu wojny, ale w znaczący sposób przyczyniły się do klęski Niemiec”.

Odwracanie pojęć 
Choć Friedrich podkreśla, że nie chce dokonywać „ocen moralnych”, jest jeszcze jeden dowód, iż prawdziwym jego celem było rozciągnięcie pojęcia winy na zachodnich aliantów. Chodzi o język tej książki: Friedrich używa pojęć, dotąd stosowanych tylko dla nazwania zbrodni nazistowskich. I tak, ofiary bombardowań zostały wedle niego przez aliantów „wytępione” (ausgerottet; pojęcia „wytępienie” naziści używali wobec Żydów). Brytyjskie lotnictwo nazywa Einsatzgruppe (to nazwa własna: określa formacje mordujące Żydów). Piwnice, w których ludzie dusili się trującymi oparami, nazywa „miejscami kaźni” (Hinrichtungsstätten), gdzie niemieckie ofiary były „gazowane” (vergast). Mowa o „rozkazach do mordowania” albo „upojeniu [aliantów] wyniszczeniem [Niemiec]”. Stosując taki język, dokonuje się rzeczy niedopuszczalnej: stawia ofiary nalotów na jednej płaszczyźnie z ofiarami Holocaustu. Zapytany, czy ma świadomość, że język ten może ranić tych, którzy przeżyli okupację – nie tylko uratowanych z Holocaustu, ale też Polaków czy Rosjan – Friedrich odparł: „Czy masakry Bomber Command nie ranią uczuć tych, którzy przeżyli ten terror z powietrza?”.
Nikt nie kwestionuje, że aliancka ofensywa z powietrza niosła cierpienie także niewinnym. Albo że prowadzone w 1945 r. naloty na Würzburg, Poczdam czy Drezno nie miały już znaczenia, wojna była rozstrzygnięta [o zniszczeniu Drezna patrz „TP” 8/1995 – red.]. Jednak po lekturze tej książki trudno nie mieć wrażenia, że jej autor chce zrelatywizować zbrodnie Hitlera. I w ten sposób udzielić Niemcom rozgrzeszenia – wobec historii. 
W najnowszym tygodniku „Der Spiegel” – który rozpoczyna w tym tygodniu druk serii tekstów pod tytułem „Bomby przeciw Niemcom”, jak zwykle wczuwając się w nastroje społeczne (kilka miesięcy temu w „Spieglu” ukazała się seria o wysiedleniach) – historyk Hans-Ulrich Wehler ostrzega przed „nowym niemieckim kultem ofiar”.
Pamiętać, ale jak...? Podczas niedawnej dyskusji nad ideą europejskiego „Centrum Przeciw Wypędzeniom” prof. Arnulf Baring postawił tezę, że gdy o historii mowa, Niemcy cierpią na „zaburzenie emocjonalne”, a równowagę odzyskają dopiero, gdy pozwoli się im – po przyjęciu przez nich odpowiedzialności za zbrodnie nazistów – także na czczenie własnych ofiar. Być może Baring ma rację. Na tej trudnej drodze książka Friedricha jest jednak drogowskazem fałszywym.


Przełożył Wojciech Pięciak


Joachim Trenkner był reporterem „Newsweeka” i berlińskiej telewizji. Stale współpracuje z „TP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl