O najnowszej książce René Girarda, autora „Kozła ofiarnego”


Co nagle, po diable?

Łukasz Tischner



Obejrzałem program o historii islamu, emitowany przez Trinity Broadcasting Corporation. TBC kojarzyło mi się dotąd z elokwentnymi kaznodziejami, uzdrawiającymi rozgorączkowaną widownię. Tym razem pojawił się szpakowaty jegomość o wyglądzie i manierach akwizytora, który kojącym basem metodycznie wykazywał, że każdy muzułmanin śmiertelnie nienawidzi chrześcijan.


Coraz bardziej przerażające cytaty z Koranu okraszane były obrazami tłumów – na przemian rozmodlonych lub rzucających kamieniami. Kiedy prelegent udowodnił już niezbicie, że tylko przez przypadek chrześcijanie nie zostali jeszcze wyrżnięci, na ekranie pojawiła się okładka książki, którą radził kupić, bo w niej rzecz miała być wyłuszczona jeszcze dobitniej. Jej autorem był oczywiście szpakowaty jegomość.
Nietrudno sobie wyobrazić, że w tym samym czasie jakaś stacja arabska nadaje program o historii chrześcijaństwa lub judaizmu, w którym cytaty ze Starego Testamentu i ksiąg świętych równie sugestywnie ilustrują pogadankę o śmiertelnej nienawiści, jaką do islamu mają żywić chrześcijanie i Żydzi. Skąd bierze się atrakcyjność tego rodzaju teorii? Dlaczego tak łatwo się nimi zarażamy?

Ani żadnej rzeczy...
Mało kto poważnie zastanawia się nad tymi pytaniami. Interpretacje socjologów, psychologów i antropologów – zwłaszcza gdy odnieść je do tak straszliwych wydarzeń jak Endlösung – rażą na ogół powierzchownością. Wyjaśnienia teologów z kolei brzmią dziś abstrakcyjnie lub anachronicznie. Człowiekiem, który z uporem drąży te kwestie, starając się pogodzić ogień religii z wodą nauk o człowieku, jest wieloletni profesor Stanford University – René Girard. Teorie francuskiego antropologa kultury, rozsławionego studiami o „koźle ofiarnym”, budzą liczne kontrowersje. Przyznaję, że opór rodzą też we mnie.
Czy nie przydałoby się Girardowi trochę więcej pokory? Czy nie powinien przyjąć, że nie wszystkie przejawy agresji dają się wyjaśnić za pomocą teorii „pożądania mimetycznego” i „kozła ofiarnego” albo że czasem tego rodzaju motywacje okazują się drugorzędne? Upór Girarda sprawia, że jego prace roją się od powtórzeń, a czytelnik musi zainwestować w lekturę sporo dobrej woli (zwłaszcza, gdy zna już choć jedną z jego klasycznych prac – „Sacrum i przemoc” czy „Kozła ofiarnego”). Mimo tych niedogodności inwestycja popłaca, bo autor ma do powiedzenia coś naprawdę istotnego, a kolejny odcinek dzieła przynosi porcję intrygujących nowości. Nie inaczej jest w przypadku książki z 1999 roku, „Widziałem szatana spadającego z nieba jak błyskawica”, która ukazała się niedawno w polskim przekładzie.
W ostatnich latach Girard zajmuje się głównie interpretacją Biblii. Przyświecają mu przede wszystkim cele polemiczne – chce sprzeciwić się cielęcym zachwytom nad religiami archaicznymi i wzmocnić nadwątloną pozycję chrześcijaństwa, czy raczej judeo-chrześcijaństwa, bo sięga i do Ewangelii, i do Biblii Hebrajskiej. „Widziałem szatana...” nazywa wręcz „apologią chrześcijaństwa”, co jest świadomą prowokacją. Girard nie używa jednak języka teologii, chce odwoływać się wyłącznie do zdrowego rozsądku i argumentacji antropologicznej (czy mu się to w pełni udaje, to już inna sprawa). Seria analiz ma wykazać, że tylko religia Krzyża potrafi się uporać z najgłębszymi korzeniami ludzkiej przemocy. Jedynie ona potrafi prześwietlić podstępy szatana, by przywołać staromodne słowo użyte wyzywająco w tytule książki.
Uzbrójmy się w cierpliwość i prześledźmy niektóre jego wywody. Girard rozpoczyna od przypomnienia swej teorii pożądania mimetycznego. Czyni to, odwołując się do dziesiątego przykazania, które zabrania nie aktu (zabijania, kradzieży itd.), lecz samego pożądania. Dostrzeżenie wyjątkowości tego zakazu prowadzi go do daleko idących wniosków. Prawodawca musiał wiedzieć, że nasze pragnienia krzyżują się – i ludzie z natury pożądają dóbr swych bliźnich. Girard przyznaje się do pesymistycznej, czy raczej realistycznej wizji stosunków międzyludzkich (spod znaku Hobbes’a czy nawet Schopenhauera) – bliźni jest wzorcem naszych pożądań, co nieuchronnie prowadzi do napięć, rywalizacji, czyli przemocy, która trawi wszelkie wspólnoty.
Jednak mimetyczne pożądanie nie jest samo w sobie złe – gdyby nie ono, przypominalibyśmy stado krów, które nie zmienia swych poglądów i pragnień. Zakaz jest zatem najporęczniejszą bronią przeciwko epidemii mimetycznego pożądania, prowadzącej do wojny wszystkich-przeciwko-wszystkim. Sam zakaz wszakże nie wystarcza, tym bardziej, że – jak zauważył św. Paweł – jego negatywny aspekt budzi coś, co Girard nazywa mimetyczną skłonnością do jego przekraczania. Odpowiedź na grozę pożądania mimetycznego przynosi wedle Girarda dopiero Chrystus, który w miejsce zakazu stawia inny wzór – własne pragnienie upodobnienia się do Ojca.

Kainowe znamię
Dlaczego jednak trzeba było aż Krzyża, by poskromić ludzką skłonność do agresji? Potykamy się tu o tytułowego bohatera książki – diabła, którego „krytyka, roszcząca sobie prawo do miana naukowej, niesłusznie zdeprecjonowała i zdyskredytowała”. Wedle Girarda nie darmo tytułuje się go mianem „księcia tego świata”, bo to na jego sztuczce (zamiana anarchicznej agresji wszystkich-przeciw-wszystkim w jednoczącą agresję wszystkich-przeciw-jednemu) wspiera się ludzka kultura. To mechanizm kozła ofiarnego ocala zwaśnioną wspólnotę, którą notorycznie nęka mimetyczna zaraza. Girard przekonuje, że u źródeł każdej kultury tkwi rytualny mord. Wszyscy nosimy Kainowe znamię.
Jak przebiega cykl mimetycznej rywalizacji? Adwersarze zakazują sobie nawzajem przedmiotu pożądania. Kluczowe słowo to zgorszenie, po grecku – skandalon. Termin ten oznaczał pierwotnie przeszkodę, której nie da się ominąć, dawne tłumaczenia Biblii mówiły o „skale potknięcia się”. Rywale stają się dla siebie nawzajem zgorszeniem, o które się potykają, a jednak im bardziej przeszkoda ich odrzuca, z tym większą mocą – pociąga. Prowadzi to do eskalacji zgorszeń: „spirala się rozkręca i dochodzi do swego rodzaju reakcji łańcuchowej – jedna zemsta pociąga za sobą następną – doskonałego połączenia przemocy i mimetyzmu”. Opis ten odnosi się do sytuacji modelowej, kiedy mamy do czynienia z dwoma adwersarzami. Sytuacja komplikuje się, gdy w grę wchodzi cała sieć konfliktów i zgorszeń. Wówczas największe pole do popisu ma ten, który wprowadza porządek i jednomyślność – diabeł.
Kim jest ten, którego ewangelie synoptyczne nazywają hebrajskim imieniem szatan, św. Jan zaś greckim słowem diabeł? Girard mówi o jego metamorfozach. Pierwsze wcielenie to kusiciel, który eksploatuje negatywny aspekt zakazu i apeluje do naszego nieskończonego pragnienia. Tym sposobem pozbawia nas mechanizmów obronnych przed konfliktowym mimetyzmem. I oto kiedy już wydaje nam się, że jesteśmy wyzwoleni, nagle zagradza nam drogę drugi szatan, który jest przeszkodą i rywalem – źródłem zgorszenia. Co istotne, diabeł jest jedynie personifikacją „złego mimetyzmu”, a zatem nie jest samodzielny bytowo. Podkreślając to, Girard odżegnuje się od manichejskiej ontologizacji zła.
Jak działa ów „zły mimetyzm”? Girard pokazuje to na przykładzie historii sądu nad Jezusem. Podstęp polega na tym, że szatanowi (jego tradycyjne imię brzmi – Oskarżyciel) udaje się przekonać wspólnotę o winie niewinnej ofiary, którą demonizuje. Właśnie dlatego Girard nazywa to sztuczką „szatana wyrzucającego szatana”. Krzyż pozwala na moment zjednoczyć tysiące pomniejszych zgorszeń, podziałów, które rozdzierały ówczesną społeczność żydowską (na marginesie warto dodać, że Girard rozprawia się z teoriami antysemickimi i podkreśla, że to mimetyzm, a nie przynależność etniczna tłumaczy nienawiść tłumów do Jezusa). Paradoksalnie wprowadza także chwilowy pokój między przedstawicielami wrogich narodów (św. Łukasz wtrąca znamienną uwagę na temat Piłata i Heroda, których połączył proces przeciwko Jezusowi). A jednak Ten, który pada ofiarą „złego mimetyzmu”, tryumfuje.
Wracamy w tym miejscu do zasygnalizowanej już wcześniej kwestii wzoru. Siła „złego mimetyzmu” i dwuznaczne oddziaływanie zakazu sprawiają, że dopiero „dobry mimetyzm” może wyzwolić nas z zaklętego kręgu demonicznej przemocy. Warto przytoczyć ciekawą interpretację zdań Jezusa skierowanych do Piotra: „Zejdź mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą”. Skąd tak gwałtowna reakcja na słowa ucznia, który chciał uchronić swego Mistrza od męki? Girard odpowiada następująco: „Rozczarowany postawą Jezusa, Jego nadmierną według siebie rezygnacją, stara się Mu podszepnąć swoje własne pożądanie, swoją własną światową ambicję. W sumie Piotr nakłania Jezusa, aby uznał go za wzorzec swego pożądania. Gdyby Jezus odwrócił się od Ojca i poszedł za Piotrem, szybko doszłoby między nimi do mimetycznej rywalizacji i przygoda królestwa Bożego rozmyłaby się w błahych kłótniach”. 
Na czym polega rewolucyjność wzoru Chrystusa? Girard wiele miejsca poświęca analizom mitów i źródeł antycznych, by wykazać, że u ich źródeł leży zsakralizowana przemoc. Dość dowolnie, choć nie bezzasadnie, dopatruje się analogicznych mechanizmów we wszystkich religiach archaicznych i mitach. Pozwala mu to pokazać wyjątkowość Biblii, a zwłaszcza niepowtarzalność wzoru Chrystusa. Co ma dokładnie na myśli? Dowodzi, że tylko Biblia – począwszy od historii Józefa i jego braci, poprzez księgę Hioba i Psalmy, aż po Ewangelie – prześwietla ciemności rytualnej przemocy, ukazując całkowitą niewinność ofiar. Krzyż Chrystusa ostatecznie kompromituje moc szatańskiej autoekspulsji (słynne pytanie Jezusa: „Jak szatan może wyrzucać szatana?”) i boskość sakralizującą przemoc. Leczy z pierworodnej ślepoty.

Poważne wątpliwości
Przytaczając analizy z „Widziałem szatana...” starałem się wykazać dobrą wolę, niemniej szereg spostrzeżeń Girarda może budzić poważne wątpliwości. Czasem staje on wręcz na głowie, by dowieść wszechobecności wzorców mimetycznych. W pewnym miejscu sam reflektuje się, że jego teorie mogą iść za daleko: „Szatan ze złego mimetyzmu – mam nadzieję, że nie jest to mój przypadek – robi totalitarną i nieomylną teorię, na mocy której ludzki czy szatański teoretyk staje się ślepy i głuchy na miłość Boga do ludzi i na miłość ludzi między sobą”.
Niepokojąca jest także tryumfalnie apologetyczna nuta jego wywodów. W zapale polemicznym Girard wspomina pod koniec książki o „innym totalitaryzmie”, bardziej zgubnym od znanych z historii, który chce dzisiaj podważyć autentyczność judeochrześcijańskiej troski o ofiarę. Dał się tu najwyraźniej ponieść własnemu zgorszeniu. Zabrakło też w jego wywodach wzmianki o innych wielkich religiach – jak buddyzm, hinduizm, islam. Czy w takim samym stopniu jak mity i religie archaiczne opierają się one na zsakralizowanej przemocy? Wystarczy wspomnieć choćby o buddyjskim współczuciu, by łatwo odeprzeć taki zarzut.
Girard zaprzepaścił szansę spojrzenia na problematykę mimetycznego pożądania z perspektywy dialogu międzyreligijnego. Na szczęście problematykę tę podejmują jego współpracownicy, na przykład Raymund Schwager, który wychodząc od teorii mimetyczno-ofiarniczej, rozwija oryginalną teologię dramatyczną. W swej książce „Grzech pierworodny i dramat zbawienia”, która ukazała się właśnie po polsku, szwajcarski teolog następująco komentuje fakt współistnienia religii: „Ich [wyznawców innych religii] intencja wiary może być o wiele prawdziwsza i głębsza, aniżeli pozwalają nam się domyślać jej sformułowania językowe. (...) musimy się liczyć z tym, że nasze sformułowania są dla innych problematyczne, a nawet mogą oddziaływać gorsząco i bałwochwalczo. (...) To, co diabelskie, polegające na spontanicznym demonizowaniu wyznawców innych religii, najprędzej zostanie przezwyciężone właśnie przez wykorzystanie różnic między religiami do stawiania sobie ciągle od nowa pytania, czy naprawdę służymy prawdziwemu Bogu, czy też po kryjomu ulegliśmy znowu jakimś bożkom”.

René Girard intryguje, choć i denerwuje. Tak zawsze było i tak już będzie. Warto jednak choćby na chwilę spojrzeć na świat przez jego okulary, bo nawet jeśli w wielu sprawach nie ma racji, wytrąca nas z wygodnej drzemki i uświadamia, jak mało wciąż wiemy o źródłach przemocy.


René Girard, „Widziałem szatana spadającego z nieba jak błyskawica”, przeł. Ewa Burska, Wydawnictwo Pax, Warszawa 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl