EWA SZUMAŃSKA

 

Dzień

Niedawno minął przez wielu prawie niezauważony, a jednak bardzo piękny 
dzień. Ten, który był o kilkadziesiąt sekund dłuższy niż poprzedni. Przekroczył granicę, przestał się osuwać w ciemną rozpadlinę, w której zastępowały go tylko zapalone lampy. Teraz będzie niepowstrzymany – najpierw wolno, potem coraz prędzej – biegł ku światłu.
Im dalej na północ i bliżej nocy polarnej, tym ludzie są bardziej surowi, znerwicowani i ponurzy. Bywałam często w krajach równikowych. Tam z kolei nie zmieniająca się prawie pora zachodu i wschodu słońca stwarza jakąś statyczną monotonię.
W szerokościach umiarkowanych za to coś bez przerwy się dzieje. Albo kurczymy się w sobie, wraz ze skracającym się dniem, albo rozprostowujemy, w miarę jego przybywania...
Wszystkie wielkie religie, literatura, malarstwo, cała ludzka kultura żywią się wieczną wymianą dwóch przeciwstawnych zjawisk w przyrodzie. Zło, niepokój i lęk – po stronie mroku. Radość, nadzieja i dobro, których synonimem jest światło.s



Nowy, wspaniały świat

Pod koniec roku powstał u nas zalążek Biblioteki Internetowej, która ma szansę 
stać się największą z istniejących. Będzie można dotrzeć do każdego dzieła i nawet go nie czytać w całości, ale ściągnąć sobie jeden rozdział, jeden fragment czy jedno jedyne zdanie, potrzebne jako cytat. Będzie nowocześnie, wspaniale i niezwykle wygodnie.
Tylko co się w niedalekiej przyszłości stanie z książką? Tą z wypożyczalni, która przychodzi z wizytą, jak oczekiwany gość? Tą, kupioną w księgarni, która zostaje na stałe i można do niej wracać? Tą, czytaną aktualnie, która leży na biurku przełożona zakładką i wydaje się mówić: czekam na ciebie, znajdź trochę czasu, a obiecuję ci fascynujące spotkanie? Co się stanie z szafami bibliotecznymi i regałami, które w domu stanowiły zawsze miejsce wyjątkowe, przyciągające jak magnes? Co się stanie z tym małym przedmiotem-przyjacielem, z tą tajemniczą bramą do nieznanych przeżyć, z dotknięciem znajomej okładki, z szelestem kartek...?
Gdyby książka miała z czasem zniknąć, byłyby to już inne domy, inni ludzie, inny świat.



Obawa

Po świąteczno-noworocznym interludium zacznie się wielka kampania przed
unijnym referendum. Ponieważ wejście do Unii uważam za polską rację stanu, ogromnie się boję tej kampanii.
Będą ją robić ludzie o złych przyzwyczajeniach; pamiętam przecież propagandę okresu komunistycznego, wyzwalającą nieuchronnie esprit de contradiction, ducha przekory – i będącą jednym z powodu upadku systemu.
Będą ją również robić ludzie nowi, nieskażeni, ale zauroczeni ,,poetyką” reklam. Jeżeli się obrzydzi raz na zawsze jakiś proszek do prania, kosmetyk czy markę samochodu szybszego od burzy – to jeszcze pół biedy. Ale jeżeli chce się ludzi przekonać do sprawy ważnej i decydującej o całej przyszłości – trzeba to robić taktownie, delikatnie, inteligentnie i z wyczuciem.
Jeżeli się przedobrzy, zanudzi, zamęczy i zduje, jeżeli się nas zanurzy w kąpieli sloganów i ogólników albo wideoklipów i billboardów – to razem z tą kąpielą łatwo wyleje się dzieciątko.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl