Otwarte listy


Do księdza Jacka

JACEK PODSIADŁO




Chodził mi Ksiądz ostatnio po głowie, bo musiałem się spowiadać w tej tu papierowej słuchalnicy z niepodobania mi się lekcji religii w szkole. A Ksiądz jest jedną z mitycznych postaci mej młodości, także moim katechetą. Przyglądałem się w życiu wielu ludziom pracującym z dziećmi i wydaje mi się, że nie tak znów wiele kwalifikacji trzeba do tej pracy. Lubić dzieci, umieć nawiązać z nimi kontakt, być pomysłowym – to chyba wystarcza. 
Pamiętam, jak był Ksiądz „nowy” w naszej parafii. Kazania Księdza nie były tureckie. Od razu poczuliśmy rewolucjoniera. Niedługo po debiucie ogłosił Ksiądz, że kupił już piłkę do nogi i ministranci mogą zacząć chodzić na zbiórki. W ogóle był Ksiądz tyleż postępowy, co podstępny: kiedy zaczęliśmy zmieniać się później w starych byków i, za przeproszeniem, hormony odwracały naszą uwagę od religii, postanowił Ksiądz przeciągnąć hormony na swoją stronę. Przez cały rok przerabialiśmy Biblię od strony życia seksualnego jej bohaterów. Przygody Onana, losy Rut i te sprawy. I chyba nie myli mnie pamięć, że ani razu nie popadł Ksiądz w obleśność czy choćby niedelikatność, a połowa naszej bandy szesnastoletnich tumanów dostała na koniec świadectwo ukończenia nauk przedmałżeńskich. Nie powiem, że przydało mi się ono inaczej niż jako towarzyskie kuriozum, ale nauki zapewne tak. A czasy były takie, że nawet w tę piłkę grał Ksiądz z nami nie zdejmując sutanny. Przyczynił się Ksiądz do zachowania błogosławionej równowagi, przesunął środek ciężkości nauki w kierunku zabawy. Do dziś hołduję dziecięcemu wrażeniu, że poręcze przy schodach, z których się zjeżdżało po mszy, należą do kościoła tak samo, jak chrzcielnica, ambona czy zakrystia. Wreszcie, co wcale nie najmniej ważne, chętnie przezywając niektórych „kapłanów” kapłonami, jestem też w stanie uznać niektórych za „pontifexów”, budowniczych mostów. I cieszę się, że takie miano nie należy się byle komu. 



Do Jacka Podsiadły:

Andrzej Królikowski: Na pewno Pana szczera wypowiedź nie powinna być przyczyną zwalniania Pana z „TP”. (...) Rozumiem intencje Pana wypowiedzi na łamach „GW”, że w sprawach tak istotnych jak wiara należy młodzieży pozwolić dojrzewać bez pośrednictwa środków przymusu, jakimi dysponują nauczyciele wobec uczniów. Z drugiej strony jest jeden ważki argument, aby nie usuwać katechetów ze szkoły, bowiem nie tylko oni, ale i szeregowi nauczyciele także sieją spustoszenie intelektualne i duchowe. (...) A jeżeli jeszcze dodamy spustoszenie pozaszkolne popularnej kultury, nie wyłączając księży, których kazania, zdarza się, rzucają o drzwi kościoła, to w ogóle można patrzeć na kwestię katechezy w szkołach bardziej optymistycznie, niż Pan to czyni.
Piotr Lindner: Podzielając generalnie Pana poglądy, oszczędniej gospodarowałbym językiem. Jeśli szkoła „pustoszy duchowo i intelektualnie”, to jakich słów użyć na określenie działalności np. domów dziecka?
Jacek Podsiadło: Jeszcze dosadniejszych, mam dostęp do żelaznych rezerw polszczyzny w tym względzie. Obu Panom dziękuję za próbę pocieszenia – faktycznie, jak się bardzo uprzeć, może być jeszcze gorzej. 








 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl