„Harry Potter i Komnata Tajemnic” już w kinie


Podróż do Hogwartu

Joanna Olech



Zaplanowana na siedem tomów historia Harry’ego Pottera i towarzyszące jej coroczne wersje kinowe mają szansę stać się poligonem do rozważań nad tym, które z walorów książki przekładają się na zadowalający efekt filmowy, a które nie. 


W dyskusji o książkach Joanne Rowling wielokrotnie podkreślano, że zjednała sobie dziecięcych czytelników wartką niczym gra komputerowa akcją, rozgrywającą się w ulubionej przez komputerowych klikaczy gotyckiej, mrocznej scenerii. Akcja ta jest tak splątana, że nie pozwala porzucić książki na choćby pięć minut. „Harry’ego” czyta się ciurkiem – za dnia i nocą, w wannie, na lekcji biologii, w autobusie... Żaden dający wytchnąć opis przyrody nie pozwala przerwać lektury – bo nie ma tam opisów przyrody. Autorka umiejętnie podsyca naszą ciekawość i mami obietnicą trudnego do przewidzenia finału, co nie jest łatwe, skoro od początku wiemy, że Harry musi wyjść cało z opresji. 

Męcząca wierność
Wartka akcja musiała się wydać realizatorom filmu bardzo obiecująca – autorka zadbała o wielką liczbę efektownych planów, od Ulicy Pokątnej poczynając, na Zakazanym Lesie kończąc... Tymczasem ta obfitość dekoracji, plenerów, rekwizytów... cały ten przepych scenograficzny dodany do nader zawikłanej fabuły i upchnięty na siłę w blisko trzygodzinny film – wszystko to sprawia, że przedsięwzięcie chwieje się od nadmiaru. Dorosły widz, rozleniwiony prostą narracją filmów dla głupków, nie chce i nie potrafi podążać za spiętrzoną intrygą Joanne Rowling. Mylą mu się demony i czarodzieje, ze zgrozą zerka na swoje nieletnie potomstwo, które wszystko kuma. 
Każda runda rozgrywki z Voldemortem trwa 10 miesięcy – tyle ile rok szkolny. To w książce... bo w filmie nie dostrzega się upływu czasu; po sekwencji w domu Dursley’ów następuje podróż do Hogwartu, a zaraz potem coś jakby jeden męczący, schizofreniczny dzień trójki bohaterów, zakończony nieuchronnym zwycięstwem Harry’ego. 
Czy film mógłby być inny? Zapewne dobrze by mu zrobiły skróty, spowolnienie akcji na rzecz dobrych dialogów, amputacja niektórych wątków... Ale oto na straży wierności filmowego przekładu stoi armia fanów Harry’ego, którzy nie wybaczają realizatorom nawet drobnych odstępstw od wersji autorskiej. Zastanawia mnie to niepojęte przywiązanie dzieci do każdej litery książki i pojemność dziecięcych głów, gdzie zapisują najdrobniejsze detale. Pamiętają każdy rekwizyt, kolor, szczegół – który my, dorośli natychmiast resetujemy jako nieprzydatny. Pytam moją córkę, jakie znaczenie ma odcień latającego samochodu i co za różnica, czy był turkusowy, czy szafirowy? W odpowiedzi otrzymuję popis oślego uporu – „tak było w książce, tak ma być w filmie i już!”. 

Chłopiec bez właściwości
Twórcy filmu przenoszą na ekran wszystkie słabości książki, zarazem marnując niektóre z jej zalet. Wadą jest to, że Harry nie ma osobowości. Cała nasza sympatia do chłopca zbudowana jest na współczuciu i na solidarności ze słabym przeciwko silnemu. To wystarczy, żeby mu sprzyjać, ale za mało, żeby go polubić. Gdyby z filmu wypreparować zbliżenia twarzy chłopca, powstałaby groteskowa animacja: zdziwiony... przestraszony... zdziwiony... przestraszony... Jedyną cechą, jaka go wyróżnia, jest szczególna moc czarodziejska, ofiarowana przez matkę. Harry jest bezrozumnie odważny, ale nieszczególnie bystry – stąd więcej sympatii wzbudza przemądrzała Hermiona czy tchórzliwy Ron... Biedny idol nie wypowiada ani jednej oryginalnej czy dowcipnej kwestii, jest synkiem mamusi, zakładnikiem legendy. 
Znudzoną matkę, która siedzi na sali kinowej pośród czeredy dzieci, cieszą najbardziej drobne złośliwości Joanne Rowling pod adresem dorosłych i opis relacji szkolnych. Hogwart jest szkołą z internatem, na wzór elitarnych szkół brytyjskich, z dormitoriami i wielkim refektarzem, w którym wychowankowie zasiadają do posiłków razem z profesorami. Przy całej egzotyce, ma on zarazem wszystkie cechy znanych mi szkół – obok mądrych nauczycieli uczą tam głupcy, dziwacy, ludzie z przerostem ambicji i tacy, którzy nie mając autorytetu, nadużywają władzy. Relacja nauczyciel–uczeń jest nacechowana emocjami, z punktu widzenia dziecka jest to zapewne jedno z najważniejszych doświadczeń dzieciństwa. Stąd każdy literacki opis takiej relacji, jeśli tylko wykracza poza zwykły dydaktyczny kicz – ma szansę wzbudzić żywe zainteresowanie dziecięcego czytelnika. 

Szkoła przetrwania
Joanne Rowling bardzo dosadnie charakteryzuje nauczycieli, a postać profesora Lockharta, narcystycznego hochsztaplera, okazała się świetnym pretekstem dla aktorskiego popisu Kennetha Branagha. Grono pedagogiczne – na zewnątrz demonstrujące przykładną jednomyślność – jest głęboko poróżnione i na dodatek targane silnymi ambicjami. „Domy” ostro rywalizują ze sobą, a wraz z wychowankami – szczerze nie lubiący się tych domów opiekunowie. Rywalizacja osiąga apogeum podczas meczy quidditcha i tu niechęć „Ślizgonów” do „Gryfonów” jako żywo przypomina Legię i Widzew. 
Czarnoksięski kostium, w który Joanne Rowling ubrała swoich nauczycieli, osłabia nieco ostrość wizerunku, ale jest to dowcipna, złośliwa satyra na szkołę – na KAŻDĄ szkołę, także pabianicką i łomżyńską. Taką właśnie szkołę – z jej patosem, dydaktyczną retoryką, dyscypliną i wszechobecną hipokryzją – znają dzieci. Fenomen i atrakcyjność profesora Dumbledora natomiast polega na tym, że będąc surowym wychowawcą nie jest dogmatykiem, ufa swoim wychowankom i czasami przyznaje im prawo do nieposłuszeństwa (co czyni z niego postać bajkową, checheche!). 
Joanne Rowling jest specjalistką od szkolnego okrucieństwa. Żaden Bazyliszek nie wzbudza takiej grozy jak funkcjonująca w każdej bez wyjątku „placówce dydaktycznej” instytucja kozła ofiarnego. Dziecko-odmieniec, zbyt małe, zbyt rude, zbyt zahukane czy jakkolwiek INNE.... i jego prześladowcy – zawsze w grupie, zawsze w przewadze i zawsze skorzy do nękania słabszego. Na dodatek szkoła z internatem, gdzie nie ma przebacz – nauczyciele surowi, rodzice daleko... Wszystkie dzieci znają mechanizm wyłaniania takiego odmieńca i wszystkie boją się rówieśniczego ostracyzmu. „Harry Potter” jest także o tym – bardzo w nim dużo wątków Prześladowcy i Ofiary. Z mojego, pierniczego punktu widzenia – to jest najbardziej nośna warstwa książki i filmu zarazem. Magia – rekompensatą za upokorzenia, magia – bronią małych i słabych, rudych i okularników, jąkałów i grubasów. 

Dobrze straszy, marnie wzrusza
„Harry Potter” jest dziwną książką – wideoklipowa, sensacyjna fabuła została spleciona w ciasny warkocz z dickensowskim moralitetem. Oddałabym wszystkie smoki i trolle w zamian za dokładkę psychologicznych bebechów. Wolę być wzruszona niż przestraszona. Tymczasem film dobrze straszy, ale marnie wzrusza. W internetowej sondzie uzyskał łączną ocenę 4,1 na 5 punktów. Mój głos pogorszy ten wynik o niezauważalny ułamek promila. Chciałam być przychylna, chciałam, żeby mi się podobało – niestety, w środku fabularnej kulminacji ziewałam tak rozdzierająco, że o mało sobie nie zwichnęłam szczęki. 
Zarzut propagowania satanizmu, formułowany pod adresem książki, wydał mi się niedorzeczny, niemniej jest inny drażliwy obszar (eksploatowany także w wersji filmowej), który budzi moje wątpliwości. Mam na myśli nadużywanie motywu śmierci jako elementu budującego napięcie. Groźby nagłej śmierci pojawiają się w filmach częściej niż zdawkowe „how are you?”. Stąd ciągłe zagrożenie życia, z jakim musi sobie radzić nastoletni chłopiec, nie robi już, szczerze mówiąc, na nikim wrażenia. Potencjalna śmierć musi przybrać jakąś wyjątkowo wyrafinowaną postać, żeby poruszyć naszą zdrewniałą wrażliwość. I ta dewaluacja śmierci uwiera mnie i boli. 
Film wyjaskrawia obawy, które podczas lektury zaledwie przeczuwamy, a mianowicie – czy Harry ma prawo być napastnikiem i zrównać się ze swoim prześladowcą w okrucieństwie i perfidii? Ostatnie ujęcie rozgrywki z Voldemortem pozostawiło mnie w rozterce – jest to zakamuflowany, podjęty z pełną premedytacją akt zabijania. Literacki cudzysłów odbierał mu dosłowność, podczas gdy obraz filmowy okazał się niezwykle sugestywny, zamieniając niewinną ofiarę w sadystycznego oprawcę. Ta scena wymaga chyba ze strony rodziców jakiejś rozmowy z dzieckiem – korepetycji z etyki.

Wycieczka do kina na głośne ekranizacje książek za każdym razem nastraja mnie melancholijnie, bo niemal zawsze rozczarowuje. Może więc przyczyna tkwi nie tyle w nie dość sprawnym przedsięwzięciu filmowym, co w samej zasadzie ekranizacji – może ekranizować nie warto i nie należy? Może my, entuzjaści książek, idziemy do kina jedynie żeby zmierzyć wielkość nieuchronnego rozczarowania?

„HARRY POTTER I KOMNATA TAJEMNIC”. Reż. Chris Columbus. USA/Wielka Brytania 2002. Premiera polska: 1 stycznia 2003.





Patrz również: Joanna Olech „Czarodzieje i mugole” – recenzja z ekranizacji książki „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” oraz wypowiedzi Marcina Bonowicza i Adeli Węgiel („TP” nr 6/2002).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl