O „Pokoleniu ’89” – z (nieco) starszego punktu widzenia


Pomarańczowa czapka krasnala

Joanna Olech


W „Tygodniku Powszechnym” nr 50/2002 opublikowaliśmy „Kontrapunkt” poświęcony „pokoleniu ’89”, dzisiejszym trzydziestolatkom, którzy w dorosłe życie wkroczyli w roku 1989, stając się pierwszym pokoleniem III Rzeczypospolitej. Temat ten chcemy kontynuować, by przyjrzeć się dokładniej Generacji Wielkiej Zmiany – to ona przecież w dużej mierze kształtuje oblicze współczesnej Polski.
Oto pierwsze wypowiedzi, do nadsyłania kolejnych gorąco namawiamy wszystkich Czytelników, także tych, którzy ze względów wiekowych nie identyfikują się z „pokoleniem ’89”. „Kontrapunkt” można znaleźć tutaj



Co nas łączy, to, ku mojemu zdumieniu – irracjonalny głos oddany w warszawskich wyborach prezydenckich na Majora Fydrycha, legendę Pomarańczowej Alternatywy. Wrzucając kartkę do urny, miałam poczucie daremności i byłam zakłopotana, kiedy przyjaciele pytali mnie, na kogo głosowałam. Nagle okazało się, że jest nas więcej – że moi znajomi, chlubiący się pragmatyzmem, należą do tego samego nieformalnego klubu absurdu. Za sprawą wyborów dowiedzieliśmy się, jak nieliczny jest to klub – nie osiągnął nawet jednego procentu.


W 1968 r. byłam w podstawówce, w ’76 na studiach, w ’80 w ciąży. Lata hormonalnego buntu upłynęły mi w peerelu, bez żadnej szansy na odmianę. Do 25. roku życia czegoś się zdążyłam dowiedzieć o sobie w konfrontacji z czerwonym, a to, czego się dowiedziałam – nie bardzo mi się podoba. W dorosłe życie weszłam z kompleksem oportunizmu i tak mi zostało do dziś.
Wałęsa ze śmiesznym długopisem
Czasami myślę, jak byłoby miło urodzić się w ’68, w ’76 zagrać biedronkę w szkolnym przedstawieniu, a w ’80 dostać pierwszy rower... Potem w dobrym warszawskim liceum trochę spiskować, trochę drukować na małej drukarence ulotki – z miłym adrenalinowym rauszem i w poczuciu pewnej bezkarności, bo przecież nie zsyła się na Kołymę za malowanie krasnali. Później zaprzyjaźnić z grupą inteligentnych brodaczy we flanelowych koszulach, przez chwilę być przydatnym. Nieźle byłoby też mieszkać na Żoliborzu, bo tam najłatwiej o flanelowych brodaczy. Czuć się ciemiężonym przez komucha, dać się polać z armatki wodnej i wkrótce potem otrzymać nagrodę – bo oto wybuchła wolność i opozycyjne zasługi zostały wynagrodzone.
Nie zamierzam pomniejszać zasług opozycji, tylko sobie trochę dworuję z tego właśnie rocznika – z opozycjonistów pięciominutowych, którzy nie zdążyli ponieść prawdziwie dotkliwych konsekwencji politycznego wyboru, a wkrótce stali się beneficjentami tych pięciu minut w podziemiu. Drukarze zakonspirowanej drukarni w roku ’56, ’76 i ’88 – to trzy zupełnie różne osoby, bo różne ponosiły ryzyko i w różnej atmosferze społecznej podejmowały swoje decyzje (co nie zmienia faktu, że wszyscy lepsi od tego, co nic nie drukował).
No więc ci szczęściarze z Żoliborza musieliby być niespełna rozumu, żeby w latach 80. wstąpić do ZMS-u. Widzieli już przecież Wałęsę ze śmiesznym długopisem i pili kakao z darów. Jako dzieci doświadczyli stanu wojennego. Dokonali wyboru, który nie był de facto wyborem, bo dla młodego inteligenta Albin Siwak był równie niedorzeczną alternatywą, jak dzisiaj Andrzej Lepper. Nadal jednak pozostawała opcja zero, czyli wstydliwe désintéressement. Na szczęście dla ich dobrego samopoczucia, nie uchylili się od opozycyjnej aktywności. Zazdroszczę im tego nigdy nie utraconego dziewictwa politycznego. Wybory pokolenia moich rodziców były dramatyczne, wybory mojego pokolenia – znaczące, a rocznik ’68 popłynął na fali bogoojczyźnianego patosu prosto w objęcia odzyskanej wolności. Dla kształtowania się obywatelskiej świadomości nie było tak ważne, ile miałeś lat w roku ’89, ale to, ile miałeś lat w ’80 – czy dotknięty zostałeś wirusem rebelii, wymówienia posłuszeństwa.

Łzy rozczarowania ocierali stówą
Dwudziestoletni-zawsze-dziewiczy byli na studiach, gdy przyszło nowe. Uwierzyli, że specjalnie dla nich. Niebawem najzdolniejsi trafili do reklamy i mediów – gdzie konfitury najsłodsze. W pionierskich latach nowej rzeczywistości nikt nie wspominał o gorszych stronach tego fachu – mówiło się o zbawiennym globalizmie, słodkim jappizmie, konsumpcji... Świat nie ograniczonych cenzurą mediów i reklamy wydawał się rajem dla młodych, rzutkich ludzi. Z dnia na dzień dwudziestoparolatkowie osiągali status materialny, do którego ich rodzice nigdy nie zdołali się wspiąć. Niepostrzeżenie ten status zaczął nimi rządzić.
Ich nigdy nie poddany próbie ognia zero-jedynkowy światopogląd sprawił, że okazali się nieprzydatni do gier politycznych. Zbyt młodzi do władzy, nie doczekali poselskich mandatów. Frustrację leczyli pracoholizmem, łzy rozczarowania ocierali stówą. Trwała koniunktura, czuli się awangardą młodego biznesu, prawdziwymi Europejczykami. Wkrótce metrykalną koleją rzeczy przyszedł czas na śluby i dzieci.
Wymyślanie reklam proszku traktowali jak cywilizacyjną misję. Uciążliwości reklamowo-medialnego fachu były rekompensowane poczuciem wzrostu, pędu, rozwoju... Jeszcze nie mieli poczucia, że sprzeniewierzają się wyznawanym wartościom. Ot, co jakiś czas narzekali na strasznego klienta, nababa majonezu, który opowiadał antysemickie dowcipy, chciał się bratać, pchał się do domu, żonę klepał po pupie...
Pierwsza dekada wolności upłynęła im pod znakiem błyskotliwych karier, które, jak się wydawało, będą trwały wiecznie. Niespodziewana recesja ujawniła słabości i brudy biznesu. Kurczący się rynek uczynił walkę o wynik finansowy bardziej bezwzględną. Pojawiły się praktyki korupcyjne i gra o klienta znaczonymi kartami. Z kolei media – ring politycznych naparzanek – nie pozostawiły bez grzechu nawet tych spośród swoich pracowników, którzy schronili się w enklawach na pozór nie mających nic wspólnego z polityką. W telewizji nawet prognoza pogody jest polityczna.
I oto dusza tuż przed trzydziestką, nie narażona na szwank brudnych politycznych kompromisów, została unurzana w nieprzyjaznej materii biznesowych przepychanek, złych obyczajów, marketingowego gwałtu... Na dodatek coraz wyraźniej ujawniająca się sfera biedy i zwykłej ludzkiej nieporadności psuła frajdę bogacącym się młodym, zaradnym. Bo przecież postęp miał nas wszystkich obudzić z komuszego letargu, uzdrowić, uwznioślić... Tymczasem bezrobotny nie chce być wzniosły i w ogóle jest nieestetyczny.
Spadek rynkowej koniunktury stał się pierwszym impulsem do refleksji nad ceną, jaka trzeba zapłacić za akces do świata kasy. W skali makro takim impulsem był zamach 11 września.

Bogate, trzydziestoletnie biedactwa
Nie będę spekulować, na jakie próby charakteru wystawił ich medialno-reklamowy biznes, widzę tylko, jak ich wieloletni flirt z mamoną i władzą zaimpregnował, jak im gładkie liczko skamieniało w maskę twardziela. Widzę przede wszystkim porażki prywatne... Yuppies to samotne kobiety i rozwiedzeni mężczyźni. Z irytującą monotonią powtarzają się scenariusze związków, zagłodzonych na śmierć brakiem czasu, pielęgnacji i uwagi. Faceci, których zawodowym żywiołem jest podbój i konkurencja, łatwo rozwinęli swoje eksploracyjne talenty w relacjach męsko-damskich. Efektowne pozamałżeńskie zwycięstwa seksualne uczyniły z nich emocjonalnych rozbitków, żałosnych płatników alimentów, sobotnich ojców dwugodzinnych.
Łatwość, z jaką zwolnili się z odpowiedzialności za rodzinę źle wróży na przyszłość, bo po pierwsze – umowy raz zerwane grożą recydywą, a po drugie człowiek nie mający oparcia w rodzinie może okazać się bardziej podatny na erozję zasad. Tak więc w nowe tysiąclecie weszli samotni, nadziani, trochę zepsuci sukcesem, trochę zbrzydzeni szemraną transakcją, jakiej dokonali z własnym sumieniem.
Tymczasem świat wykonał woltę. Fetyszyzowany przez nas, dzikusów z Bolszewii, Zachód odsłonił trochę swoje brzydkie strony, swoje społeczne choroby i swoją arogancję. Pojawiła się moda na antyglobalizm, antyjappizm, kamp, antykonsumeryzm.
Także w Polsce mniej prominentni rówieśnicy Zdolnych Trzydziestoletnich zaczęli demonstrować rozczarowanie życiem zorientowanym na sukces materialny. Japiszony stały się ulubionym obiektem żartów budżetowej alternatywy. Bryka z klimą to już nie tyle upragniony znak przynależności do kasty zwycięzców, co groteskowy fetysz nudziarza, biednego pingwina w krawacie, który ostatnią książkę przeczytał przed maturą. Ktoś powie, ze to są marne pociechy nieudaczników, co to nie potrafili MIEĆ, więc postanowili BYĆ. Może i tak... ale ci nieudacznicy w nagrodę dostali poczucie sensu, rodzinną harmonię i przyjaciół, których nie musieli sobie kupić.
Potrzeba sensu należy do genetycznego wyposażenia inteligentów. Polscy yuppies także otrzymali ją w niemowlęcej wyprawce od swoich inteligenckich przodków. I nagle, w pół drogi do wymarzonych splendorów, to poczucie sensu ich opuściło. Czy dlatego, że zdziczałe prawa rynku, propagandy i biznesu są z definicji nie do pogodzenia z inteligenckim etosem? Czy dlatego, że są zbyt młodzi, aby grać rolę Złego Burżuja? Czy może dlatego, że odzywa się nasz polski kompleks i łatwiej wybaczamy grzech poniechania od grzechu skrzętnej nadgorliwości?
Próbuję myśleć o cudownych dzieciach reklamy, mediów i biznesu w kategoriach zdroworozsądkowych – ciężko pracują, z ich podatków finansowane są świadczenia socjalne i emerytury, tworzą miejsca pracy, przyczyniają do ożywienia koniunktury... Dopóki jednak nie zobaczę, że „dobre uczynki” nie służą im samym – ich prywatnemu szczęściu, rozwojowi ducha i emocjonalnej równowadze – nie uwierzę, że mają rację... Niezły dziennikarz, który dla kasy wybrał karierę artysty cyrkowego... Opozycyjny przywódca studenckiego strajku, koniunkturalnie zaprzyjaźniony ze swoim cynicznym szefem... Niezwykle sprawny technokrata, który dawno zgubił swoją ludzką wrażliwość i zastąpił ją mentalnością cyborga... Bogate, trzydziestoletnie biedactwa.

Głos oddany na majora Fydrycha to być może nie tylko przejaw pewnej bezsilności wobec faktu, że „nasi” przegrali z kretesem, to także akt sentymentalny – próba skomunikowania się ze swoją bezgrzeszną przeszłością – durną, chmurną, trochę śmieszną, bez krawata, w pomarańczowej czapeczce... Być może inteligenci powinni się rozpoznawać po takiej niepoważnej czapce krasnala.

Joanna Olech (ur. 1955) jest ilustratorką, autorką książek dla dzieci, dziennikarką. Od 1994 roku rysuje storyboardy dla agencji reklamowych. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”, miesięcznikiem „Dziecko” i „Gazetą Wyborczą”.





Pracująca i bezrobotna

Michał Wójcik w dyskusji „Młodsi powinni się zabrać do pracy” („Kontrapunkt” – „Pokolenie ’89”) mówi: „Kiedy czytam o gigantycznym bezrobociu wśród absolwentów wyższych uczelni, pojawia się myśl: »A weźcie się wszyscy do roboty«.” Przez dwa lata byłam bezrobotną, zarejestrowaną w urzędzie pracy, ale zarazem „brałam się do roboty” ostro: udzielałam korepetycji, przepisywałam prace, pisałam artykuły do pism, podejmowałam takie czy inne fuchy, gdy nikt nie chciał mnie zatrudnić legalnie, bo musiałby zapłacić za mnie ZUS, podatek, różne składki i Bóg wie, co jeszcze. Bardzo chciałam sama sobie stworzyć miejsce pracy i zarejestrować firmę, ale było to nierealne. Składka ZUS, obligatoryjna niezależnie od dochodów (i strat) firmy, pochłonęłaby wszystkie przychody. Podobnie wyglądało życie moich bezrobotnych koleżanek z polonistyki. 
Bezrobocie absolwentów w większości wypadków nie jest nieróbstwem, ale wynika z niemożności znalezienia pracy nie „na czarno”. Może z punktu widzenia mieszkańca Warszawy wygląda to inaczej. Przy stołecznych stawkach na ów równy dla wszystkich ZUS zarobić łatwiej. Wypowiedź Michała Wójcika odebrałam zatem nie jako nonszalancję, ale okrucieństwo. I krótkowzroczność.

Czytelniczka ze Szczecina
(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl