Chodzenie po kolędzie: mity i rzeczywistość


Pokój temu domowi

Michał Kuźmiński



Kolęda to szansa dotarcia do ,,trudnych domów”. Idzie o to, aby przynajmniej niektórzy z gospodarzy chcieli później zawrzeć małżeństwo, ochrzcić dziecko czy wyspowiadać się. Ale, jak mówił biskup tarnowski Wiktor Skworc, tzw. wizytę duszpasterską można też traktować jak rewizytę.


– Gdy chodzę drugi raz, znam niektórych ludzi i ich problemy, jest łatwiej – opowiada ks. Bogusław Seweryn, wikariusz z krakowskich Łagiewnik. – Natomiast pierwsza kolęda jest jak każda pierwsza wizyta u kogoś. O czym można rozmawiać, mając na to pięć minut? Pośpiech to głównie miejski problem, gdy w jedno popołudnie ksiądz musi odwiedzić 30 czy nawet 50 mieszkań w bloku. – A nawet godzina przy pierwszej wizycie by nie wystarczyła – mówi ks. Seweryn.

Pogwizdów: Kolęda jak konfesjonał
W Pogwizdowie, wsi nieopodal Bochni, mieszka dwa tysiące ludzi. Wszyscy się znają, a słowa „parafia” i „wieś” znaczą niemal to samo. Proboszcz, ks. Stanisław Stec, który sam prowadzi gospodarstwo, pracuje tu ponad piętnaście lat. – Parafianie nie mają przede mną tajemnic – opowiada. – Często byłem zaskoczony, gdy na kolędzie rozmawialiśmy o sprawach, które powinny być poruszane tylko w konfesjonale. Traktuję więc kolędę jak sakrament pokuty: obowiązuje absolutna tajemnica.
Pogwizdów to społeczność, która rządzi się własnymi prawami. Ks. Stec zarządził, że co tydzień siedem innych rodzin ma się opiekować kościołem, dbać o porządek i kwiaty. Gdy trzem rodzinom zdarzyło się zaniedbać obowiązku, proboszcz... odmówił przyjścia do nich z kolędą. – Powiedziałem, że robię to nie prywatnie, ale jako przedstawiciel Kościoła i Chrystusa – tłumaczy. – Jeśli nie chciało się im przyjść i zadbać o kościół, nie mam czego szukać w ich domu.
W mieście taki incydent wzbudziłby pewnie bunt. Ale tu wyjaśnienie księdza Steca brzmi jasno. Tym bardziej, że księdza chcą przyjmować wszyscy. – Każdy na księdza czeka, dom sprząta, jak na święta! – mówi pani Janina Brzegowy. Proboszcz potwierdza: – Nie zdarzyło się, żeby ktoś mi uciekał z kolędy. Tu ludzie jeszcze sobie cenią, że mnie przyjmą. To byłoby przecież straszne, gdyby ksiądz nie przyszedł po kolędzie...
Ks. Stec przyznaje, że perspektywa ludzkiego gadania działa na parafian jak straszak. Ale nie o straszaki tu chodzi, tylko o mentalność. Mieszkańcy Pogwizdowa naprawdę chcą księdza ugościć i opowiedzieć mu o swoich problemach. – Robi się poczęstunek, czasem wędliny, czasem gotowane jedzenie. I rozmawia się o sprawach domowych: co w rodzinie, co u dzieci. Ksiądz wypytuje, z dziećmi rozmawia – mówi pani Janina. – Jest tu taki zwyczaj, że choinki nie rozbiorą, póki księdza nie przyjmą – dodaje proboszcz.

Nowa Huta: Anonimowo
W słynnym nowohuckim kościele – Arce Pana – jest osiem dzwonów, każdy wydaje inny ton. Gdy o pełnej godzinie grają „Wśród nocnej ciszy”, echo odbija się od bloków osiedla Bieńczyce. Kiedy w 1977 r. kard. Wojtyła konsekrował Arkę, parafia liczyła sto tysięcy mieszkańców. Giganta podzielono, gdy tylko pozwoliły na to władze PRL. Ale obecny proboszcz Edward Baniak i tak sprawuje pieczę nad 38 tysiącami wiernych. To przeszło osiemnaście razy więcej niż w Pogwizdowie. – Ludzie, którzy chodzą do kościoła częściej, mniej więcej orientują się, czy przyszedł do nich proboszcz, czy wikary – mówi ks. Baniak – Ale jak się ów wikary nazywa, najczęściej nie wiedzą wcale.
Proboszcz Bieńczyc często powtarza słowo „anonimowość”. O wizytach duszpasterskich opowiada: – U ludzi mających żywy kontakt z parafią jest bardzo sympatycznie. Ale są ludzie, którzy do kościoła chodzą rzadko: ci chcą się tylko pomodlić i przyjąć błogosławieństwo. Są wreszcie tacy, którzy księdza przyjmują zwyczajowo. Oni chcą, żeby jak najszybciej poszedł.
W mieście ów „żywy kontakt” z parafią mają tylko ci, którzy działają w grupach duszpasterskich. To zaledwie kilka procent. Trudno się dziwić, że kolęda przeważnie nie przypomina tu spowiedzi. Raczej mniej lub bardziej towarzyską rozmowę. Ksiądz Baniak mówi, że często przychodzi mu słuchać o braku pracy czy chorobie. Czasem trafia na – jak to określa – politykę narzekania. – Bywa też, że rodzice wystawiają jako temat dziecko. Wtedy trzeba się już tego trzymać, choć czasem staram się przejść na inny temat – dodaje.
W Nowej Hucie zawsze były mieszkania, w których księdza nie przyjmowało się nigdy. – Ci, którzy dawniej nas nie przyjmowali, bo nie chcieli podpaść władzy, nadal nie przyjmują, bo się przyzwyczaili – skarży się proboszcz Bieńczyc. – Statystycznie co szóste mieszkanie jest zamknięte.

K+M+B
O chodzących po kolędzie księżach pisze już Mikołaj Rej, ustami wójta utyskując na plebana („...Potym bieży po kolędzie / w każdym kącie dzwonić będzie / Więc woła »Illuminare« / A ty chłopku musisz dare...”), ale skąd wziął się zwyczaj duszpasterskich wizyt, trudno ustalić. Wiadomo, że w starożytnym Rzymie odwiedzano się w styczniowe kalendy (callendae), zaczynające nowy rok. Wiadomo też, że wyraz „kolęda”, który do Polski dotarł za pośrednictwem naszych chrzcicieli – Czechów, oznaczał pierwotnie pieśń noworoczną, śpiewaną podczas odwiedzania z tej okazji wiejskich gospodarzy. Ów starosłowiański obrzęd przetrwał jeszcze na Rzeszowszczyznie. Zapewne Kościół zaadaptował te ludowe zwyczaje, łącząc je z błogosławieństwem domów na święto Trzech Króli. A że nie dałoby się tego dnia odwiedzić wszystkich, wizyty rozłożyły się na czas poświąteczny. Niemiecka i polska tradycja każe z okazji Trzech Króli pisać poświęconą kredą na drzwiach błogosławionych domów „K+M+B” i datę roczną. Owe trzy litery nie oznaczają, jak zwykło się uważać, tradycyjnych imion trzech króli, lecz są skrótem od łacińskiego Christus Mansionem Benedicat (lub polskiego Chrystus Mieszkanie Błogosławi).
W Kościele wizyta duszpasterska to nie tylko błogosławieństwo, ale – może przede wszystkim – spotkanie kapłana z parafianami. – Gdy chodzi o kanoniczne podstawy kolędy, ważny jest przede wszystkim kanon 529, paragraf 1 Kodeksu Prawa Kanonicznego, na temat obowiązków proboszcza, który powinien dobrze znać swoich wiernych – mówi ks. dr Stefan Irla, wizytator katechetyczny w dekanacie dębickim. Czytamy w kanonie: „Proboszcz winien nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku, oraz umacniając ich w Panu…”
Więcej znaleźć można w zbiorze publikacji „Duszpasterz wczoraj, dziś i jutro”, wydanym przez Instytut Teologiczny w Tarnowie. O wizycie duszpasterskiej pisze tu ks. Mieczysław Nowak. Jego zdaniem najważniejsza jest obustronna serdeczność i, oczywiście, aspekt religijny. Czytamy: „Dla członków odwiedzanych rodzin sposób przeprowadzenia tej wizyty jest wizytówką całego duszpasterstwa, a poniekąd chrześcijaństwa. Aż strach pomyśleć, że to wszystko mogłoby być zniekształcone i stracone”.

Miasto: Z więzią gorzej
– Kolęda w mieście nie jest niczym innym, jak obrzędem – twierdzi Małgorzata Niemczyńska, pedagog, mieszkająca w starszej części Krakowa. – Do obcej rodziny przychodzi obcy ksiądz, podobnie jak ona wystraszony. Pani Niemczyńska opowiada o znajomych, u których ten sam ksiądz w lecie pochował pana domu, a w zimie, na kolędzie, zapytał, dlaczego go nie ma. Czy może jest na delegacji? Zniechęcona rodzina potwierdziła...
Janek Kożuchowski, były redaktor internetowego art-zinu „Szept muru”, mieszka w Ostrowi Mazowieckiej – Od jakiegoś czasu nie uczestniczę w takich imprezach – mówi o kolędzie. Ale wspomina swojego nieżyjącego proboszcza, ks. Jana Sobotkę. – Pamiętał zawsze, o czym rozmawialiśmy ostatnim razem. Spotkanie z tym człowiekiem było radością. Trwało co najmniej dwadzieścia minut, a jego następcy nie zostaną nawet przez trzy. Pytają o imiona, kartki do spowiedzi, biorą kopertę i cześć.
Konflikt? Miasto cierpi na anonimowość, rozmiar parafii przerasta możliwości jej duszpasterzy, a wierni są rozgoryczeni. Co ciekawe, obie strony chcą lepszych kontaktów, a winią siebie nawzajem: – Jeśli ktoś jest na poziomie, to będzie na poziomie w sutannie, jeśli ktoś jest chamem, to i w sutannie chamem pozostanie – mówi Kożuchowski. Zaś proboszcz Baniak odpowiada: – Są ludzie, którzy każdego gościa przyjmą pięknie, i tacy, którzy nie umieją przyjąć nikogo. Również księdza.
Żeby przełamać lody, ks. Bogusław Seweryn częstuje rodzinę, do której przychodzi... cukierkami. Rozmowy, jakie przychodzi mu prowadzić, dzieli na trzy grupy. Pierwsza dotyczy oczywiście dzieci. Druga, spraw rodziny. – Ostatnio najczęściej widać problem bezrobocia. Przez tyle lat było dobrze, a nagle ludzie zostają bez pracy i przyszłości – opowiada.
Trzeci temat to ludzie żyjący bez ślubu kościelnego. Ci, jak przyznaje, oczekują bardziej akceptacji niż rad. – Chcą potwierdzenia, że nie jest źle, a mi wtedy ciężko – mówi ksiądz Seweryn. – To tak jak z Mojżeszem, który przychodzi z tablicami do Narodu Wybranego i mówi: „Negocjowałem z Panem Bogiem. Zostało tylko dziesięć przykazań. To jest ta dobra wiadomość. Zła to ta, że zostało szóste”.
Księża, którzy wzięli udział w przeprowadzonej trzy lata temu przez KAI sondzie, zauważają, że kolęda daje duszpasterzowi szansę dotarcia do tych – jak mówią – „trudnych domów”. Idzie o to, aby przynajmniej niektórzy z gospodarzy chcieli później zawrzeć małżeństwo, ochrzcić dziecko czy wyspowiadać się. Ks. Seweryn zapewnia, że nie zdarzyło mu się do kogokolwiek w czasie kolędy zrazić. – Nie spotkałem też postaw antyklerykalnych – zapewnia. – Już trudniejsza jest obojętność religijna. Zawsze pozostaje wtedy odczucie, że ci ludzie nas nie chcą.

Kolęda w maju...?
– U nas nie ma chodzenia po kolędzie – mówi chłodno pastor Ewangelicko-Augsburskiej Parafii św. Marcina w Krakowie, ks. Roman Mikler. Parafia liczy tylko 500 osób i pastor sam przyznaje, że to maksymalna liczba, przy której można zachować kontakt z wiernymi. – Natomiast wizyty duszpasterskie trwają przez cały rok.
Ks. Mieczysław Nowak sugeruje podobną metodę pracy duszpasterskiej. Pisze, że skoro nikogo nie dziwi wizytacja biskupia w maju czy w listopadzie, podobnie trzeba ustawiać sprawę odwiedzania rodzin: „Przecież nie chodzi tylko o zmianę terminu. Chodzi o nowy styl kontaktów kapłana z ludźmi. O to, żeby tę wizytę potraktować poważnie”. Dlatego w archidiecezji katowickiej wizyta duszpasterska zaczyna się już w adwencie.
Problem w tym, że do bożonarodzeniowej tradycji ludzie są naprawdę przywiązani. Wie o tym doskonale proboszcz Pogwizdowa, ks. Stec: – Tworzy się nastrój, którego nie będzie kiedy indziej. Mój kontakt z parafianami nigdy nie jest tak dobry, jak w okresie Bożego Narodzenia.
O „nowy styl kontaktów duszpasterza z parafianami” też niełatwo. Ks. Bogusław Seweryn zapraszał w ubiegłym roku wszystkich, których odwiedzał z kolędą na swoim osiedlu, do przygotowywanego przez siebie ośrodka oazowego, żeby – gdy tylko zrobi się cieplej – zorganizować wspólne ognisko dla mieszkańców z jednej klatki. – Mówiłem w każdym mieszkaniu, że ja zapraszam, a inicjatywa zebrania się należy do was – opowiada. – Żadna klatka się nie zgłosiła.

„Wrzuć kopertę”
Joanna, studentka polonistyki, śmieje się, wspominając wizytę zaprzyjaźnionego księdza, który zanim po modlitwie usiadł do rozmowy, postał chwilę nieruchomo, a nie widząc reakcji, powiedział: „wrzuć kopertę! wrzuć kopertę!”
Wokół „kopert” gromadzi się sporo plotek i emocji. Tymczasem pieniądze, które otrzymują księża, są dzielone: – W archidiecezji krakowskiej jedna czwarta trafia do Kurii, która większość przeznacza na Fundusz Bratniej Pomocy Kapłańskiej (wsparcie dla księży z ubogich parafii, chorych i emerytów), a pozostałe środki na Fundusz Obrony Życia SOS – tłumaczy ks. Jan Zając. Trzy czwarte zostają w parafii. – W mojej poprzedniej parafii dzieliło się je dalej – dodaje ks. Seweryn – na ministrantów, na potrzeby biednych, a resztę dla księdza, jako wynagrodzenie, za – bądź co bądź – trud.
Średnia zawartość koperty to tyle, ile daje się na Mszę – 20-30 złotych.
Nie wszędzie w Polsce kolęda kojarzy się z kopertą. W diecezji opolskiej już od 20 lat księżom nie wolno przyjąć datku, a ofiary składa się dopiero na specjalnej Mszy – anonimowo i według swoich możliwości. Podobnie od ubiegłego roku postępują tarnowscy księża filipini. Proboszcz Tadeusz Bańkowski tłumaczy, że dzięki temu ludzie biedni nie czują się niezręcznie. Zresztą w najuboższych domach księża często odmawiają przyjęcia ofiary. We wspomnianej sondzie KAI ks. Jan Sołtysik z Pszczyny opowiadał, że dzięki kolędzie można komuś opłacić zaległy czynsz albo zaoferować obiady na plebanii.
Nieco podejrzliwości budzi wypełniana przez księży kartoteka. Parafianie często czują się niezręcznie, gdy kapłan podczas rozmowy robi notatki. Tymczasem każdy może w te notatki zajrzeć, a sami księża nie traktują chyba kartoteki zbyt poważnie. – W jednej z parafii notowaliśmy z kolegami, gdzie można liczyć na jedzenie – śmieje się ksiądz Irla. Karina, studentka dziennikarstwa, opowiada, jak w swojej częstochowskiej parafii miała kiedyś okazję obejrzeć kartotekę swojej rodziny. – Jednego roku zanotowane było: „Na ścianie wisi obraz nagiej kobiety”. Pamiętam, że mama starała się nawet posadzić księdza tyłem, ale duchowny oponował, mówiąc, że to przecież sztuka – opowiada Karina – Rok później następny ksiądz zanotował: „Obraz zniknął. A szkoda”.

Śliwowica i zamknięte drzwi
Zmienia się Polska, zmieniają się i zwyczaje. Jeszcze nie tak dawno księdzu i ministrantom towarzyszyli przy kolędzie organista i kościelny. – Jeszcze dziesięć lat temu chodziliśmy tak w jednej z moich parafii. Aż ludzie sami zaproponowali specjalną składkę na organistę i kościelnego, żeby kolęda mogła być intymniejsza – dodaje ks. Irla. Proboszcz Stec mówi wprost: – Odkąd chodzę po kolędzie samemu, kontakt z ludźmi jest idealny.
Księża mówią, że coraz więcej jest domów, gdzie się ich nie przyjmuje. Nieraz to oni sami decydują, że gdzieś nie zapukają. – Tak jest, gdy ktoś sieje publiczne zgorszenie – tłumaczy ks. Seweryn – czyli jeśli gdzieś jest melina lub „dom rozwiązły”, a po kilku upomnieniach nie ma żadnych zmian. I ta postawa nie jest jednak regułą. Kolęda ma być przecież „szansą duszpasterską”, jak mówił w sondzie KAI ks. Andrzej Lelewski z jednej z warszawskich parafii, w której mieszka 7,5 tysiąca osób, praktykuje 23 proc., a księdza po kolędzie przyjmuje aż 50 procent.
– Rozmowa na kolędzie to zwyczajna ludzi rozmowa – mówi proboszcz Bieńczyc, Edward Baniak. Księża opowiadają z rozbawieniem, jak zdarzało się im wypijać dwanaście kaw w jeden wieczór, a po kolędzie w Łącku zapełnić cały regał słynną śliwowicą. Pytani, czy przyjmują poczęstunek alkoholem, odpowiadają: – To zależy od rodziny. Nie wolno go przyjąć w domu np. alkoholika. Ale czasem lampka koniaku ratuje życie, gdy zostało się zmuszonym do zjedzenia czterech obiadów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl