Politycy i pieniądze: kilka refleksji na marginesie „sprawy Rywina”


Mniej więcej legalnie

Marcin Król


Politycy od zawsze mieli niejasne relacje z pieniędzmi. Pojawienie się ustroju demokratycznego zmieniło tę sytuację w niewielkim stopniu. Politycy są teraz pod każdym względem (stanu, urodzenia, uprawnień itd.) takimi samymi obywatelami, jak wszyscy inni. Od księcia, który zgarnął łupy wojenne lub niecnie wykorzystywał poddanych, niewiele można było się domagać.


Kłopoty polityków z pieniędzmi są rozmaitej natury. Możemy odróżnić kilka wyraźnie odmiennych sytuacji.
Pierwsza, to czysto osobiste problemy finansowe wynikające z tego, że polityka to zawód, który niekoniecznie jest wykonywany przez całe życie. Lekarz zostaje senatorem (w Polsce czy gdzie indziej), jest nim przez osiem lat i co ma potem zrobić? Wrócić do zawodu? Tylko w wyjątkowych przypadkach mu się to uda. W innych zawodach bywa jeszcze gorzej. Z czego zatem ma ów lekarz żyć, tym bardziej, że natura ludzka jest ułomna i przywykł już do przywilejów oraz pieniędzy wynikających z bycia senatorem. Co zrobić z politykami, którzy przestali nimi być (z różnych powodów, ale nie z własnej winy), a nie mają gdzie zawodowo i finansowo wrócić?

Partie i natura ludzka
Druga sytuacja wynika z faktu, że politycy co pewien czas muszą prowadzić kampanie, muszą się także odpowiednio ubierać, powinni mieć przyzwoicie ubrane żony i doradców. Państwo w niektórych przypadkach i do pewnego stopnia na niektóre z tych wydatków łoży, ale tylko w ograniczonym zakresie i – na przykład – polskie państwo jest niezwykle skąpe, jeżeli chodzi o finansowanie doradców z prawdziwego zdarzenia. Ponadto polityk, o ile nie ma własnych pieniędzy i należy do partii, która nie uzyskała pieniędzy w poprzednich wyborach, bo nie miała dość głosów, niekoniecznie ma skąd wziąć pieniądze na dobry samochód niezbędny do objeżdżania kraju zimą i latem, na honoraria dla autorów przemówień, na ogłoszenia wyborcze, a tym bardziej na żonę. Niezręcznością popisali się trzej liderzy Platformy Obywatelskiej, kiedy to oświadczyli, że oni nie muszą gonić za pieniędzmi, co miało ich pozytywnie wyróżniać. A niby dlaczego pozytywnie, a nie negatywnie?
Trzecia sytuacja, to problem z partią i jej pieniędzmi. Żadne europejskie lub demokratyczne państwo dobrze tego problemu nie rozwiązało. I jeżeli teraz słyszymy o – nie potwierdzonych – podejrzeniach wobec premiera i SLD, to tylko dlatego obawiamy się, że coś może być na rzeczy, bo pamiętamy sprawę Kohla czy Clintona, oraz mnóstwo innych, z licznymi przypadkami włoskimi na czele. Partie polityczne stają się w pojęciu społeczeństw demokratycznych coraz mniej przydatne, a jednocześnie nikt nie wymyślił żadnej innej formy organizacji życia politycznego i dlatego partie wciąż muszą istnieć. Istnienie zaś jest kosztowne, więc pieniądze zdobywa się metodami nie zawsze zgodnymi z prawem. Społeczeństwa skąpią politykom na wszystko, a w Polsce zrobił się z tego idiotyczny i demagogiczny obyczaj, wykorzystywany zwłaszcza przez tych, którzy jeszcze nie byli u władzy. Wypominanie posłom czy senatorom, ile to dostają pieniędzy jest śmieszne, bo ani się na tym nie oszczędzi, ani też oni za dużo nie dostają, tylko grubo za mało, jeżeli mieliby swoje zatrudnienie polityczne traktować naprawdę poważnie.
Czwarta sytuacja związana jest z naturą ludzką (a przeciwnikom idei „natury” mogę przyznać, że i z kulturą, tyle że już od starożytności), która sprawia, że jak człowiek ma okazję mniej więcej legalnie „nachapać się” pieniędzy, to olbrzymia większość (oczywiście nie wszyscy) z tej okazji skorzysta. Powiadam: „mniej więcej legalnie”, co często znaczy nielegalnie w świetle prawa, ale jeszcze nie stanowi zwyczajnego brutalnego złodziejstwa w świetle przyjętych norm społecznych i obyczajowych. Zwyczajny złodziej, nawet polityk, nie jest tu przedmiotem rozważań, bo zwyczajni złodzieje idą (lub iść powinni) do więzienia. 

Dwór jest drogi
Politycy mieli niejasne relacje z pieniędzmi w zasadzie zawsze i pojawienie się ustroju demokratycznego zmieniło tę sytuację tylko w pewnym stopniu. A to mianowicie dlatego, że politycy są teraz ludźmi pod wszystkimi względami (stanu, urodzenia, uprawnień i tak dalej) takimi samymi, jak wszyscy inni obywatele. Od księcia, który zgarnął łupy wojenne lub niecnie wykorzystywał poddanych, niewiele można było się domagać. Od prezydenta, który by podobnie postępował, wymagamy znacznie więcej i po prostu mu na to nie pozwalamy. Nie jest nawet do końca jasne, czy prezenty, jakie otrzymał jako prywatna osoba w trakcie pełnienia funkcji, mogą do niego należeć. Ponadto w czasach demokracji nie godzimy się obyczajowo na to, żeby politycy dorabiali się na polityce. Oczywiście politycy świetnie zdają sobie z tego sprawę i po skończeniu kariery dorabiają potem na wykładach, co jest w pełni legalne, ale czy aby na pewno jest obyczajne, skoro polityk za wykład dla grona zamożnych pań dostaje pięćdziesiąt tysięcy dolarów?
Poczyńmy krok dalej i rozważmy trudniejszą okoliczność, kiedy to polityk nie zagarnia pieniędzy lub łupów po prostu dla siebie, ale czyni tak, bo musi wyżywić znaczną grupę klientów, którzy pomogli mu zdobyć władzę, pomagają mu się przy niej utrzymać oraz pomogą mu, kiedy pójdzie na zieloną trawkę. W zasadzie każdy polityk musi otaczać się takimi ludźmi, chyba że przyjmiemy zasadę, iż politykiem może być tylko człowiek, który był zamożny już wtedy, kiedy rozpoczynał karierę. Tak zresztą bywa w praktyce: taki właśnie jest obyczaj (naturalnie nie prawo) w Szwajcarii, gdzie grono polityków to ludzie, którzy decydują o gospodarczych losach państwa, czyli najczęściej bogaci bankierzy. W Stanach Zjednoczonych również biedak politykiem nie zostanie, a co najmniej musi przejść kilka stopni, które pozwolą mu uzyskać odpowiedni status finansowy (tu przykład prezydenta Clintona i jego kłopotów ma charakter wręcz podręcznikowy).
Czy polityk może się obejść bez akolitów? Otóż nie. Dawniej na dworze byli doradcy do spraw różnych, także osobistych, byli doradcy wojskowi i finansowi, był błazen i był zausznik, byli wynajęci aktorzy i muzykanci oraz byli opłacani dziejopisarze. Czy cokolwiek uległo w tym zakresie zmianie? Nic, prócz tytułów. A to dlatego, że polityk musi otaczać się ludźmi, którzy zapewnią mu nieformalne kontakty z różnorakimi (nie tylko finansowymi) elitami danego kraju i poza krajem. Polityk musi znacznie częściej niż normalny obywatel liczyć się z wypowiadanymi publicznie słowami, ale jednocześnie musi przy kimś poprzeklinać i napić się piwa lub zagrać w karty (jeżeli to akurat lubi). Wreszcie polityk musi czasem wyrzekać się odpowiedzialności lub po prostu zrzucać na kogoś winę i takiego kogoś musi mieć zawsze pod ręką. Musi się też pośmiać – każdy z nas musi – i dlatego potrzebny mu jest błazen. Żaden polityk zajmujący wysokie stanowisko (od ministra wzwyż) nie może zrezygnować z tego otoczenia. Być może niektórzy rezygnują z racji wieku lub przekonań moralnych (religijnych), ale – przyznać musimy – są to wyjątki. 
Najwięcej jednak kosztują ci, których trzeba nie tylko utrzymać, ale także zapewnić im przyszłość. Zdajmy sobie sprawę, że nawet błazen czy zausznik bez zapewnionej przyszłości może okazać się niebezpieczny, gdyż dla niezbędnych pieniędzy prędzej czy później opublikuje wspomnienia, a w takich wspomnieniach nikt nigdy dobrze nie wypada. Trzeba ich więc upchać do rad nadzorczych, na dyplomatów lub w takie miejsca, z których nikt potem ich nie ruszy przez dobrych kilka lat, a oni już sami zapewnią sobie dalsze mniej lub bardziej legalne dochody (na przykład w Polsce skierować ich do rady od radia i telewizji).

Polska: ani Północ, ani Południe
Innymi słowy, tylko człowiek ogromnie naiwny starałby się doprowadzić do tego, by politycy nie zdobywali, mniej lub bardziej legalnie, pieniędzy na wszystkie wymienione powyżej cele, dla siebie i innych. Kwestia zasadnicza kryje się (skoro wykluczyliśmy zwyczajnych złodziei) w tym „mniej lub bardziej”. Amerykanie – naiwni, wedle jednych, trzeźwi, wedle drugich – zalegalizowali lobbying właśnie po to, żeby zachowania mniej legalne uczynić bardziej legalnymi. Jednak w niektórych północnych krajach protestanckich każda forma (nawet na mikroskopijną skalę) osiągania dodatkowych mniej lub bardziej legalnych zysków prowadzi do natychmiastowej kompromitacji polityka, ale jak wiemy z licznych przykładów – najobficiej dostarcza ich Szwecja – powoduje to jedynie dalsze utajnienie niezbyt legalnych działań. W krajach południowoeuropejskiego katolicyzmu normy są znacznie złagodzone, ale też istnieją, czego dowodem jest ostateczny upadek chorobliwie i dogłębnie skorumpowanej chadecji we Włoszech, której społeczeństwo pozwalało na bardzo wiele, aż miarka się przebrała. W Polsce powstała sytuacja zupełnie niezdrowa, gdyż pokazując wyrywkowe przykłady, mass media zdają się sugerować, że wszyscy politycy są skorumpowani, ale dziennikarze nie potrafią tego udowodnić w takim stopniu, by skompromitowany polityk musiał odejść lub by go z zarzutów całkowicie oczyszczono. Pozwolę sobie skorzystać raz jeszcze z przykładu premiera i sprawy jego mieszkania, jak wiadomo kupionego za pożyczkę z banku Gudzowatego.
Czy jest w tym coś złego czy nie? Nie wiem, dopóki się nie dowiem, jakie standardy przyjmujemy w ocenianiu związków między politykami a pieniędzmi. Z jednej strony wszystko w porządku: ktoś wziął pożyczkę i jeżeli ją spłaca, to o co pretensje? Z drugiej strony, wiemy, kim jest Gudzowaty, wiemy, że jego bank w zasadzie nie udziela pożyczek mieszkaniowych i tak dalej. Otóż przykład ten pokazuje, że w Polsce uznaliśmy, iż takie zachowanie jest w porządku. Jest więcej, a nie mniej, legalne. Lecz posuńmy się krok dalej i rozważmy teoretyczną sytuację, że oto mianowicie rzeczywiście na polecenie poprzedniego premiera państwowe firmy zainwestowały w ideologicznie określoną telewizję „Puls”. Też nie wiem, jak z „Pulsem” dokładnie było, ale myślę, że było raczej bardziej nielegalnie. A co zrobić ze związkami polityków z PZU „Życie”, a co z Lwem Rywinem? Oczywiście, trzeba mieć zawsze dowody, jednak jak dużo można, gdzie jest granica między mniej a więcej?

Jedyny sędzia
Myślę, że jedynym prawdziwym sędzią w tej sprawie może być tylko opinia publiczna. A opinii publicznej muszą pomóc mass media. Dlatego na przykład sprawa o próbę przekupstwa wytoczona przez „Gazetę Wyborczą” powinna być przez nią doprowadzona do logicznego końca. Naturalnie są prokuratorzy i sądy, ale media od funkcji osądzającej uciekać nie mogą. Muszą postępować z umiarem, ale i z konsekwencją. Jeżeli się powiada, że praktycznie wszyscy kradną (a nie trzeba tego mówić wprost, wystarczy tylko o tym ciągle na przykładach nie do końca udowodnionych lub zbadanych pisać), to wytwarza się powszechne poczucie, że otaczają nas w polityce sami złodzieje, co jest nonsensem i pożywką dla partii populistycznych. Jeżeli się postępuje przeciwnie, to się chowa głowę w piasek. Myślę, że Polska jako kraj raczej północny, ale katolicki z tradycji, powinna przyjąć postawę tak gdzieś między Szwecją a Włochami. Ale trzeba wytworzenia się konsekwencji, która doprowadzi do powszechnego odczucia, co jest mniej, a co więcej, legalne. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl