Komentarze

 


Wojciech Stanisławski Czarnogóra, Mołdawia, Alabama, Polska

Mateusz Flak Między Bagdadem a Phenianem 

Marek Zając
Rywin, prokurator i gwiazdor

Krzysztof Burnetko Służba państwowa ma być cywilna








 

 




  
Czarnogóra, Mołdawia, Alabama, Polska

W Czarnogórze skandal: 23-letnia Mołdawianka S.C., której powiodła się druga próba ucieczki z zakonspirowanego domu publicznego (podczas pierwszej próby policja, do której zwróciła się o pomoc, odwiozła ją radiowozem do rąk dotychczasowego właściciela), zeznała, że do jej klientów należała elita polityczna, w tym zastępca prokuratora generalnego i wiceminister sprawiedliwości. W kraju wrze: prasa zamieszcza prawdziwe i fałszywe listy polityków zamieszanych w skandal, mnożą się dymisje, fiaskiem skończyły się wybory prezydenta. Losy kilku machos z szeregów miejscowej socjaldemokracji są jednak mało ważne w porównaniu z faktem, że handlarzom „żywym towarem” zapewniała bezkarność znaczna część miejscowych elit politycznych. Obraz, jaki wyłania się z zeznań uprowadzonej przed trzema laty, torturowanej, przerzucanej nielegalnie przez kolejne granice S.C. nie ustępuje pod względem okrucieństwa relacjom, które docierały do nas z Bałkanów w ostatniej dekadzie. Można się jednak obawiać, że w odróżnieniu od scen z Sarajewa prawda z tych zeznań nie trafi do świadomości publicznej, która broni się przed nią przy pomocy pruderii lub lekceważenia.
Mało kto jest wolny od tego lekceważenia. Sam przez lata irytowałem się na frazę „handel żywym towarem”, uznając ją za dziennikarskie nadużycie, wynik zabiegów lobby feministycznego, a już na pewno za chybiony opis starej jak świat sytuacji, kiedy to naiwność (ściślej: głupota) idzie pod rękę z cynizmem, a wolne od nadmiaru rozwagi i skrupułów nastolatki decydują się na wyjazd w nieznane w nadziei na „karierę modelki”. Zeznania S.C., potwierdzone przez Interpol i organizacje pozarządowe uświadamiają jednak, że na obrzeżach Europy sprawy zaszły znacznie dalej. Na porządku dziennym są porwania z ulic i domów, przerzut barkami przez Dunaj, tortury i śmierć dla nieposłusznych. Z Mołdawii, Rumunii, Ukrainy i Bułgarii wywożone są dziesiątki tysięcy kobiet; wg szacunków władz amerykańskich „w obiegu” znajduje się ich przeszło 200 tysięcy. W Suboticy i pod Brčkiem funkcjonują zakonspirowane „targi ludzkie”, których opis (nogi skute w kostkach; numerowane boksy i galeryjka dla obserwatorów) przywodzi na myśl sceny znad Missisipi sprzed półtora wieku. Mamy do czynienia z sytuacją, w której termin „handel żywym towarem” przestaje być frazesem, stając się precyzyjnym nazwaniem stanu rzeczy. XVIII-wieczny schemat (polowanie na ludzi w głębi Afryki; podróż w ładowni statku i nowe życie na plantacji trzciny cukrowej), sfilmowany, opłakany, zbanalizowany i potępiony, wrócił – z Dunajem w miejsce Atlantyku. 
Mimo że w pierwszej dekadzie III RP nie brakowało skandali, a posłowie PSL przed kilku laty starali się jak mogli rozwiać nudę hotelu sejmowego, rewelacje na skalę czarnogórskich zostały nam oszczędzone. Niewielki to jednak powód do dumy. Relacje świadków stwierdzają jednoznacznie, że z targów niewolników pod Bukaresztem i Suboticą ruszają dwa wielkie potoki ludzkie: jeden kieruje się na Zachód, by przez kręgielnie Serbii i bary Bośni trafić do Czarnogóry, Włoch i Unii. Drugi, przez Węgry i Słowację, trafia ostatecznie do Polski. 
W handlu niewolnikami, jak w każdej branży, podaż regulowana jest przez popyt. Pierwsza Rzeczpospolita, mimo mocarstwowej pozycji, nie dorobiła się kolonii zamorskich. Obywatele III RP, nadrabiając te zaległości, na równi z resztą Europejczyków czerpią uciechę i zyski z handlu żywym towarem.
 

Wojciech Stanisławski






Między Bagdadem a Phenianem 

Północnokoreański dyktator Kim Dzong Il nie mógł wybrać lepszej chwili na
przejście do (politycznej) ofensywy. Interwencja w Iraku, wojna z terroryzmem w różnych zakątkach globu, konflikt izraelsko-palestyński, niestabilna sytuacja w Afganistanie – do tego wszystkiego, co zaprząta energię Białego Domu, dochodzi dziś kryzys na Półwyspie Koreańskim. Kiedy wyszło na jaw, że wbrew porozumieniom Phenian kontynuował badania nad bronią atomową, Amerykanie wstrzymali dostawy paliwa. W odpowiedzi Koreańczycy z Północy usunęli ONZ-owskie urządzenia kontrolne w swym największym reaktorze, wydalili inspektorów i ogłosili wznowienie programu nuklearnego. Na razie amerykańscy eksperci – zamiast o atomowych zapędach – wolą mówić o szantażu, o „wołaniu rozpaczy”: reżim Kima jest w opłakanym stanie i nie przetrwa długo bez pomocy z zewnątrz, przede wszystkim bez wznowienia dostaw ropy. Z drugiej strony, choć zdaniem sekretarza obrony Donalda Rumsfelda USA mogą prowadzić jednocześnie dwie wojny, wiadomo, że Kim to nie Saddam, a kryteria stosowane wobec Bagdadu w przypadku Phenianu są niewiele warte. Korea Północna już posiada przynajmniej jedną głowicę jądrową i konflikt groziłby wojną przynajmniej na skalę regionu, a do tego nikt nie chce dopuścić.
Jedynym rozwiązaniem wydają się zatem cierpliwe, ale twarde negocjacje z koreańskim reżimem. Jednak dialog Waszyngtonu z Phenianem nie powiedzie się bez wsparcia pozostałych azjatyckich „graczy”: Chin, Rosji, Japonii i Korei Południowej. Od sposobu, w jaki światowi przywódcy poradzą sobie z tym koreańskim patem, zależy, czy (pesymiści powiedzą: jak szybko) Kim znajdzie w przyszłości naśladowców.  


Mateusz Flak






Rywin, prokurator i gwiazdor

Nie, po ujawnieniu, jak Lew Rywin, powołując się na premiera i ,,grupę u wła-
dzy” żądał ok. 80 mln zł łapówki za korzystną dla Agory ustawę, rząd nie upadł. I dobrze. Ale „Rywin-gate” potwierdza prawdę, że polskie elity nie radzą sobie z aferami. Najpopularniejszą strategią jest bagatelizowanie, ignorowanie lub przeczekiwanie. Trzy przykłady. Pierwszy: Rywin. Oświadczył, że „musi sobie sprawy przypomnieć” (choć miał 5 miesięcy na przygotowanie linii obrony) i zapowiedział „oczyszczenie dobrego imienia”. Szkoda tylko, że zwłoka naraża dobre imię – państwa. Drugi: Grzegorz Kurczuk, minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Wiedział o wszystkim od września, rozmawiał z premierem i Adamem Michnikiem, ale nie wszczął postępowania, choć miał taki obowiązek z urzędu; dziś tłumaczy, że czekał na koniec śledztwa dziennikarskiego. Może w ogóle zastąpić prokuratorów dziennikarzami? Trzeci: Marek Borowski. Słusznie opóźnił prace Sejmu nad ustawą o RTV, bo debata toczyłaby się w cieniu afery. Ale partyjni koledzy wezwali go na dywanik, oskarżając, że „kreuje się na gwiazdę”. 
I tak Polska staje się kinematograficzną potęgą: na pierwszych stronach gazet pisze się o producencie filmowym, minister sprawiedliwości sypie gagami, a wykazanie się odrobiną rozsądku przynosi status gwiazdora. A obywatel-widz ogląda kino nie moralnego niepokoju, ale niepokoju o moralność (publiczną).


Marek Zając



Patrz również: Krzysztof Kozłowski „Taśmy Michnika” („TP” nr 1/2003).




Służba państwowa ma być cywilna

Uchwalony pod koniec 2001 r. przez koalicję SLD-PSL przepis, który po-
zwala zatrudniać na stanowiskach wysokich urzędników państwowych osoby nie mające statusu urzędnika Służby Cywilnej, a w dodatku z pominięciem procedury konkursowej, narusza konstytucję – tak orzekł Trybunał Konstytucyjny. Zwracają uwagę trzy elementy sprawy. Po pierwsze, ma ona wymiar konstytucyjny: ustawa zasadnicza stanowi, że celem administracji jest wykonywanie zadań państwa w sposób rzetelny, bezstronny i politycznie neutralny. Gwarantem obiektywności urzędników – a więc służenia nie, jak w PRL, interesom władzy, lecz obywatelom – ma być niezależny od zmian politycznych korpus Służby Cywilnej. Nie bez powodu więc, po drugie, wniosek o zbadanie konstytucyjności tej regulacji złożył Rzecznik Praw Obywatelskich: wszak manipulowanie w imię interesów partyjnych zasadą doboru urzędników zawsze kończy się promowaniem tych gorszych. Wreszcie, po trzecie, wydając taki werdykt Trybunał przestrzegł każdy potencjalny rząd przed szukaniem furtek dla swoich ludzi i interesów. Potwierdził, że to kwalifikacje i zasada konkurencji winny decydować o obsadzaniu urzędów.
Niestety, w trudnej historii administracji w III RP zakwestionowany ,,zabieg” SLD i PSL nie był pierwszym przypadkiem manipulowania ideą apolitycznej administracji. Swoje na sumieniu miał też rząd Jerzego Buzka. Nic dziwnego, że doroczny raport SIGMA (inicjatywa Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju oraz Unii Europejskiej), oceniający dostosowanie Polski do standardów wspólnoty stwierdza, że regulacje prawne, dotyczące służby cywilnej przyniosły u nas wprawdzie poprawę sytuacji w administracji, jej upolitycznienie jest jednak nadal problemem. 

Krzysztof Burnetko



 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl