Ian McEwan: świat w zawieszeniu


Obsesje wyobraźni

Jerzy Jarniewicz



Najciekawsze stronice prozy Iana McEwana wyrastają ze spotkania świata rzeczywistego ze światem wyobraźni, zwłaszcza tej najbardziej pobudliwej i nieokiełznanej, jaką cieszą się dzieci, szaleńcy i artyści. Jest to spotkanie często dramatyczne, gdyż oba światy dzieli głęboka szczelina. W tej właśnie szczelinie rodzą się obsesje, będące głównym tematem twórczości McEwana. 


Moment, w którym świadomość zanurza się w tej szczelinie między rzeczywistością a jej obrazem, nie trwa wiecznie, gdyż umysł próbuje ją szybko zniwelować. Dlatego też stan ten bywa najczęściej stanem zaledwie chwilowym. Czasami jednak jest trwałą przypadłością psychiki McEwanowskich bohaterów. 

W czasie niczyim
Angielski prozaik lubi przebywać w tym czasie niczyim, kiedy fantomy wyobraźni nie ustąpiły jeszcze pod naporem analitycznego myślenia i danych płynących od zmysłów. Czasem jego prozy jest właśnie ta pora, raz przelotna, innym razem długotrwała, zanim świat wyłoni się z nieokreśloności. McEwan próbuje ten czas zawieszenia wydłużyć, a nawet uczynić z niego stan ciągły.
Proza McEwana staje się więc zapisem długich negocjacji między tym, co się nam wydaje, a tym, co istnieje obiektywnie. Tu kryje się źródło szczególnej, „gotyckiej” jak chcą niektórzy, atmosfery jego prozy. Słynna McEwanowska groza czai się na terytorium, którego umysł jeszcze nie spenetrował, nie poddał klasyfikacji, nie ujął w definicje. Na tym też terytorium istnieją chyba wszystkie patologie, w których lubował się McEwan, zwłaszcza we wczesnych opowiadaniach zebranych w tomie „Pierwsza miłość, ostatnie posługi”. Groza ma w prozie McEwana nieokreślony status ontologiczny: nie wiemy, czy przychodzi z zewnątrz, z chorego świata, czy też tkwi w nas samych – jest bowiem grozą, której ojczyzną jest marchia rozciągająca się między przedmiotem a podmiotem, między rzeczywistością a jej wyobrażeniem.
W mijającym roku ukazały się polskie przekłady dwóch znakomitych powieści McEwana: pierwszą z nich jest niefortunnie zatytułowana, napisana w 1997 roku powieść „Przetrzymać tę miłość”, drugą – uznana słusznie za najlepsze dzieło McEwana zeszłoroczna „Pokuta”. W obu tych powieściach autora pasjonuje opisany powyżej szczególny stan zawieszenia, kiedy to bohaterowie próbują mocą swojej wyobraźni dopatrzyć się w zaśnieżonych obrazach świata wyrazistych postaci lub logicznych ciągów wydarzeń. W podobnej sytuacji autor stawia czytelnika, zawieszając go w tej niepewnej przestrzeni, w której wszelkie znaki okazują się mylnym tropem, a kolejne fragmenty powieści nicują tak usilnie przez nas rekonstruowane ciągi zdarzeń. 
Obsesje, którymi zajmuje się McEwan, wyjaśnić można jako efekt konfrontacji obiektywnego świata z poddaną emocjom świadomością. Bohaterowie McEwana narzucają na świat spójne, jednolite obrazy i obsesyjnie przy nich trwają, gdyż ich zakwestionowanie wymagałoby rozerwania istniejących już powiązań, ponownego skoku na głowę w nieuporządkowaną czy „rozbrykaną”, jak pisze McEwan, rzeczywistość. 

Miłość jako zagrożenie
W „Przetrzymać tę miłość” obsesją staje się uczucie pozornie szlachetne: tytułowa, niebezpieczna miłość, od której nie może uwolnić się ani osoba jej doznająca, ani obiekt jej zainteresowania. To wyjątkowo przewrotna powieść, w której McEwan ruszył do walki z mechanicznym niemal sentymentalizmem przenikającym nie tylko wielkie połacie literatury, ale też wyznaczającym często nasz sposób myślenia o uczuciach. McEwan wypowiada tu tezę, tyleż zaskakującą, co nie pozbawioną racji: miłość, będąc formą emocjonalnego uzależnienia, staje się chorobą, która może obrócić się w groźną patologię. W tej „antyromantycznej” powieści, jakby wbrew swoim wcześniejszym sympatiom, McEwan staje po stronie rozumu, lokując emocje, bez względu na to, jakim znakiem je opatrzymy, po stronie zagrażających nam, bo nieujarzmionych sił. Powieść kończy się fragmentem fikcyjnego traktatu naukowego, który za pomocą klinicznej terminologii wyjaśnia szaleństwo tytułowej miłości. To wyraźna coda, ostatnie słowo, które tym razem McEwan postanowił podarować nauce i rozumowi. 
Że ku temu zmierza powieść, można się domyślić już z jej pierwszych stron. Otwiera ją mistrzowska scena, w której balon wyrywa się spod kontroli cumującego go mężczyzny. W koszu zostaje chłopiec, a na ratunek mu spieszą piknikujący w okolicy mężczyźni. Próbują utrzymać balon przy ziemi, ale wyrywa im się z rąk, porywając ze sobą jednego z mężczyzn. To wyjątkowo sprawne zawiązanie akcji: do umykającego balonu zdążają bowiem wszystkie główne postacie dramatu, tu się spotykają, tu wiążą się ich losy, które stanowią treść powieści. Ale jest to też znakomite, symboliczne wprowadzenie do tematyki tej historii o groźbie, jaką jest oderwanie się od ziemi, romantyczny ikarowy lot ponad widnokrąg.
Konfrontacja dwóch mężczyzn: jednego, owładniętego patologicznym uczuciem miłości, i drugiego, będącego obiektem, czy raczej ofiarą tego uczucia, jest tu konfrontacją dwu odrębnych światów, gdyż dla McEwana dwie osoby nigdy nie żyją w tej samej rzeczywistości. „Widzimy świat jak przez mgłę, każdy z nas na swój sposób. Na ludzkich spostrzeżeniach nie można polegać, albowiem przechodzą one przez pryzmat wiary i pragnień, który zniekształca naszą wrażliwość, naginając nasze wspomnienia”. Światy narratora i prześladującego go „z miłości” mężczyzny pozostają w trwałym ze sobą konflikcie. Porozumienie wydaje się niemożliwe, jedynym rozwiązaniem jest wyeliminowanie z gry jednego z graczy. Rzeczywistość, która mogłaby stać się w tym konflikcie rozjemcą, znajduje się poza zasięgiem jednej ze stron. 

Obsesja szaleńca, obsesja artysty
Z kolei w „Pokucie” świadomość trzynastoletniej bohaterki, również poruszającej się w szczelinie między wyobraźnią a rzeczywistością, wydaje się wcale nie mieć cech patologicznych. Tu wszystko jest w normie, przynajmniej na powierzchni. Normalna, porządna rodzina, zwyczajna sceneria, styl życia uwiarygodniony kilkusetletnią tradycją. Dziewczynka próbuje narzucić na „rozbrykany świat” porządek, znany jej z literatury. Świat jednak nie chce poddać się wyobrażeniom, zwodzi jej zmysły: częste w powieści są przykłady błędnej identyfikacji tego, co jawi się naszym oczom. 
W ciemnościach pokoju cylindryczny obiekt na sofie, abstrakcyjna bryła, może okazać się przerażającą, bo pozbawioną ciała kończyną ludzką, by potem ujawnić się jako noga matki bohaterki. Kiedy dziewczynka staje się świadkiem domniemanego gwałtu, nie widzi ludzkich postaci, tylko krzak, który zaczyna się przełamywać, rozdwajać, chwiać, rozwidlać, „zmieniając swój kształt, zwężając się u dołu, podczas gdy pionowa kolumna unosi się na pięć, sześć stóp”. Rzeczywistość dociera do nas stopniowo i pod różnymi postaciami. Mylne odczytanie takiego zaciemnionego obrazu może mieć – jak pokazuje McEwan w „Pokucie” – tragiczne konsekwencje. 
McEwan na bohaterkę swojej ostatniej powieści wybrał dorastającą dziewczynkę. Można by uznać, że w ten sposób przypisuje stan zawieszenia między rzeczywistością a wyobraźnią osobom niedojrzałym, ale kiedy dowiadujemy się, że dziewczynka staje się pisarką, „Pokuta” wykracza poza opis okresu dojrzewania, ulubiony zresztą temat wczesnej twórczości McEwana. Proponuje dyskusję nad rolą wyobraźni i jej tworów, sugerując, że między obsesją szaleńca a obsesją artysty nie ma zasadniczej różnicy.
Ciekawym rysem „Pokuty” jest także i to, że groza, która rodzi się w wyobraźni bohaterki, „zamieszkującej niezdefiniowaną do końca, przejściową strefę pomiędzy pokojem dziecinnym i światem dorosłych”, ma swój odpowiednik w świecie zewnętrznym – to groza historii, a konkretnie drugiej wojny światowej. McEwan kontrapunktuje obsesję autorki mistrzowsko napisanymi scenami odwrotu wojsk brytyjskich spod Dunkierki. Tu horror rozgrywa się nie tylko w teatrze wyobraźni, ale też w weryfikowalnym wymiarze historycznym. Szaleństwo jednostki wpisuje się w szaleństwo epoki, podobnie jak we wcześniejszej powieści McEwana „Niewinni”, której akcja rozgrywa się w podzielonym, powojennym Berlinie.

W obu książkach autor dziękuje za pomoc angielskiemu poecie Craigowi Raine’owi. To nie tylko ukłon wobec oksfordzkiego przyjaciela, ale także ślad artystycznego powinowactwa obu pisarzy. Raine stworzył całą poetykę z próby spojrzenia na świat świeżym okiem, jakby oglądał go po raz pierwszy. W poezji Raine’a, podobnie jak w prozie McEwana, świat dzięki pracy wyobraźni przybiera rozmaite, fantazyjne formy, zanim wykrystalizuje się w znaną nam dobrze rzeczywistość. Problem w tym, że pobudzona wyobraźnia na tę krystalizację częstokroć nie pozwala.
Zarówno „Przetrzymać tę miłość”, jak i „Pokuta” to powieści wybitne, a używam tego słowa z całą świadomością. Obie książki nie pozostawiają wątpliwości, że Ian McEwan jest jednym z najważniejszych współczesnych prozaików, mimo że wydał ostatnio kilka słabszych powieści, takich jak „Amsterdam”. W zalewie sezonowych sensacji, literackich czy paraliterackich, warto po nie sięgnąć, by przypomnieć sobie, jak wygląda dobrze napisana proza.

Ian McEwan, „Przetrzymać tę miłość”, przełożyła Barbara Cendrowska, Warszawa 2002, Bertelsmann Media; Ian McEwan, „Pokuta”, przełożył Andrzej Szulc, Warszawa 2002, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl