Votum separatum

I o to chodzi

JÓZEFA HENNELOWA



Będę szczera: właściwie nie zmartwiłam się, gdy sekretarz generalny SLD ogłosił z nagła, że po referendum europejskim jego partia wróci do starań o liberalizację ustawy „o ochronie płodu ludzkiego”. Jakoś wydało mi się, że pożytku z tego może być o wiele więcej niż szkód, a zagrożenie rychło okaże się bardziej pozorne niż rzeczywiste. I chyba to zaczyna być widać: irytacja na górze własnej partii Dyducha już kwestionuje jego nadzieje, zaś prezydent protestuje nie taktycznie, ale merytorycznie, co samo w sobie jest cennym świadectwem na rzecz afirmowania wartości życia ludzkiego. A komentatorka „Polityki”, osobiście nie ukrywająca własnych liberalnych oczekiwań, oblicza pragmatycznie: „sądzę, że lewicowy polityk doskonale zdaje sobie sprawę z braku szans na rychłą nowelizację ustawy”(E. Nowakowska, „Polityka” nr 1). I w tym przecież tkwi właściwe źródło naszego optymizmu: w spodziewaniu się, że opcja „za życiem” przez te lata wzmacniała się, ugruntowywała, zdobywała coraz więcej zwolenników, stawała coraz szerszym społecznym przekonaniem. Cóż by nam przyszło z najbardziej restrykcyjnych zakazów i sankcji, gdyby narzucone były one tylko przez dyktatora i przyjęte wyłącznie ze strachu? Nadzieja to właśnie przekonanie, że to, co godzi w ludzkie życie, zostałoby w ostatecznym rachunku odrzucone przez większość decydującą i o zasadach, i o praktyce.
Dlatego z głębokim zdziwieniem przyjęłam antytygodnikową wycieczkę Piotra Semki w niedawnej „Rzeczpospolitej” („Porozmawiajmy o Radiu Maryja”, 27 grudnia 2002) Rozumiem, że chęć wbicia nam szpili musi być u dziennikarza Pulsu przemożna, ale pretensja, iż w dyskusjach o aborcji sugerowaliśmy, że „to kwestia sumienia, a nie norm prawnych”, jest po pierwsze fałszywa (nie przeciwstawialiśmy prawa sumieniu ani odwrotnie), po drugie bardzo niebezpieczna, gdyż pośrednio wynikałoby, iż sumienie nie ma tu zbyt wiele do powiedzenia. A jest dokładnie odwrotnie. I chyba warto raz jeszcze postawić tę kropkę nad i, skoro zarzut już padł i jest tak bardzo pokrętny. Prawny zakaz aborcji czy nakaz „ochrony życia”, nie przyjęty przez wybór świadomego sumienia, zawsze może być omijany, lekceważony, poniewierany, praktycznie w wielkim zakresie bezsilny. Czy mam przytaczać przykłady? Najbardziej restrykcyjna pod tym względem Irlandia otwiera szeroko furtkę zgody na wyjazdy zagraniczne dla realizowania „zabiegów”. Co jeśli nie sumienie podyktuje matkom wstrzymywanie się od wykorzystania takiej możliwości? A dlaczego polska ustawa, jak wiadomo kompromisowa tylko, od początku funkcjonuje w kontekście obfitych ogłoszeń prasowych typu „ginekolog – wszystko”? Czy jest to świadectwo głęboko zakorzenionej postawy moralnej – a więc wyboru sumień – czy odwrotnie? Z drugiej strony – czymże jeśli nie świadectwem decyzji sumień są matki nie korzystające z istniejących u nas klauzul niekaralności i rodzące dzieci z wadami rozwojowymi, albo po to, by bodaj je pożegnać, albo by chować je kochając tak jak dzieci „udane”? A wreszcie, czy nie o stanie naszych sumień świadczy powodzenie lub niepowodzenie takich akcji jak „adopcja na odległość”, angażująca realne środki pomocy; albo fakt, że kiedy chodzi o znalezienie rodziny adopcyjnej dla dzieci z wadami rozwoju, udaje się to na razie prędzej za granicą niż w katolickiej Polsce?
Odzywka sekretarza SLD i jej rezonans to może całkiem dobra sposobność, by nie tyle oburzać się, ile sprawdzić samych siebie?















 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl