Drogą czwartego króla

Ks. Tomáš Halík



Trzej królowie ze Wschodu, prowadzeni przez gwiazdę, dotarli do Betlejem. Pokłonili się Dziecięciu, złożyli swe dary. Weszli do Ewangelii i ludzkiej pamięci, do dziś znajdujemy ich na płótnach wielkich mistrzów i wśród figurek w ludowych szopkach. Ich relikwie są czczone w kolońskiej katedrze, a cały chrześcijański świat wspomina ich w dzień Objawienia Pańskiego jako „forpocztę” pogańskich narodów, które znalazły drogę z mroków niewiary do Światłości świata. Ostrzeżeni we śnie przez anioła, uszli przed podstępem Heroda i powrócili bezpiecznie do swych krain.
Pewna mało znana legenda wspomina o czwartym jeszcze królu, który również wyruszył w drogę ze swymi klejnotami. Do Betlejem nigdy wszakże nie dotarł. W swojej wędrówce napotkał mnóstwo ludzkiej nędzy. Stopniowo rozdał wszystkie skarby, jakie z sobą niósł. Wykupił jeńców, dał na utrzymanie ubogiej kobiecie, aby uratować jej dzieci przed śmiercią głodową. Kiedy nic mu już nie zostało, sprzedał sam siebie na galery, by uchronić innych. Nie tygodnie, nie miesiące – trzydzieści trzy lata trwała jego wędrówka, nieustannie przerywana coraz to nowymi spotkaniami z ludzkim cierpieniem. Gwiazda betlejemska dawno zgasła. Z królewskiego darczyńcy stał się żebrak, błądzący po mrocznym labiryncie świata. Szaro i chłodno było też w nim samym, jego dobre uczynki nie ogrzewały go bowiem; dręczyła go troska, że nie spełnił swej misji.
Kiedy dotarł do wielkiego miasta, poczuł, że jego wędrówka zbliża się do kresu. Na rynku zobaczył tłum, który złorzeczył prowadzonemu na śmierć skazańcowi. Ponieważ miał współczujące serce, postanowił towarzyszyć przestępcy w jego ostatniej drodze. Ludzie doprowadzili skazańca na skaliste wzgórze, zdarli z niego szaty i ukrzyżowali go między dwoma złoczyńcami. Nad jego głową widniał napis: „To jest Jezus Nazareński, król żydowski”. Było to napisane po łacinie, hebrajsku i grecku.
A kiedy w całej tej krainie zapadł mrok, zbłąkany ubogi król ukląkł pod krzyżem i wyciągnął w górę ręce. Zrozumiał, że umiera tu Ten, do którego żłobka nie zdołał w porę przybyć. Tutaj nie jaśniała gwiazda, tutaj nie przemawiali aniołowie. Bóg milczał, i nawet słońce zakryło swoje oblicze. Dłonie wędrowcy były zupełnie puste. Jego myśli były bezładne, jego serce było wyschłe. Rozdał już wszystkie swoje uczucia, całą wiarę, całą nadzieję. Zrobiło się z niego puste naczynie.
I legenda – jako że legendy lubią dobre zakończenia – dodaje: O godzinie trzeciej do dłoni króla skapnęła z krzyża kropla krwi. Miała barwę drogocennego kamienia, z którym kiedyś wyruszył w drogę. Wędrowiec doszedł do celu, drogocenny kamień zamienił się w krew zranionego serca, królewski darczyńca w żebraka, a żebrak w człowieka po królewsku obdarowanego. Wszystkie stacje jego wędrówki nabrały sensu. Tylko pozornie błądził; był prowadzony i przyszedł w porę.
Legenda przerzuciła most między Wcieleniem a Odkupieniem, tajemnicą Nocy Narodzenia a tajemnicą Wielkiej Nocy, między pełną uroku hagadą ewangelii dzieciństwa a opowieścią – zapewne celtyckiej proweniencji – o królu strzegącym wraz ze swymi rycerzami świętego Graala. Przeszła po cichu przez otchłań sentymentalnego kiczu i odsłoniła to, co w Ewangelii najistotniejsze – ową „drogę doskonalszą”. A teraz wskażę wam drogę jeszcze doskonalszą, powiedział Apostoł, zamierzając mówić o miłości.

Czy miłość się jąka
Czterdzieści dni mogą trwać ćwiczenia duchowne świętego Ignacego, jeśli są sumiennie praktykowane. Mój sympatyczny święty z żołnierską powściągliwością prawie nie używa słowa „miłość”. Jego (bodaj jedyna) zwięzła wzmianka brzmi jak odpowiedź na uparte pytania, przecedzona przez zaciśnięte zęby: „O miłości powiem więc tyle, że należy ona raczej do sfery uczynków niż słów”. Ale w jednym miejscu baskijski rycerz zaczyna się jednak nad miłością rozwodzić; dzieje się to w ostatniej medytacji, na zakończenie, kiedy uczestnik ćwiczeń ma już, by tak rzec, spakowany plecak i zbiera się w powrotną drogę.
Niech i mnie będzie wolno w ostatniej medytacji tej książki* powiedzieć parę słów na ten niebezpieczny, delikatny temat. Tak, miłość jest niebezpieczna. Nie dla drugich – przeciwnie, do jej natury należy to, że człowiek kochany doświadcza w niej pełnego bezpieczeństwa. Jest niebezpieczna dla samej siebie, ponieważ łatwo może ulec zranieniu.
Pierwszą przyczyną tej podatności na zranienie jest ułomność jej języka. Podobnie jak w języku wiary, tak też w języku miłości rozwiera się widoczna przepaść między absolutem, ku któremu się ona kieruje, a ubóstwem ludzkich słów, które ujawnia się właśnie na tle tej dysproporcji. Miłość i wiara wiedzą, że chcąc wypowiedzieć to, co czują, zaczynają się jąkać. Nigdzie chyba nie znajdziemy tyle kiczu, co w dziedzinie miłosnej i religijnej literatury, poezji i sztuk plastycznych. Język miłości i język wiary są językiem ludzi wtajemniczonych. Kiedy człowiek pała miłością czy odczuwa żarliwą wiarę, nawet kicz może mu rozbłysnąć pięknem, urok bierze górę nad szpetotą; wewnętrzny promień zmienia na chwilę sztuczną biżuterię w szlachetne kamienie, podobnie jak dzieciom kupka piasku zamienia się w królewski zamek, a Don Kichotowi umorusana wieśniaczka w dostojną damę. Rzeczywistość staje się ikoną, chleb powszedni świętością, chwila – oknem otwartym ku wieczności. Komu wszakże serce akurat nie płonie – a ani temu, kto kocha, ani temu, kto wierzy, nie płonie stale – temu wszystkie symbole, jakie miłość z wiarą nagromadziły, jawią się jako sentymentalna tandeta; i jeden, i drugi zna chwile, w których jest wydany na pastwę poczucia wstydu i zakłopotania.
Co więcej, chwile wewnętrznego blasku są przeplatane zarówno szarą codziennością, jak i udręką nocy nie znajdującą pociechy w gwiazdach lub śnie; czy to, cośmy ujrzeli w momentach wewnętrznego olśnienia, było tylko senną iluzją, czy przeciwnie, momentem prawdziwego przebudzenia? Nie mogę uwierzyć „niezachwianie pewnym” z obu obozów, że jedna z tych odpowiedzi na zawsze uwolniła ich od przypływów wątpliwości, czy prawdą nie jest teza przeciwna.
Miłość jest podatna na zranienie wskutek swej zasadniczej otwartości. Kochać jest rzeczą niebezpieczną, ponieważ człowiek bierze na siebie ryzyko raniącego zawodu. Miłość – podobnie jak wiara – zakłada odwagę do zawierzenia. Ilustracją tego charakteru miłości – a także wiary – jest ewangeliczny obraz apostoła Piotra, który idzie do Chrystusa po falach jeziora. Dopóki jest wpatrzony w Chrystusa i zapomina o sobie, dzieje się cud. Z chwilą gdy traci z oczu umiłowaną istotę, gdy patrzy na siebie i pod siebie, przygniata go swym ciężarem lęk i zaczyna tonąć. Miłość jest przeniesieniem punktu ciężkości naszego życia poza siebie; kiedy powracamy uwagą do kręgu swego egocentryzmu, gubimy ów punkt Archimedesa: cała moc, jaką dała nam miłość – a także wiara – znika, nasz świat zaczyna się rozpadać.
Miłość jest podatna na zranienie wskutek wolności, jaką daje drugiemu. Pozwala ona innym na swobodne przekroczenie progu naszej intymnej przestrzeni; nie zawsze jednak wchodzą oni tam bez broni. Miłość rozbraja tylko swoją otwartością; nie wszyscy wszakże odkładają środki przemocy, wzruszeni naszą bezbronnością. Miłość zawiera w sobie wielkoduszność, z którą bierzemy na siebie ryzyko, że będziemy niezrozumiani i wykorzystani.
Tak, tutaj znowu spotykają się ze sobą wiara i miłość: kiedy czytamy uważnie Biblię, dostajemy zawrotu głowy na widok miłości, która daje człowiekowi ogromną przestrzeń wolności – z całym ryzykiem jej nadużycia.

Czy Bóg nas demoralizuje
Nie ma głębszej teologicznej definicji Boga niż zdanie apostoła Jana: Bóg jest miłością. Nie ma głębszego ujęcia istoty chrześcijańskiej etyki i duchowości niż Augustyńska sentencja: Kochaj – i czyń, co chcesz.
Sentencje te są jednak „niebezpieczne” – w obu aspektach, o których właśnie mówiliśmy. Po pierwsze, słowa te łatwo mogą być nie zrozumiane – w niejednych ustach zmieniają się w mdło słodkawy frazes, w kicz. Zarazem odsłaniają one „Bożą podatność na zranienie”. Nie dziwię się, że religijni profesjonaliści wszystkich wieków – przypomnijmy tu Wielkiego Inkwizytora z „Braci Karamazow” – obudowywali je tyloma innymi definicjami, wyobrażeniami i systemami moralnymi, aby osłonić Bożą nagość.
„Dobrze, że ludzie nie domyślają się, jak Bóg jest dobry i miłosierny i jak łatwo jest dostać się do nieba; gdyby to wiedzieli, grzeszyliby swobodnie i do nieba by się w końcu nie dostali”, mawiał mi – jako kolega koledze – pewien stary doświadczony ksiądz. Był to człowiek życzliwy ludziom i mówił to w dobrej intencji. Jezus wszakże wybrał inną drogę. W obliczu pedagogiczno-duszpasterskiej odpowiedzialności faryzeuszów i ich znakomitych praktycznych systemów moralności i zasad wiary zdecydował się jednak nie cenzurować wieści o Bogu nieskończenie miłosiernym. Ojciec, który daje pierwszeństwo zbłąkanemu na złe drogi, grzesznemu synowi przed oddanym sobie, zdyscyplinowanym i godnym pochwały; gospodarz, który robotnikowi ostatniej godziny nie płaci mniej niż temu, co harował w pocie czoła przez cały dzień; Bóg, który słucha zająkliwych słów grzesznego celnika, a nie chce słyszeć pięknie wycyzelowanej przemowy czcigodnego i zasłużonego męża; Syn Boży, który je i pije z prostytutkami i kolaborantami, a dla pożytecznego świątynnego biznesu ma tylko gniew i naganę – czy to wszystko i w nas nie budzi z trudem tłumionego zakłopotania? Bóg, którego by sobie wytworzyła nasza własna religijna wyobraźnia, byłby zupełnie inny – zresztą całe dzieje chrześcijaństwa można by w pewnym sensie pojmować jako historię prób przemalowania owego budzącego zgorszenie ewangelicznego obrazu Boga i zasłonięcia go tymi naszymi; jeśli w wierze utwierdza mnie jakiś cud, to jest nim siła, z jaką od czasu do czasu ów Jezusowy obraz wyłania się spod nawarstwień produktów naszej religijnej twórczości. Wspólnym mianownikiem wszystkich obrazów, jakimi Jezus drażni naszą skłonność do religijności faryzejskiej, jest to, że przedstawiają one Boga jako miłość bezwarunkową. Bóg zachowuje się dziwnie, ponieważ bezgranicznie kocha. Czy nas tym nie demoralizuje?
Pytanie to jest zrozumiałe i uprawnione. Wieść o wielkodusznym charakterze Bożej miłości ma wzbudzać podobną wielkoduszność u człowieka – przypomnijmy sobie na przykład parabolę o dwóch dłużnikach, z których ten, któremu darowano wiele, nie potrafił postąpić podobnie ze swym dłużnikiem drobnym. Gdybyśmy byli tak nieposzlakowani, jak był niewątpliwie człowiek, który wyszedł z Bożej ręki – i jak nam to przypomina człowieczeństwo Jezusa i Maryi – byłoby dla nas czymś naturalnym niczym nie wypaczone odzwierciedlanie tej Bożej miłości i promieniowanie nią na wszystkie strony. Ale nauka o „grzechu pierworodnym” bardzo realistycznie mówi, jak to jest teraz z naszą naturą. Pomimo to Bóg postępuje z nami tak, jak gdyby tej naszej kondycji nie przyjmował do wiadomości. Postępuje z nami, jakbyśmy byli jeszcze w raju: niczego w ogóle się nie nauczył, znowu pozostawia otwartą furtkę do drzew z nęcącym owocem. Osoba Jego Syna jest ową świątynią, do której mamy wolny dostęp, On jest teraz tym ponownie otwartym rajem intymnej Bożej bliskości; przy spotkaniu z Nim możemy złożyć egzamin poprawkowy z próby, w której zawiedli Adam z Ewą.
Bezbronność Jezusa ukazuje Boży charakter. Tak ma się rzecz z miłością: daje się ją, nie zostawiając sobie żadnej otwartej furtki. W świecie spryciarzy jest ona czymś zwariowanym, w zestawieniu z wyrachowaną mądrością ludzi przezornych – niedorzecznym i naiwnym. Wobec mocy świata musi się wydawać śmiesznie słaba, wobec przebogatej oferty tutejszego rynku – uboga, w porównaniu z przemysłem rozrywkowym – rzewna, żałośnie cicha. Z tymi, którzy mają w świecie rozeznanie i nie gubią się w nim, z góry przegrywa wskutek swego nazbyt wrażliwego serca; ciągle się gubi, ginie nam sprzed oczu. A czy naprawdę chcemy ją widzieć? W społeczności ludzi zadowolonych, których dobrze karmi i odziewa ten świat, jest naga; łaknie i pragnie sprawiedliwości. Trudno się dziwić, że jest niemile widziana, oczerniana i prześladowana.
Kiedy czytamy osiem błogosławieństw, rozumiemy je często jako zadanie moralne, jako spis celów: tacy powinniśmy być. Możliwe, że jest to całkowite nieporozumienie. Możliwe, że Jezus mówi nam przez to raczej, jaki jest Bóg – że to On jest ubogi, płaczący, cichy i prześladowany, że nie jest wszechwładnym mocarzem, którego sobie ludzie wyśnili jako wytwór swych własnych mocarstwowych aspiracji. Albo inaczej: Jezus – podobnie jak cała hebrajska tradycja powściągliwego wyrażania się o Bogu, jak mistycy i teologia negatywna – mówi tu o Bogu, jaki On nie jest i gdzie nie należy Go szukać: że nie jest możnym u możnych, bogatym u bogatych, sytym u sytych. Jest na dnie tych, którzy „są na dnie”. Dlatego są błogosławieni.
Kiedy wielokrotnie mówiłem o Bogu jako głębi rzeczywistości, to obraz ten mógł wywoływać rozmaite „głębokie” wyobrażenia. Ale Bóg jako głębia jest też Bogiem „na dnie”. Zstąpić do prapodstawy rzeczywistości znaczy – jak o tym dobrze wiedział Nietzsche – iść „zu Grunde”. Miłość oznacza wielkie bankructwo naszego egocentrycznego „ja”. Miłość przechodzi zawsze przez jakiś moment śmierci „ja” – aby dać przestrzeń wolności drugiego człowieka. Miłość, będąca rzeczywistą namiętnością – nie mam przez to na myśli romantycznego emocjonalnego porywu, lecz samooddanie, które wszystko, czym jesteśmy, skupia w jeden punkt i niczego sobie nie pozostawia „w rezerwie” – jest zawsze cierpieniem, na co wskazuje również słowne pokrewieństwo w szeregu języków, włącznie z łacińskim passio. Tak, również tzw. miłość szczęśliwa, jeśli sięga do samej głębi życia, ma swoje „pasyjne” momenty.
Kiedy drugi człowiek przychodzi z taką samą miłością, samozatrata oznacza odnalezienie siebie w tym drugim. Jeśli miłość natrafia na swoje przeciwieństwo, egoizm i nienawiść, wtedy – o ile nie pozwoli się porwać złu i idzie dalej swoją drogą – droga jej staje się drogą ofiary. Wtedy prowadzi na krzyż, a jak nam mówią wiara i nadzieja – dlatego przecież towarzyszą one miłości – przez krzyż w Boże ramiona. „Kto straci swe życie dla mnie, znajdzie je”. Miłość ponawiana i miłość ukrzyżowana mają w końcu ten sam cel.

Przełożył Juliusz Zychowicz


*
Tekst pochodzi z ostatniego rozdziału najnowszej książki ks. Tomáša Halíka, „Co je bez chvěni, není pevné”, o której pisze obok o. Dostatni. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

Ks. Tomáš Halík (ur. 1948) ukończył socjologię, filozofię i psychologię na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Karola oraz teologię na tajnych kursach w Pradze i studiach podyplomowych w Rzymie. Od 1978 r. kapłan Kościoła podziemnego, w latach 1990-93 sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Czech. Obecnie wykłada religioznawstwo na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Karola w Pradze. Obszerną prezentację postaci ks. Tomáša Halíka opublikowaliśmy w numerze 25/2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 2 (2792), 12 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl