Rzeczy prawdziwe i fantasmagorie


Sprawki Syreny

Jadwiga Żylińska



Odkąd stolicę przeniesiono z królewskiego grodu Krakowa do Warszawy, patronką miasta stała się Syrena, którą Warszawa ma w swoim godle.
Syrena jest stworem lekkomyślnym i to z jej pokuszenia mieszkańcy stolicy podjęli szaleńczą decyzje o zrobieniu Powstania, zamiast pozwolić Niemcom, którzy przegrali wojnę, spokojnie wyjść ze stolicy. Zaatakowani zaczęli się bronić i w rezultacie obrócili stolicę w gruzy. Mieszkańcy powędrowali do innych miast szukać dachu nad głową. Syrena zburzeniem miasta się nie przejęła: miejscem jej zamieszkania była woda, Wisła.
Mieszkańcy Krakowa pytali zdumieni: „Ale dlaczegoście to Powstanie zrobili, zamiast pozwolić Niemcom spokojnie wyjść?” Mieszkańcy Warszawy nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Nie chcieli obwiniać Syreny. Nie tylko nie chcieli jej obwiniać, ale jeszcze wznieśli jej pomnik jako symbolowi stolicy: w jednej ręce trzyma miecz, w drugiej tarczę, wsparta na rybim ogonie.
Ze zgruzowanej Warszawy nakręcono film i pokazywano go turystom jeszcze długo po odbudowaniu Warszawy. Jakby było się czym chlubić!
„Cały naród odbudowuje swoją stolicę”. Takie hasło rzucił rząd, partia, podobno podjął je cały naród. Ocknął się smok drzemiący w jamie pod Wawelem: dlaczego niby mieszkańcy królewskiego grodu mają odbudowywać zniszczoną przez lekkomyślność Syreny stolicę?
Syrena była lekkomyślna, to prawda. Ale przeszła też niemało. W roku 1920, kiedy bolszewicy stanęli pod Warszawą, wyłowili ją z Wisły i zabrali do Rosji. W traktacie ryskim jeden punkt domagał się zwrotu Syreny. Odesłali ją w tej samej beczce, w której ją wywieźli. Było to jedno z mniej przyjemnych wspomnień: ta beczka. Gdy Syrena zanurzyła się z powrotem w Wiśle, odetchnęła z ulgą. Lecz uraz pozostał.
Syrena nie miała kindersztuby i ten brak dał się we znaki mieszkańcom stolicy, co widać gołym okiem. Choćby w najbardziej reprezentatywnym gremium kraju. Parlamentarzyści harcują po parlamencie, jakby znajdowali się na chłopskim weselu w przedwojennych czasach. Dochodzi do tego, że trzeba niejednego wynieść z sali obrad za ręce i nogi. Inni łamią zasady prawa, wysypują ziarno na tory i grożą, że jeszcze pokażą wszystkim swoją rację, że mają prawo za nic.
Mamy więc co mamy, albo raczej nie mamy tego, co nam potrzebne: choćby ludzi z kindersztubą. Najsmutniejsze, że nawet nie zdają sobie sprawy, że istnieje coś takiego jak kindersztuba.
Bo zresztą skąd mają wiedzieć? 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl