Podróż po Albanii (1)


Shqiperia

Andrzej Stasiuk



1. O wpół do szóstej rano w Korczy pod hotelem „Grand” stało już kilku mężczyzn. Za dnia było ich więcej. Zwłaszcza na szerokiej ulicy wiodącej w stronę targowiska. Ale stali też pod pocztą i w cienistej alejce koło kiosku z gazetami. Po południu stał cały tłum. Sami faceci. Po dwóch, po trzech albo pojedynczo, zajęci rozmową albo patrzeniem gdzieś w przestrzeń. Czasami robili parę kroków tam i z powrotem, ale to był ruch bez określonego celu, chwilowa przerwa w nieruchomości. Niektórzy trzymali w dłoniach paczki albańskich banknotów i próbowali je wymieniać na euro i dolary. Ale większość po prostu stała, paląc długie, cienkie papierosy Karelia po niecałe trzy czwarte dolara za pudełko. Wyglądali tak, jakby na coś czekali, na jakąś ważną wiadomość, wezwanie albo zdarzenie, ale żadne wieści nie nadchodziły i każdego świtu zbierali się od nowa, tłum gęstniał wraz z upływem godzin, trochę rzedł w porze sjesty i po południu znów zamieniał się w ciżbę, zatopioną w stygnącym upale, rozfalowaną, ale wciąż nieruchomą. Kobiety pojawiały się od czasu do czasu, chyłkiem, bokiem i niemal niezauważalnie. Niosły swoje torby i pakunki, ale tak naprawdę były niewidzialne na tym samczym wygonie. Oni zostawali na swoich miejscach, wypatrując jakiejś zmiany, wgapieni w bezmiar pustego czasu i skazani na własną nieruchomą obecność. To samo widziałem w Tiranie na placu Skanderbega i w Gjirokastër na głównej ulicy biegnącej od meczetu w dół miasta. W Sarandzie o wpół do siódmej rano w hotelu „Lili” zszedłem na śniadanie i zobaczyłem, że sala baru jest pełna mężczyzn. Siedzieli nad poranną kawą i szklaneczkami raki, zatopieni w papierosowym dymie – piętnastu, może dwudziestu facetów. Patrzyli na ulicę i czasami ktoś do kogoś coś powiedział, ale nadchodzący dzień widać nie miał dla nich żadnych niespodzianek. Byli w nim uwięzieni od samego początku i po prostu nie mieli dokąd pójść, bo gdziekolwiek by się nie wybrali, więziła ich bezczynność.

2. Gdzieś koło Patos kraj zaczął się wypłaszczać. Góry zostały z tyłu. Do Adriatyku było kilkanaście kilometrów i widnokrąg po lewej nabrał szarosinej barwy. W autobusie było gorąco i duszno. Ludzie wyrzucali przez okna puszki po coli i piwie. Na przedmieściach Fier po obu stronach drogi ciągnęły się wrakowiska złożone głównie z mercedesów i audi w różnych stadiach rozkładu. Auta miały po dziesięć, po piętnaście, po dwadzieścia lat i były ich setki w mniejszych i większych stadach. W pobliżu Dürres setki zmieniły się w tysiące: w upale, na gołej ziemi, wśród spalonej trawy, niektóre już obłupione, odarte z blach, nagie, z całą pornografią obnażonych podłużnic, podwozi, wałów napędowych, hamulcowych bębnów, rdzewiejących resztek, inne, jeszcze okryte połaciami matowiejących od upału karoserii, stojące heroicznie na łysych, parciejących gumach. Wśród bezkresnej trupiarni uwijali się usmoleni mężczyźni ze szlifierkami kątowymi i odcinali płaty w miarę jeszcze zdrowego metalu. Białe strugi iskier były jaśniejsze niż słońce. To wyglądało jak martwa, mechaniczna rzeźnia. Inni już czekali, żeby wziąć potrzebne kawałki. Reszta walała się wokół i wrastała w grunt: pęknięte piszczele korbowodów, zjechane tłoki, ślepe reflektory, zgniecione chłodnice, przeżarte błotniki, dziurawe baki, wypatroszone filtry olejowe, rozwleczone skrzynie biegów z wysypanymi wnętrznościami przekładni, gangrena przewodów hamulcowych, rak podłogowych płyt, syfilis uszczelek i bielmo spękanych szyb. Tak, przedmieścia Dürres to był wielki szpital polowy niemieckiej motoryzacji, lazaret, w którym tylko się amputuje.
Dürres to jest port, więc te tysiące trupów musiało przypłynąć tu na statkach. Pamiętam zdjęcia ze słynnego albańskiego exodusu z roku dziewięćdziesiątego szóstego: ludzkie, rozpaczliwe grona zwisające z burt, z nadbudówek, z olinowania, kutry, promy, barki pokryte żywym człowieczym plastrem, jakby cały kraj chciał uciec jak najdalej od samego siebie, za morze, na drugą stronę Adriatyku, do Włoch, do świata, który wydawał się wybawieniem, ponieważ miał stanowić niewyobrażalną, baśniową antytezę przeklętej krainy. Teraz nadpływały stamtąd flotylle wyładowane ruiną, złomem, wysokoprężnym i benzynowym truchłem. 
Gdy szosa skręciła w stronę Tirany, zaczęły się bunkry. Betonowe szare czaszki wystawały metr nad ziemię i patrzyły czarnymi poziomymi szczelinami. Wyglądały jak zakopane pionowo trupy. W każdym mogła się zmieścić obsługa karabinu maszynowego. Rozrzucone na długich, płaskich wzniesieniach górowały nad martwotą samochodowych wysypisk. I jedne, i drugie były niezniszczalne. Astrid powiedział, że w całym kraju najprawdopodobniej nie ma ani jednej czynnej huty, żeby przetopić te niemieckie odpadki. Nie ma też tyle dynamitu, by zniszczyć sześćset tysięcy bunkrów, które miały przetrwać wszechświatową napaść.

3. Z Korfu płynie się półtorej godziny. Wodolotem pół. Budynek greckiego portu jest długi i płaski. Włoscy, angielscy i niemieccy turyści siedzą na stertach bagażu albo taszczą swoje sakwojaże na kółkach. Tłum przelewa się nabrzeżem, dzieli na pojedyncze strumienie i ustawia w kolejki na trapach wiodących na promy. Niektóre wyglądają jak siedmiopiętrowe domy towarowe. Autokary rozwożą i przywożą całą Europę. Stosy neseserów z szyfrowymi zamkami czekają na bagażowych. Pięciu facetów w czarnych skórach pilnuje swoich objuczonych hond i kawasaki. Na kei stoi trzymasztowy „Von Humboldt” w kolorze ciemnej zieleni i mahoniowy jacht pod brytyjską banderą. Na pokładzie uwijają się młodzi chłopcy w białych spodniach. Błyszczące węże aut powoli pełzną w głąb ładowni. Na niebie widać białe cielska Boeingów i DC schodzących do lądowania. Pary robią sobie ostatnie zdjęcia w greckim świetle.
Nie musieliśmy pytać, z którego miejsca odpływa statek do Sarandy. Tłum oczekujących był nieruchomy i ciasno zbity przy trapie. Mieli kartony, pudła, kręgi zielonych ogrodniczych węży, słynne w Europie i na świecie plastikowe torby w czerwono-niebieską kratę, oblepione taśmą foliową tłumoki, zwykłe worki, reklamówki z dawno zatartymi reklamami i wszyscy wyglądali na zmęczonych, ale to zmęczenie nie było z wczoraj ani sprzed miesiąca. Było znacznie starsze.
Grecki pogranicznik w białej koszuli i ciemnych okularach brał paszporty z drewnianej skrzynki i wywoływał kolejnych: Illyet..., Freng..., Gyergy..., Myslim..., Hadżi..., Bedri... Chwytali swoje rzeczy i wbiegali na wątły stateczek. Pogranicznik podawał ich paszporty krępemu cywilowi.
Wyglądali tak, jakby padał na nich cień, jakby stali pod niewidzialną chmurą, podczas gdy na resztę portu, na wakacyjny tłum, na brązowe ramiona kobiet, na złote kolczyki, na sandały i plecaki świecił blask prosto od Kodaka.

4. Mały amstel na pokładzie kosztował dwa euro. Płynęliśmy cieśniną i wciąż widać było ląd. Górzysty brzeg po prawej był nagi i bezdrzewny. Wypalone grzbiety wyglądały tak, jakby słońce od zawsze stało nad nimi w zenicie: wieczne południe i stare jak świat kamienie łuszczące się z upału. 
A potem zobaczyłem Sarandę. Zaczęła się nagle, bez uprzedzenia. Po prostu na nagich zboczach pojawiły się szkielety domów. Z daleka wyglądały jak wypalone, ale to były rozgrzebane i przerwane budowy. Ciemniejsze od gór, ale tak samo mineralne, jakby wypalone w wielkim piecu i ogołocone ogniem ze wszystkiego, co przypomina dom. W głębi zatoki miasto trochę zgęstniało, błysnęło szkłem, pozieleniało, ale my płynęliśmy dalej, by przybić do nabrzeża. Na cementowym placu stał zardzewiały dźwig. Nad szarym baraczkiem powiewał dwugłowy albański orzeł i błękitna flaga Unii. W środku stało biurko i dwa krzesła. Kobieta w mundurze kazała zapłacić dwadzieścia pięć euro, wzięła trzydzieści, dała jakieś kwity i z uśmiechem powiedziała, że nie ma wydać reszty. Na wzgórzu nad portem piętrzyły się bloki z nagiego, porudziałego betonu. Gdyby nie porozwieszane pranie i talerze anten można by je wziąć za opuszczone. 

5. Tak, wszyscy powinni tam pojechać. A przynajmniej ci, którzy wymieniają nazwę „Europa”. To powinien być obrzęd inicjacyjny, ponieważ Albania jest podświadomością tego kontynentu. Tak, Albania, to europejskie „id”, to jest lęk, który nawiedza nocą śpiący Paryż, Londyn i Frankfurt nad Menem. To jest ciemna studnia, w głąb której powinni zerknąć ci, którym się wydaje, że bieg rzeczy został ustalony raz na zawsze.
„Welcome in bloody country” – powiedział Fatos, gdy spotkaliśmy się w „Cafe Opera” na placu Skanderbega w Tiranie. Piłem piwo i zastanawiałem się, czy coś tak kosmopolitycznego jak błogosławieństwo respektuje państwowe granice. Czy greccy grenszuce zawracają je z przejścia w Kakavilë, a włoscy nie wpuszczają na promy w Bari i Brindisi. Na skwerze w cieniu drzew dziesiątki facetów handlowało walutą. Dawali 136 leków za dolara. Wśród tłumu cinkciarzy stało kilka radiowozów. Gliniarze, tak jak cinkciarze i reszta Albanii, tego lata palili cienkie Karelie po sto leków za pudełko. Na skwerze unosił się duch obojętnej symbiozy. I tych, i tamtych łączył czas, który musieli przeczekać. Sekundy i minuty pęczniały, puchły i pękały, ale w środku nie było nic.
Zapytałem Fatosa, czy handel walutą jest legalny. Oczywiście, że nie, odpowiedział. A policja? Po prostu pilnuje porządku, odparł.

6. O wpół do szóstej w Korczy było jeszcze ciemno. W knajpie przy dworcu autobusowym siedzieli mężczyźni. Pili poranną kawę i raki z małych, pękatych szklaneczek. Kawę zaparza się grzałką wprost w filiżance. Raki pije się o świcie, ponieważ jeszcze lepiej niż kawa rozprasza senność. Ale pije się tylko jedną. Raki to nie alkohol, raki to obyczaj. Potem zajechał stary mercedes-bus. Powoli wypełnił się ludźmi. Kierowca rozdał foliowe torebki. Na targ zaczęły zajeżdżać pierwsze furki z towarami. Gdy poszarzało na dobre, ruszyliśmy na południe. Stojący na przedzie dwaj gliniarze mieli starożytne sowieckie tetetki z wytartymi gwiazdami na kolbach. Do greckiej granicy było dziesięć kilometrów, ale nazwy mijanych miejscowości miały słowiańskie brzmienie: Kamenice, Vidice, Selenice, Borove... Gdy wjechaliśmy w pierwsze serpentyny, zrozumiałem sens tych foliowych torebek. Gruba, obwieszona złotem kobieta z wentylatorkiem na baterię w dłoni zaczęła jęczeć, a rodzina wstała z miejsc, żeby ją pocieszyć. Wyjęli jej z rąk to zabawne air-condition i zaczęła wymiotować do przezroczystego woreczka. Zaraz dołączyła do niej następna i następna. Potem przyszła kolej na dzieci. To kobieca i dziecięca choroba, powiedział nam potem Astrid. Rzeczywiście, mężczyźni podróżowali bez skutków ubocznych. Brali tylko udział w ogólnym ożywieniu, bo cały autobus brał udział w nieszczęściu, pocieszając, komentując i wyrzucając za okna podawane z rąk do rąk zużyte torebki, a kierowca zaraz rozdawał następne.

7. Za Erseke góry spotężniały. Wydrapaliśmy się na tysiąc siedemset metrów: jedynka, dwójka i nieustający korkociąg nad krawędziami urwisk bez żadnych barierek. Nie widziałem ani śladu domu, ścieżki czy zwierzęcia. Kopulaste szczyty porastała żółta wypalona trawa, bielały usypiska skał i przez półtorej godziny nie dostrzegłem żadnych śladów człowieczej bytności. Liczyłem bunkry. Przy pięćdziesiątym siódmym dałem sobie spokój. Były wszędzie, jak okiem sięgnąć. Cementowe czerepy wrastały w zbocza w miejscach, gdzie żaden pojazd nie miał szans dojechać. Nie wiem, może cement i stal transportowali na mułach i osłach, może po prostu przenosili to wszystko na plecach. Szare betonowe ropuchy tkwiły czasem pojedynczo, czasami po trzy, cztery, strzegły wyimaginowanych przejść, przesmyków, przecinały linie domniemanych ataków, oczekiwały na ofensywę, na inwazję, a ich czarne, puste spojrzenia ogarniały całą widzialną przestrzeń. Sprawiały wrażenie czegoś przedwiecznego i wyglądały tak, jakby miały trwać do końca czasu. Wydawały się starsze niż góry i obojętne na geologię, nieczułe na erozję. Wciąż przypominałem sobie ich liczbę — sześćset tysięcy. W każdym, powiedzmy, po dwóch żołnierzy na stojąco obsługujących cekaem albo erkaem, czyli milion dwieście tysięcy, co oznacza prawie połowę mieszkańców kraju. Podczas prób, podczas artyleryjskich testów zamykano w nich kozy. Przyglądałem się otworom strzelniczym, które wyglądały jak ekstrawaganckie ciemne okulary. W tym pustym pejzażu, w okolicy, gdzie raz na godzinę pojawiał się jakiś pojazd, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że wciąż jestem obserwowany. 

8. Postój był w Leskoviku, obok małego baru. Dawali kawę, raki i jajka na twardo. Do naszego stolika podszedł mężczyzna. Ale nie usiadł. Potrzebny był mu tylko blat stołu. Turlał po nim jajko i ciężarem dłoni rozkruszał skorupkę. Trwało to bardzo długo, ponieważ zapomniał o tym, co robi, i wpatrywał się w nas, być może pierwszy raz w życiu widząc i słysząc cudzoziemców. Jajko chrzęściło, pokazała się już biel białka, a on wciąż patrzył bez słowa.

9. W Leskoviku też były bunkry, tyle że znacznie większe. Przypominały betonowe jurty ze stalowymi wierzejami. Wśród nich pasły się osły. Zwierzęta były w tym samym kolorze, co schrony, i w tym samym kolorze było kamieniste pastwisko i strome zbocze zamykające krajobraz. Za miastem wjechaliśmy w cień pasma Nemerçke. Nigdy nie widziałem takich gór. Wyglądały jak usypane z popiołu. Linia lasu kończyła się jak ucięta, a potem był już tylko jałowy, pionowy masyw, który z tej odległości wydawał się lotny, sypki i nietrwały. Nic tam nie było. Dosłownie nic poza czystą nagością. Ścięty szczyt Papingut wyglądał jak hałda pyłu, podniebne wysypisko kurzu i ten kurz, ten pył musiały prószyć gdzieś z góry, z otchłani wszechświata, z jego najdalszych zakamarków.

10. Bo Albania jest stara. Jej piękno przywodzi na myśl dawno wymarłe gatunki i epoki, które nie pozostawiły po sobie żadnych wizerunków. Pejzaż trwa, ale jednocześnie nieustannie kruszeje, rozpada się, jakby niebo i powietrze chciały go rozetrzeć w palcach. To są szczeliny, rysy, pęknięcia i nieustanne ciążenie materii, która pragnie, by dano jej spokój, pragnie pozbyć się formy, zaznać odpoczynku i powrócić do czasów, gdy kształty jeszcze nie istniały. 

11. Gjirokastër to miasto z białego kamienia. Dachy domów pokryte są poczerniałym łupkiem, który kiedyś też był biały. Okna pensjonatu Hadżiego Kotoni wychodzą prosto na minaret. Kilka razy dziennie z wysokiej wieży odzywają się głośniki i metaliczny głos muezina wypełnia ulice, zaułki i całą dolinę rzeki Drinos. Obok meczetu jest grecki konsulat. Od rana stoi przed nim tłum. Dziesiątki kobiet i mężczyzn czekają na wizę. Telewizor pokazuje kilometrową kolejkę albańskich aut na przejściu w Kakavilë. Grecy od paru dni nikogo nie wpuszczają. Twierdzą, że posypał się system komputerowy. Albańczycy mówią, że to szykany, żeby nie zapomnieli, gdzie jest ich miejsce, żeby stali i prosili o grecką pracę i greckie euro, żeby wiedzieli, że to jest grecka łaska. Ale, mówią Albańczycy, bez nas ich winnice zdziczeją i zdziczeją ich gaje oliwne, tak jak zdziczały nasze, ponieważ musieliśmy je zostawić i wyjechać do Grecji, bo tam jest praca i są pieniądze. Grecy nie potrafią pracować, mówią Albańczycy. Pogardzają nami, ale bez nas nie piliby wina, ponieważ stali się grubi i leniwi.
Popijam czarny albański fernet i patrzę z góry na rodzinne miasto Envera Hodży. Wczesnym popołudniem ulice pustoszeją i znika tłum sprzed konsulatu. Słońce świeci pionowo i wymiata cień z najciaśniejszych zaułków. Robi się tak cicho, jakby wszyscy rzeczywiście wyjechali, pozostawiając miasto własnemu losowi, porzucając je na pastwę czasu i upału. Z gór zejdą wilki i skrzyżują się z psami, winorośl rozsadzi mury z ciosanego kamienia, wiekowe mercedesy zdechną z tęsknoty za swoimi szoferami, turecka forteca na wzgórzu zapadnie się do jego wnętrza, wiatr wypełni piaskiem pokoje hotelu „Sopoti”, rdza wyje wnętrzności muzułmańskich głośników, raki przepali zakrętki butelek w knajpie „Festivali”, porzucone pliki stulekówek z Fanem Noli zamienią się w tlen i na koniec szara łuska gór przykryje resztę.

Cdn.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl