Przed atakiem na Husajna: wojna i pokój w nauczaniu i w polityce Kościoła


„Czasem trzeba oddać cios”

Z ks. Henrykiem Skorowskim, profesorem Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, rozmawia Marek Zając



MAREK ZAJĄC: – Kościoły katolickie, prawosławne i protestanckie, w tym Zjednoczony Kościół Metodystów, do którego należy prezydent USA George Bush, ostro krytykują amerykańskie przygotowania do uderzenia na Irak. Skąd ta jednomyślność i zdecydowanie?
KS. HENRYK SKOROWSKI: – Wojny prewencyjnej, a taką byłaby ta wojna, nie da się usprawiedliwić w świetle nauczania nie tylko katolickiego, ale i w ogóle chrześcijańskiego. Choć pewnie wielu z nas, chrześcijan, popiera ewentualny atak na reżim Husajna. Sam też akceptowałbym tę wojnę, jednak mam świadomość, jak słabe są przemawiające za nią argumenty.
Operacja ta ma być kolejnym ogniwem w walce z terroryzmem. Episkopat USA popierał uderzenie na Afganistan, ale we wrześniu 2002 ci sami biskupi pisali: „Trudno nam znaleźć uzasadnienie dla bezpośredniego ataku na Irak”.
– I mają rację. Nie ma jednoznacznych dowodów, że Irak wspierał terrorystów. W przypadku Afganistanu nie było wątpliwości. Co więcej, Amerykanie podkreślali, że prowadzili wojnę nie przeciw Afganistanowi, ale przeciw talibom. Czyli: walczyli ze złem, terroryzmem, a nie z narodem. Atak na Irak oznacza wojnę z suwerennym państwem i jego obywatelami. Jeśli by dowiedziono, że istnieją powiązania między Bagdadem a organizacjami terrorystycznymi, to pewne działania zbrojne można by etycznie usprawiedliwić. Choć zawsze zostanie pytanie, czy zło należy zwyciężać złem.
A gdy okaże się, że Irak ma broń jądrową i jest prawdopodobne, że wykorzysta ją przeciw Izraelowi lub Europie?
– Załóżmy, że inspektorzy ONZ odkryją taką broń. Jak wtedy udowodnić, że Husajn chce ją wykorzystać? Kościół będzie do końca stać na stanowisku, że fakt posiadania przez jakieś państwo broni masowego rażenia nie usprawiedliwia ataku na to państwo. Mieszkamy daleko od Zatoki Perskiej, ale jakbyśmy się zachowywali, gdyby jakiś kraj oskarżył Białoruś o ukrywanie broni jądrowej i zbombardował Mińsk? Sprzeciw wynika też z natury Kościoła, który jest przeciwny pochopnemu oceniania rzeczywistości.
Szef watykańskiej dyplomacji abp Tauran mówi, że żaden kraj nie ma prawa sięgać po broń bez zgody ONZ, w przeciwnym razie „powstanie zagrożenie, że światem rządzić będzie prawo dżungli”. Czy stanowisko Kościoła zmieni się, jeśli Waszyngton zyska poparcie ONZ?
– I tak, i nie. Decyzja ONZ ma duże znaczenie, ale Watykan zdecyduje się najwyżej na cichą akceptacją operacji w Zatoce.
– Kiedy wojna jest usprawiedliwiona?
– Katechizm mówi o czterech warunkach usprawiedliwiających „uprawnioną obronę z użyciem siły militarnej”: szkoda wyrządzona przez napastnika musi być długotrwała, poważna i niezaprzeczalna, a dotąd podejmowane działania okazały się nierealne lub nieskuteczne. Muszą być też „uzasadnione warunki powodzenia”. Wreszcie, działania zbrojne nie mogą pociągnąć za sobą jeszcze „poważniejszego zła i zamętu niż zło, które należy usunąć”. W uproszczeniu można powiedzieć, że Kościół akceptuje wojnę obronną i militarne interwencje na rzecz praw człowieka. Przykładem wojny, którą Kościół może usprawiedliwić, była wojna w Zatoce Perskiej w 1991 r., gdy świat niósł pomoc okupowanemu Kuwejtowi.
Z wypowiedzi Księdza Profesora wynika, że np. polska wojna obronna z września 1939 jest w świetle nauki Kościoła w pełni usprawiedliwiona.
– Oczywiście.
Ale gdyby wcześniej nastąpiło prewencyjne uderzenie na Rzeszę, co zresztą proponowali niektórzy polscy politycy, np. Piłsudski, uniknęlibyśmy milionów ofiar i wojny światowej. Może podobnie jest z Irakiem?
– Historycy, którzy głoszą takie opinie, pewnie mają rację. Ale Kościół ocenia świat z perspektywy etycznej, a nie pragmatycznej. Poza tym, na wojnę światową patrzymy po latach, gdy wszystko już wiemy. Postawmy się na miejscu tych, którzy żyli w latach 30.: zrozumiałe, że mieli nadzieję na uniknięcie wojny. Sytuacji sprzed 1939 r. nie wolno odnosić do wszystkich współczesnych wydarzeń. W przeciwnym razie, gdy tylko pojawiłoby się zagrożenie, musielibyśmy atakować i bez końca toczylibyśmy wojny np. w Korei czy Libii. Kościół uczy, że pokój zawsze jest wartością, a wojna nigdy – choć w pewnych sytuacjach staje się narzędziem, służącym obronie innych wartości. Zważmy: Kościół odszedł od koncepcji tzw. wojny sprawiedliwej i dziś mówi o wojnie, która może być usprawiedliwiona, a to ogromna różnica.
Wyobraźmy sobie, że jesteśmy narodem zagrożonym agresją. Chcąc być w zgodzie z nauką Kościoła, musielibyśmy powiedzieć: czekajmy, aż zaczną nas mordować, wtedy będziemy się bronić.
– Bez przesady. Zresztą w przypadku Iraku, jeszcze nie wiemy, że „chcą nas mordować”. Z kościelną nauką o wojnie jest jak z karą śmierci: Kościół nie potępił jej jednoznacznie, ale Papież pyta, czy współczesne państwo nie potrafi sobie radzić z zagrażającym społeczeństwu człowiekiem inaczej niż odbierając mu życie? Zapytajmy więc: czy wspólnota międzynarodowa nie potrafi sobie poradzić z zagrażającym jej państwem inaczej niż wypowiadając mu wojnę? Może nie w każdym przypadku, ale warto próbować pokojowych rozwiązań.
Operacja w Kosowie, ta „pierwsza wojna w obronie praw człowieka”, była usprawiedliwiona?
– Według nauki Kościoła to nie była wojna, ale usprawiedliwiona interwencja w obronie praw człowieka: wspólnota międzynarodowa ma prawo upomnieć się o te prawa. Uderzenie militarne nie było wymierzone w państwo, ale miało na celu ochronę jego obywateli. Jan XXIII w encyklice „Pacem in terris” pisał o władzy międzynarodowej, która ma moc stanowienia prawa globalnego i egzekwowania na świecie praw człowieka. W Kosowie trzeba było powstrzymać ludobójstwo. W przypadku Iraku nie mówi się o prawach człowieka, ale o ukrytej broni.
– Ale łatwo tu o zarzut hipokryzji: w Kosowie broniliśmy Albańczyków, bombardując... Serbów. Czyli nauka Kościoła jest jednak pragmatyczna: zahamowanie zagłady społeczności albańskiej było warte śmierci iluś Serbów.

– Odpowiem chytrym argumentem: masakr w Kosowie dokonywano w pewnym stopniu za przyzwoleniem Serbów. Jeśli na politycznych przywódców wybieramy ludzi, którzy łamią prawa człowieka, to bierzemy na siebie współodpowiedzialność i musimy się liczyć z kosztami. Jeśli ktoś na mnie napada, nie mam prawa go zabić, ale mam prawo się bronić i napastnik musi liczyć się z tym, że moja obrona zajdzie tak daleko, iż straci on życie.
– To trafny argument, jeśli mamy do czynienia z przywódcą wybranym demokratycznie. Ale co w przypadku dyktatury, gdy niewinni cywile cierpią za szaleństwo rządzących? Złośliwi powiedzą, że akceptując interwencją zbrojną w obronie praw człowieka, Kościół w praktyce akceptuje teorię mniejszego zła.
– Kościół nie akceptuje myślenia w kategoriach mniejszego zła. Pytanie brzmi: czyn jest zły czy dobry? Bo jeśli nawet w minimalnym stopniu jest dobrem, człowiek nie powinien się wahać. Kościół, akceptując interwencję na rzecz praw człowieka uważa, że taka operacja jest dobrem, a nie mniejszym złem. A więc nie chodzi o mniejsze zło, ale o najmniejsze nawet dobro. Przykład: ktoś mówi, że stan wojenny był mniejszym złem. Pytam: dobrem czy złem? Bo jeśli twierdzisz, że był złem – nieważne, mniejszym czy większym – to nie wybieraj w ogóle takiego rozwiązania.
W Ewangelii czytamy, że powinniśmy nadstawiać drugi policzek. Pierwsi chrześcijanie, prześladowani, nie chwycili za broń w obronie siebie i bliskich. Wojna obronna usprawiedliwiana przez Kościół nie ma nic wspólnego z nadstawianiem drugiego policzka.
– Pierwsi chrześcijanie byli fantastycznymi ludźmi, ale we wszystkim nie można ich naśladować, bo kierowali się inną filozofią życia, kształtowaną choćby przez przekonanie, że wkrótce nastąpi powtórne przyjście Chrystusa. Dzisiejszy Kościół nie wyznaje bezkrytycznego pacyfizmu, ale uważa, że należy upominać się o pewne prawa. A jeśli chodzi o nadstawianie drugiego policzka: nie zawsze trafnie interpretujemy Chrystusowe prawo miłości. Czasem trzeba upomnieć, może nawet oddać cios, żeby ktoś zrozumiał, że popełnia zło. Jeśli przemilczę moją krzywdę i nadstawię drugi policzek, ten człowiek odejdzie i uderzy następnego. Wtedy za tę krzywdę będę współodpowiedzialny także i ja.

Ks. prof. Henryk Skorowski jest wykładowcą w Instytucie Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, zajmuje się m.in. problematyką narodu i państwa oraz wojny i pokoju w nauczaniu Kościoła. W latach 1990-92 był członkiem Zespołu Departamentu Wychowania Ministerstwa Obrony Narodowej podczas opracowywania „Kodeksu Honorowego Oficera WP”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl