Pamflet na wiek XX


Stracone stulecie, zdradzona muzyka

Stefan Rieger



Muzyka XX wieku: koncert na pokładzie „Titanica”? Ilu skoczyłoby jej na ratunek, w lodowate odmęty, gdyby zatonęła? Ilu uroniłoby choć łezkę? Opłakiwałbym może kilka szczególnych dzieł, ale na przekór chronologii, nie przynależą do tego przeklętego stulecia. Symbolizują nawroty nostalgii za Belle Epoque: „Metamorfozy” Richarda Straussa, klasycyzujące utwory Prokofiewa, Brittena lub Szostakowicza, igraszki Poulenca, archaizmy Sibeliusa, schyłkowy impresjonizm (ale już „Etiudy” Debussy’ego przelatują niebezpiecznie w wiek XX), niewiele więcej... A nawet i bez nich dałoby się żyć. Nie wydaje mi się, bym stracił coś naprawdę istotnego. Poza może pewnym składnikiem współczesnej wrażliwości, rzutującym na percepcję muzyki dawniejszej. Ale Mendelssohn, Chopin, Schumann czy Brahms, gdy z takim wyczuciem zgłębiali tajniki sztuki Bacha – radzili sobie bez tego.

Requiem dla kompozytorów XX wieku

Gdybym choć mógł ich znienawidzić! Niestety, jako im współczesny, trochę ich rozumiem. Jakże tu się nie litować nad kimś, kto (niczym w tragedii greckiej) nie ma innego wyjścia, jak przeć wciąż do przodu, poganiany Gombrowiczowskim batem: „Nie wolno nawracać! Nie wolno ułatwiać! Nie wolno się zniżać! Do góry, do góry leź, bez wytchnienia, nie oglądając się za siebie, choćby tam, na szczycie, nie było nic oprócz kamieni”. Jakże nie odczuwać miłosierdzia wobec twórców, skazanych na „zohydzanie sobie najszczerszych rozkoszy i na wymyślanie innych, odstręczających” i w dodatku zmuszonych do zachwycania się nimi, jakby to była prawdziwa ich miłość: „Sztuczni w swym samogwałcie, sztuczni i zatruci, z tą sztuką naszą dręczącą, obrzydliwą, wstrętną, której nie wolno wymiotować!”.
Im być może nie wolno, ale nam, którzy nie podpisywaliśmy żadnego Faustowskiego kontraktu? Czym bowiem wytłumaczyć tak powszechny wstręt, a przynajmniej obojętność (co nie wyklucza przelotnych stanów euforii, cerebralnej lub zmysłowej) w stosunku do całej niemal XX-wiecznej muzyki? Tej, o której Theodor W. Adorno pisał, że „wzięła na siebie całe ciemności i całą winę świata. Całe swe szczęście widzi w kontemplowaniu nieszczęścia, całe swe piękno – w zakazaniu sobie pozorów piękności. Przez wszystkich odrzucona, nie chciana, wydaje tchnienie i, nie wysłyszana, zamiera bez echa”. Czy jednak, wyznaczając sobie taką misję, nie skazywała się na samounicestwienie?
Znany kompozytor współczesny Pierre Henry, zapytany, czy słucha swej muzyki, parsknął śmiechem: „Czyś Pan zwariował? W mojej muzyce to ja się wyżywam. A jak chcę czegoś posłuchać – słucham Bacha czy Mozarta, jak każdy”. Oskarżam XX-wiecznych twórców – z całym respektem, żalem, zrozumieniem – o to, że  z d r a d z i l i  muzykę. Straciła z ich winy to wyjątkowe, centralne miejsce, jakie zajmowała w cywilizacji. Nie tylko w latach swego Złotego Wieku – włoski renesans i barok, Niemcy z czasów Bacha, Wiedeń i Praga Haydna i Mozarta... – przypuszczalnie zawsze i wszędzie. Nawet i dziś zresztą zajmuje (Star Academy & co), lecz w jak zdegradowanej formie!

Komunia i transcendencja

Kiedyś muzyka była jak wielkie drzewo, o korzeniach zapuszczonych głęboko w kulturę – buchające konarami ku przestworzom. Była czymś  o r g a n i c z n y m: wszystkie soki szły z ziemi ku koronie, liście zaś łapały światło, przekazując w dół energię słońca pniu i korzeniom. Pijacka przyśpiewka, zasłyszana w karczmie przez Lutra, trafiała do śpiewnika nabożnych chorałów, aby wreszcie posłużyć za cegiełkę budowniczym dźwiękowych katedr, jak Bach, a później Mendelssohn i Brahms. I nawet ci, których horyzont muzyczny wyznaczała przyśpiewka, musieli odczuwać tę organiczną jedność, gdy słuchali preludiów chorałowych Bacha. A zarazem, mniej lub bardziej świadomie – zew wielkości, swoiste „ssanie wzwyż”, zwalniające od przekleństwa doczesnej grawitacji. Zasadą muzyki była interakcja, jej celem – scementowanie ludzkich wspólnot. Łączenie, nie dzielenie. Tak było zawsze, od zarania ludzkości. Posłuchajcie kołysanek Pigmejów: to zarazem deklaracje miłości (estetyczne napięcie) i jedności (kojąca iluzja przeniesienia w czas sprzed przecięcia pępowiny). „Gdy śpiewamy razem, to nie po to, by się wyróżnić, lecz aby się złączyć. (...) Gdy przemawiamy do niemowląt i małych dzieci, czynimy to najczęściej w sposób melodyjny, by z nimi się połączyć. Każde pokolenie nastolatków ma swoją muzykę, tworzącą iluzję jedności. W dziejowych chwilach gra się hymny narodowe. Nie ma ceremonii religijnych bez muzyki albo śpiewu. Muzyka zatem łączy. Jest środkiem nie tyle komunikacji – co komunii” – pisze Isabelle Peretz, badająca od lat percepcję i rolę muzyki. I dodaje, że muzyka, choć z pozoru niczemu nie służy, nie jest li-tylko igraszką dla umysłu: „Odpowiada potrzebie biologicznej. Potrzebie przynależności”. Do grupy, cywilizacji, gatunku homo sapiens... Ale biologia to nie wszystko. Muzyka ma też śmielszą, duchową misję: uwznioślenia i wywyższenia, objawienia najczystszego piękna, a może też jakichś idealnych praw, wieczystych prawd...
Religia. Religare: złączyć, powiązać, zespoić.


Część z całością i całość z częścią.
Części ze sobą nawzajem.
Partytura. Drzewo. Muzyka.

Gdybym nie bał się śmieszności, rzekłbym, że muzyka jest humanistyczna albo jej nie ma.

Piekło przegląda się w kałuży

W XX wieku drzewo zostało ścięte. Korona usycha, odcięta od soków z dołu – korzenie gniją, pozbawione światła z góry. Ale procesy gnilne to przynajmniej ferment życia. Na dość niskim stadium rozwoju, ale zawsze. Mogłyby być na wyższym. O to właśnie winię XX-wiecznych twórców: że pozwolili zawładnąć duszami i zmysłami, omalże bez reszty, muzyce bardziej prymitywnej, mniej „uczonej”. Może skarlałej, lecz w sumie bardziej prawomocnej niż ich twórcze akty wiary. Gorzkiej wiary. Samotnością swą zatrutej. Snobizmem często podszytej. A zwłaszcza lękiem przed tym, by nie ujść za ramola. Za tego, co „ogląda się za siebie”, miast przeć wpieriod, gdzie same kamienie. Ekscytująca to chwilami przygoda – jak spacer po Księżycu. Ale szybko nuży: nie ma nic podobniejszego do kamienia, jak inny kamień. A w takim pejzażu bez znaków szczególnych, drogowskazów – natychmiast tracimy orientację. Nie ma nic, co byłoby przewodnikiem naszych emocji. A muzyka pozbawiona emocji usycha, jak korona drzewa odcięta od soków.
Mówiono często w obronie XX-wiecznej muzyki (w ślad za Adorno), że była tylko tego wieku „odzwierciedleniem”: odbiciem jego zgiełku, brzydoty, okrucieństwa. Dlatego to, z nadmiaru artystycznej uczciwości, „zakazywała sobie piękna”. Zadowalała się, w swych najwyższych wzlotach, „wyrażaniem prawdy”. Często gorzkiej i przerażającej. Ale muzyka Bacha (Beethovena, Chopina, Mozarta...) wyrażała prawdę równie gorzką i straszną, będąc przy tym najwyższym ucieleśnieniem piękna. Kto poza tym powiedział, że muzyka ma być „odbiciem”, jak pierwsza lepsza kałuża – a nie spoiwem i sprężyną, jednocześnie? Tym, co ludzi scala, lecz nie najmniejszym wspólnym mianownikiem (jak muzyka plemienna nastolatków), tylko otwarciem perspektywy w górę. Ofertą transcendencji.

Poziom i pion

Regis Debray pisze w książce „Szlakiem Boga”, że nie ma w miarę harmonijnej społeczności bez czegoś wobec niej zewnętrznego, czegoś ponad nią, czyli transcendencji, która nadaje jej minimum koherencji. „Potrzebny jest gwóźdź, aby zawiesić na nim obraz”. Może to być Idea (niebezpieczne), Religia (czasem dobroczynne, czasem groźne), albo Muzyka (notorycznie nieszkodliwe).
Ludzkość wpisuje się w dwa wymiary: poziom i pion. W poziomie kreślą swe arabeski nasze indywidualne głosy, zdolne się zagryźć, zagłuszyć nawzajem lub zakrzyczeć. Dopiero pion zaprowadza porządek. Narzuca głosom reguły gry. Zasady semantyki, składni, fonetyki, czyli, w muzycznym języku: harmonii, kontrapunktu, akustyki. Potrzebny jest magnes, przyłożony z góry, by uporządkować rozsiane opiłki. O tym, czy muzyka jest wielka, a może w ogóle o muzyce, decyduje to, jak umie pogodzić poziom z pionem. Melodię z harmonią. Pierwsza lepsza piosenka, blues, standard jazzowy – wywiązują się z tego z palcem w nosie. Dobre i to. Ale Bach żonglował trzema, czterema, pięcioma „melodiami”, nie pozwalając im nigdy się zagryźć lub choćby nadepnąć sobie na odcisk. Nikomu zresztą nie udało się tak pogodzić poziomu z pionem, jak Bachowi. To jego wizytówka. I przepustka do wieczności. Bach nie należy do przeszłości, lecz do przyszłości. Jest kresem naszych muzycznych marzeń. Terminal point.
Trudno mi pojąć, jak można tracić czas na muzykę bylejaką, średnią, nawet w porywach pasjonującą – gdy nie zna się dwustu Kantat i ośmiuset stron muzyki organowej Bacha (60 kwartetów Haydna, muzyki sakralnej i kameralnej Mendelssohna, oratoriów Haendla...). A do poznania choćby samych kantat i jednego życia za mało. Wiek XX, straciwszy wiarę i r ę k ę, próbował kusić nas czym innym. Nie miałbym nic przeciwko zabawom z barwą albo rytmem (to jego specjalność), gdyby nie było to najczęściej ucieczką od harmonii. Nie jakiejś tam dowolnej „harmonii” – abstrakcyjnej konstrukcji dla wtajemniczonych. Powszechnie rozumianej i wspólnie odczuwanej harmonii. Czyli, w naszej cywilizacji, dość wąsko pojętego systemu dur-moll – jedynego, który wypracował przez wieki bezwzględnie skuteczne i przemawiające do każdego zasady psychologii tonalnej, pozwalające nam współodczuwać (a kto wie, czy nie odwrotnie: to nasze wspólne odczuwanie pewnych tajemnych praw wykrystalizowało się w tej formie? Czy to my podbijamy Kosmos, czy to Kosmos nam podszeptuje?).
Odejście od tak pojętej harmonii oznacza odejście od pionu. A bez tego wymiaru nie ma, w moim pojęciu, muzyki. Takiej, która jest komunią i szansą transcendencji. Gdyż muzyka jest sprawą zbyt poważną, by zostawić ją w rękach kompozytorów. Z warsztatu twórcy schodzi prototyp, twór geniuszu lub szaleństwa, o którym nie wiadomo (jak o prototypie samolotu), czy zdolny będzie latać. Zamiar kompozytora aktualizuje się dopiero poprzez słuchacza i za jego pośrednictwem. Jak pisze Claude Levi-Strauss, „zachodzi odwrócenie relacji między nadawcą i odbiorcą, gdyż to temu drugiemu, w ostatecznym rozrachunku, przesłanie tego pierwszego pozwala odkryć, iż to on jest podmiotem znaczącym: muzyka żyje we mnie i słuchając jej w istocie słucham siebie”. Funkcją dzieła muzycznego jest w tym sensie „dyrygowanie orkiestrą milczących wykonawców, jakimi są słuchacze”. Kto dyryguje orkiestrą XX-wiecznych słuchaczy?

Korekta

Przyznaję, że upraszczam. Muzyka w XX wieku uległa absolutnemu rozproszeniu, rzucając się na oślep we wszystkie możliwe kierunki, odkrywając nowe światy... Rozprysnęła się, jak lustro, na tysiąc kawałków. W każdym przegląda się kto inny, znajdując w nim odbicie swego kruchego ego – zwykle osamotnionego, często oszukującego samotność iluzją plemiennej wspólnoty, najczęściej rzuconego na pastwę ignorancji. Powyższe żale odnoszą się głównie do tego, co zwykło się nazywać muzyką „współczesną”, czyli ostatnią odsłoną muzyki „poważnej”. Terminologia jest myląca, gdyż między tymi pojęciami nie ma oczywistej ciągłości: czy nie jest znamienne, że w sklepach i bibliotekach dział muzyki „współczesnej” jest zazwyczaj oddzielony od półek z muzyką „poważną” lub „klasyczną”? Czyżby wzajem się gryzły? Termin „muzyka poważna” jest tym bardziej mylący, że kojarzy się laikom z czymś „sztywnym i ponurym”, podczas gdy winien oznaczać po prostu „poważne traktowanie sprawy”, w dowolnej zresztą muzyce. Muzyka jest bowiem najtrudniejszą ze sztuk: nie da się w niej nic oszukać, sfingować, tanim kosztem podszyć się pod wielkość. Wszystko opiera się na warsztacie: na zdobytym w pocie czoła, z pomocą iskry Bożej, ciężko opłaconym kunszcie. Sama iskra nie wystarcza.
Kiedy mówię o „straconym stuleciu”, mam zatem na myśli to, że w muzyce zwanej na wyrost „poważną” tak mało było tego, co zarazem łączy i poraża swą wielkością. Zasięg rażenia tego, co naprawdę wielkie, prędzej czy później wykracza bowiem poza krąg afficionados albo przemądrzałych snobów. Wielkość promieniuje coraz szerzej i szerzej, aż poraża całą cywilizację. Pocieszające jedynie jest to, że ona sama zazwyczaj o tym nie wie. Tak jak my, każdy z nas, nie bardzo wiemy, co nas zrobiło – co wokół jest ważne, a co jest tylko zgiełkiem, niepotrzebnym, jeśli nie szkodliwym, hałasem. Ale co do jednego nie mam wątpliwości: bardziej mnie „zrobił” Bach niż Boulez. Dlatego jest tysiąckroć ważniejszy. Jak Mozart naprzeciw Stockhausena, Chopin kontra Lutosławski, Beethoven w starciu z Pendereckim. Nawet Beatlesi, Gershwin, Ellington, Wasowski, Ella i Louis, Jobim, Cole Porter, Piazzola, Brel, Nino Rota, Björk, Lisa Ekdahl... wielokroć są ważniejsi. To oni – lepsze to niż nic – ratują honor straconego stulecia. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl