Sędziowie dyspozycyjni za czasów PRL, nawet ci łamiący prawo, są do dziś bezkarni


„Przede wszystkim jesteśmy sędziami”

Tomasz Potkaj



20 lat temu Władysław Kałudziński, działacz „Solidarności” z Olsztyna, został skazany w oparciu o fałszywe dowody. Postępowania dyscyplinarne wobec pięciu sędziów, którzy orzekali w tej sprawie, są w toku. Dotychczasowa praktyka wskazuje jednak, że udowodnienie winy sędziemu jest niezwykle trudne. Tymczasem 31 grudnia mija termin składania przez pokrzywdzonych wniosków w sprawie pociągnięcia do odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, którzy – orzekając w procesach politycznych w latach 1944–89 – sprzeniewierzyli się niezawisłości sędziowskiej. Efekty na razie są niewielkie. Czyżby sądy dyscyplinarne stosowały strajk włoski – i chroniły kolegów-sędziów przed odpowiedzialnością? 


Kałudziński był szeregowym członkiem „Solidarności”, jednym z 10 milionów i noc z 12 na 13 grudnia 1981 r. spędził spokojnie w domu. O wprowadzeniu stanu wojennego dowiedział się 13 grudnia, z radia. W poniedziałek jak zwykle poszedł do pracy, do olsztyńskiego Polmozbytu, w którym był diagnostą. Aresztowano go dopiero w kwietniu 1982, gdy razem z kolegami przygotowywał demonstrację na 3 maja. Tak znalazł się w obozie internowanych w Kwidzynie. 
14 sierpnia 1982 r. Kałudziński zapamięta do końca życia. Tego dnia w Kwidzynie doszło do buntu. Bunt był sprowokowany: komendant zakazał widzeń na świeżym powietrzu, a kiedy internowani zignorowali zakaz, nie wpuścił części przybyłych rodzin na teren obozu. Doszło do pyskówki, potem bijatyki. Strażnikom udało się zamknąć internowanych w celach. Ale to był dopiero początek. Potem do cel zaczęły wchodzić grupy funkcjonariuszy uzbrojonych w pałki, tarcze i hełmy. Wchodzili i bili wszystkich po kolei. Potem wywlekali ludzi z cel pojedynczo i przepuszczali przez tzw. ścieżkę zdrowia (szpaler bijących), kazali całować swoje buty. Trwało to wiele godzin, do nocy. Tych, którzy nie byli w stanie wrócić do cel o własnych siłach, zanieśli koledzy. Niektórzy byli nieprzytomni. Tego dnia w Kwidzynie pobito 80 osób na 140 osadzonych, ponad 20 wymagało hospitalizacji. 
Wśród najciężej pobitych znalazł się Władysław Kałudziński. W opinii zakładu medycyny sądowej napisano, że „w następstwie zdarzenia w dniu 14 sierpnia (...) doznał wstrząśnienia mózgu, rany tłuczonej głowy oraz klatki piersiowej, kończyn górnych i dolnych”. Później przyznano mu rentę; nigdy nie wrócił do pracy. 

Trzy lata milczenia

Po kilku dniach pobytu w szpitalu wrócił za to do więzienia, tym razem w Elblągu. Podobnie jak pięciu innych kolegów został oskarżony o napaść na funkcjonariuszy służby więziennej – postępowanie, dotyczące pobicia więźniów przez funkcjonariuszy, zostało umorzone z powodu ogłoszonej amnestii. Sąd nie dopuszczał świadków obrony, za nieistotne uznał wyjaśnienia dotyczące udziału oskarżonych w zajściach, oparł się na sfałszowanych zeznaniach, co wyszło na jaw już wtedy. Po trwającym 3 miesiące procesie sąd wojewódzki w Elblągu skazał 5 oskarżonych na kary 2 i 1,5 roku więzienia. Wyrok utrzymał sąd apelacyjny. Kałudziński dostał 1,5 roku. Wyszedł po kilku tygodniach, na mocy amnestii – tuż przed przyjazdem Papieża, pod koniec maja 1983.
Teraz Kałudziński – współzałożyciel i prezes Stowarzyszenia Represjonowanych w Stanie Wojennym Regionu Warmińsko-Mazurskiego „Pro Patria” – od lat domaga się wyjaśnienia prawdy o masakrze w Kwidzynie. „Nie chodzi o to, by karać tych ludzi, ale uważam że poznanie prawdy należy się nam, wtedy poszkodowanym” – mówi. 





 
Zdjęcie wykonane 
 w czasie stanu wojennego; 
 autor nieznany 



Trzy lata temu wniósł do Krajowej Rady Sądownictwa wniosek o pociągnięcie do odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, którzy jego zdaniem sprzeniewierzyli się niezawisłości orzekając w tej sprawie. Było ich siedmiu: dwóch nie żyje, trzech jest na emeryturze, dwóch w dalszym ciągu orzeka w sądzie okręgowym w Elblągu. W lipcu 2000 otrzymał odpowiedź: Krajowa Rada postanowiła wystąpić do sądów dyscyplinarnych z żądaniem wszczęcia postępowania przeciw pięciu sędziom. 
To było, jak dotąd, ostatnie pismo, jakie dostał. 
Śledztwo w sprawie kwidzyńskiej prowadzi też gdańska Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. „Nie zajmujemy się samą kwestią pobicia internowanych przez funkcjonariuszy służby więziennej, gdyż w tym zakresie zapadło już prawomocne orzeczenie sądu i na gruncie przepisów postępowania karnego i ustawy o IPN nie ma możliwości podważenia tego orzeczenia i ponownego prowadzenia postępowania karnego w sprawie” – mówi prokurator Maciej Schulz, naczelnik komisji. 
Dlaczego zatem IPN rozpoczął jednak śledztwo? Schulz: „Ponieważ mamy uzasadnione podejrzenie, że postępowanie przeciw grupie internowanych, którzy zostali wtedy najdotkliwiej pobici, a następnie ich skazanie przez sąd nastąpiło w oparciu o fałszywe zeznania funkcjonariuszy i dokumenty stwierdzające nieprawdę, w postaci tzw. protokołów użycia siły, co stanowiło dalsze represje wobec tych osób. Fakty fałszowania dowodów w tej sprawie zostały ujawnione już w trakcie śledztwa, prowadzonego przeciw internowanym. Teraz gromadzimy materiał dowodowy”.

Orzekali i orzekają

Sprawa kwidzyńska jest jedną z wielu. Jak wielu, nie wiadomo, bo „przestępstwo polityczne nie jest kategorią prawną, dlatego w statystykach ministerstwa sprawiedliwości nie występuje takie określenie” – tłumaczy Marlena Gicewicz, naczelnik wydziału statystyki w resorcie. 
Tylko na mocy dekretu o stanie wojennym w latach 1981-83 skazano 676 osób. Przyjmuje się, że od wprowadzenia stanu wojennego do 1989 r. prokuratura aresztowała za działalność polityczną 3,5 tys. osób, a wojskowa (od grudnia 1981 do lipca 1983) – 2300. W ciągu 8 lat sądy skazały z tych powodów ok. 1700 osób. 
W latach 90. do Sądu Najwyższego trafiło prawie 2 tys. rewizji nadzwyczajnych; w większości przypadków wyroki skazujące zamieniono na uniewinniające. W tych uchylonych wyrokach orzekali konkretni ludzie: sędziowie. Poza nielicznymi przypadkami najbardziej skompromitowanych, którzy sami odeszli z sądów po 1989 r. – i zostali np. notariuszami lub radcami prawnymi, jak prezes sądu wojewódzkiego w Gdańsku Krzysztof Zieniuk, orzekający m.in. w procesie Michnika, Frasyniuka i Lisa w 1985 r. 
Reszta została – i wydawała wyroki w imieniu III Rzeczypospolitej. Na przykład wrocławski sędzia Marian Mizio, który w ciągu 15 miesięcy stanu wojennego orzekał w 11 procesach politycznych, pracował spokojnie jako sędzia aż do przejścia na emeryturę w 1998 r. Dopiero dwa lata później Krajowa Rada Sądownictwa pozbawiła go praw i wynagrodzenia przysługującego sędziom w stanie spoczynku. 
O ile wśród prokuratorów na przełomie 1989/90 r. przeprowadzono weryfikację (na czele komisji stał prokurator generalny Aleksander Herzog), w sądach takiej weryfikacji nigdy nie było. Z prawnego punktu widzenia weryfikacja sędziów była o wiele trudniejsza: nie można było rozwiązać sądów powszechnych, tak jak rozwiązano prokuraturę generalną. Ukrytą weryfikację prowadziła powstała jesienią 1989 Krajowa Rada Sądownictwa, nie przedłużając okresu służby sędziowskiej w poszczególnych przypadkach; formalnym powodem odejścia był najczęściej wiek i stan zdrowia. 
Późną jesienią 1989, podczas dyskusji w komisji sprawiedliwości nad ustawą zmieniającą ustrój sądów powszechnych, po raz pierwszy pojawiła się kwestia ustawowego rozwiązania tej kwestii, ale większość – w tym posłowie „Solidarności” (Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego) była temu przeciwna. Przeciwnikiem weryfikacji sędziów był również ówczesny wiceminister sprawiedliwości i późniejszy I Prezes Sądu Najwyższego Adam Strzembosz: wierzył w „samooczyszczenie” się środowiska. Kilka lat później przyzna, że się mylił. 

„Takie było prawo...”

Ustawę umożliwiającą usunięcie ze służby sędziów, którzy sprzeniewierzyli się zasadzie niezawisłości przygotował dopiero rząd Hanny Suchockiej. Rzecznik praw obywatelskich zaskarżył ją jednak do Trybunału Konstytucyjnego, a zwycięstwo koalicji SLD-PSL w 1993 r. oznaczało w praktyce, że przez kolejne 4 lata problemem nie zajmowano się w ogóle. Ustawę o odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów uchwaliła dopiero koalicja AWS-UW w grudniu 1998 (weszła w życie w styczniu 1999). Wszczynanie postępowań dyscyplinarnych w oparciu o nią było możliwe do końca 2002 r. Sędzia, któremu sąd dyscyplinarny (powołany przy 10 sądach apelacyjnych; instancję odwoławczą stanowi Sąd Najwyższy) prawomocnym orzeczeniem udowodni sprzeniewierzenie się niezawisłości, zostaje wydalony ze służby. 
No właśnie: jeśli udowodni. 
Sędzia Marek Celej, rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa, nie ukrywa, że sprawy dyscyplinarne o sprzeniewierzenie się niezawisłości należą do najbardziej skomplikowanych: „Wyrok obiektywnie krzywdzący nie musi oznaczać sprzeniewierzenia, nawet w przypadku, kiedy w wyniku kontroli instancyjnej albo nadzwyczajnego środka prawnego uległ zmianie albo uchyleniu – twierdzi Celej. – Ci sędziowie orzekali na mocy obowiązującego wówczas prawa, niezależnie od naszej dzisiejszej oceny tego systemu”. 
Najpierw ściąga się akta sprawy. Potem 3-osobowy skład bada je. Potem sprawa jest referowana na plenum KRS, która nad wnioskiem głosuje. Pozytywny wynik oznacza tylko tyle, że Rada występuje do rzecznika dyscyplinarnego z żądaniem wszczęcia postępowania w tej sprawie. Rzecznik może odmówić. Od orzeczenia można odwołać się do Sądu Najwyższego. „Tu są same kłopoty – mówi Celej. – Jeśli sędzia za udział w strajku, za który grozi np. od roku do 5 lat więzienia, daje lat 8, to mamy do czynienia z oczywistym złamaniem prawa. Ale jeśli dał maksymalne 5, to z prawnego punktu widzenia trudno mieć do niego pretensję: takie było prawo i tak orzekał. Ważne są inne kwestie: czy był obrońca, czy sąd uwzględniał wnioski dowodowe obrony, a jeśli nie, to czy racjonalnie to uzasadnił; czy bez uzasadnienia nie uchylał pytań oskarżonego. Także to, czy stopień społecznego niebezpieczeństwa czynu uzasadniał tak wysoką karę. Czasem z treści uzasadnienia da się wyczytać poglądy sędziego, które mogą sugerować, że w swych orzeczeniach nie był niezależny. W większości tego typu spraw brakuje jednak materiału dowodowego pozwalającego stwierdzić: tak, ten sędzia robił wszystko, by ta osoba została skazana”. 
W jednej ze spraw rozpatrywanych przez sąd dyscyplinarny pojawiła się nawet wątpliwość składu co do znaczenia i zakresu wyrażeń: „sprzeniewierzenie” i „niezawisłość sędziowska”. 

Swój swego chroni?

W ciągu tych minionych trzech lat Krajowa Rada Sądownictwa odmówiła wystąpienia z żądaniem wszczęcia postępowania w 11 sprawach, dotyczących 19 sędziów. Wystąpiła z takim żądaniem w dwóch sprawach, dotyczących 11 sędziów. Pięć spraw zostało odesłanych do rzeczników odpowiedzialności, celem dołączenia do toczących się już postępowań. Również około 30 spraw skierowało do sądów dyscyplinarnych ministerstwo sprawiedliwości. 
Większość spraw jest w toku. Jak dotąd, tylko w jednym jedynym przypadku zapadło orzeczenie skazujące.
„Sądy dyscyplinarne stosują strajk włoski i chronią sędziów przed odpowiedzialnością – uważa prof. Andrzej Rzepliński z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – Poziom moralności publicznej w Polsce jest tragicznie niski, i to stwierdzenie odnosi się także do sędziów. Jeśli ktoś jest pozbawiony honoru, to w trudnej sytuacji, na przykład kiedy trzeba się przyznać do błędu, oszukuje, kluczy, wymusza, słowem robi wszystko, żeby nie ponieść odpowiedzialności. Sędziowie mówią dziś, że takie było prawo, że nie mieli wyboru, czasem powołują się na swoje inne orzeczenia, tak naprawdę uznając swoją dyspozycyjność. Bo przecież orzekali łagodniej dopiero wtedy, kiedy władza wykonawcza im na to zezwoliła”. 
„Ludzie, których wtedy ci sędziowie wpakowali do więzień, zostali skrzywdzeni podwójnie – twierdzi prof. Rzepliński. – Po raz pierwszy wtedy, po raz drugi dzisiaj, kiedy odmawia im się prawa do zwykłej ludzkiej sprawiedliwości. To bardzo smutne, ale obawiam się, że oprócz informowania o tego typu przypadkach, niewiele w tej sprawie możemy zrobić”. 
Dodajmy, że mowa jest o sędziach, czyli osobach należących do tzw. zawodów zaufania publicznego – podobnie jak np. duchowny, adwokat czy lekarz – w przypadku których o kwalifikacjach decydować powinny nie tylko aspekty formalno-prawne, ale także etyczne.
Ale Krajowa Rada rzecz widzi chyba inaczej. „Jeśli mamy budować państwo prawa, to musimy przestrzegać procedur – ripostuje sędzia Celej. – Nie mnie orzekać, czy ta ustawa spełniła swoją rolę, czy nie. Ale mam nadzieję, że będzie to ostrzeżenie dla sędziów na przyszłość. Rozumiem rozgoryczenie pokrzywdzonych, ale proszę mnie zrozumieć: jesteśmy przede wszystkim sędziami. Jeśli z dokumentów spraw nie wynika jasno, że sędzia sprzeniewierzył się swemu zawodowi, to wątpliwości zawsze przemawiają na korzyść oskarżonego”. 
Oskarżonego, czyli – sprecyzujmy ten język – sędziego. 

Świnia na wokandzie

W połowie grudnia stowarzyszenie „Pro Patria” zorganizowało w Olsztynie spotkanie. Przyjechało jakieś 60 osób, wspominali przy kawie i herbacie, zrobili zbiórkę dla najbardziej potrzebujących kolegów. Na spotkaniu był Bogusław Gołąb z Gdańska, 20 lat temu także internowany w Kwidzynie (14 sierpnia był na leczeniu, poza ośrodkiem), który pisze książkę o tamtym buncie. Gołąb rozmawiał chyba ze wszystkimi uczestnikami, po obu stronach. „Ci z drugiej strony nie chcą o tym mówić – zaznacza. – Jeden z funkcjonariuszy służby więziennej powiedział mi, że sam czuje się ofiarą. Nie chciał rozmawiać także żaden z sędziów, którzy wtedy orzekali”. 
Józef Raszewski z Gdańska mówi o sobie, że do dziś czuje się człowiekiem „Solidarności”. W 1986 r. sąd skazał jego i dwóch kolegów na 2,5 roku więzienia za to, że przed wyborami do sejmu w 1985 r. zamierzali wypuścić na ulice Gdyni... przystrojoną czerwonymi kokardkami świnię z napisem „Ja głosuję”. Mimo że zamiaru nie zrealizowali – Służba Bezpieczeństwa zatrzymała ich, gdy wieźli świnię na miejsce – sędzia zastosował art. 282a kodeksu karnego: „Kto podejmuje działanie w celu wywołania niepokoju społecznego lub rozruchów...”. Górny wymiar kary wynosił 3 lata. W więzieniu Raszewski spędził 9 miesięcy, wyszedł po amnestii. W 1992 roku Sąd Najwyższy w ramach rewizji nadzwyczajnej uniewinnił skazanych: skoro do wypuszczenia świni nie doszło, nie było przestępstwa. 
Sędzia Andrzej Węglowski, który orzekał w jego sprawie, w latach 90. był przewodniczącym Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Gdyni. Na wniosek Raszewskiego jego sprawa trafiła do sądu dyscyplinarnego. Ten stwierdził jednak, że Węglowski, skazując na 2,5 roku za nie wypuszczoną świnię, nie sprzeniewierzył się niezawisłości sędziowskiej. Odsunięto go jednak od spraw karnych; dziś orzeka w Sądzie Grodzkim w Gdyni. 
Do tego właśnie sądu trafiła inna sprawa Raszewskiego, który domagał się uchylenia kolegium, na które skazano go w 1987 r. Okazało się jednak, że nie ma dokumentów tej sprawy. „Byłoby ciekawe – zastanawia się Raszewski – gdyby w tej sprawie znowu orzekał Węglowski”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl