Jakiej historiografii Polacy potrzebują? W 40-lecie „Zeszytów Historycznych” Jerzego Giedroycia


Wyrzec się złudzeń, nie rezygnować z marzeń

Jan Pomorski



„Gdy przeglądam publikacje historyczne, cieszy mnie liczba odnośników do »Zeszytów«. To wielka satysfakcja. Ale bywa, że nasze publikacje wywołują burzę w szklance wody. Nieszczęściem Polski jest to, że jej historia jest tak zakłamana, jak nigdzie na świecie” – mówił w „Autobiografii na cztery ręce” Jerzy Giedroyc. „Zeszyty Historyczne” odkłamywały historię i wydawały dokumenty źródłowe. W ten sposób chyba żaden nie-historyk nie wpłynął tak mocno na historiografię akademicką w Polsce, jak Giedroyc i jego „Zeszyty”. 


„Zagadnienia historyczne interesują mnie od bardzo dawna. Przede wszystkim może dlatego, że sam – przy moim już zbyt długim życiu – ocierałem się o szereg rzeczy i zobaczyłem, jak te rzeczy są zapominane czy nie znane” – mówił Redaktor w 1997 r. w wywiadzie udzielonym „Wiadomościom Historycznym”. Poza bezpośrednim doświadczaniem historii, znaczenie miał dom rodzinny, gdzie było „sporo książek historycznych, które wywarły na mnie wielki wpływ” – wspominał.
Prawdopodobnie dzięki lekturom domowym znał i cenił krakowską szkołę historyczną. Walerian Kalinka (1826-86) i Józef Szujski (1835-83) oraz o pokolenie młodsi: Michał Bobrzyński (1849–1935) i Stanisław Smolka (1854–1924) w syntezach dziejów narodowych rozwijali pogląd o samozawinionym upadku Polski, krytycznie odnosząc się do ówczesnych elit politycznych i piętnując wady szlacheckie. Echa tego myślenia odnajdujemy w wypowiedziach Giedroycia. Zwraca też uwagę zbieżność jego myślenia w kategoriach państwa i racji stanu, z tezami głoszonymi przez Bobrzyńskiego (prawnika z wykształcenia) o prymacie silnego rządu: „U nas (...) brakło rządu, który by w chwili stanowczej chociażby stargane siły około siebie skupił i jednolity kierunek im nadał. Nie mieliśmy rządu i ta jest jedna, jedyna upadku naszego przyczyna” – pisał w zakończeniu „Dziejów Polski w zarysie”. Podobnie w pracach Smolki, przypisującego decydującą rolę w historii wybitnym jednostkom, można doszukiwać się inspiracji dla charakterystycznego dla Redaktora kultu ludzi czynu, którzy aktywnością zmieniają bieg historii. 

Książka zamiast papierosów

Przeszłością rodziny „zajmował się głównie ojciec, który miał różne dokumenty, album z fotografiami i dziewiętnastowieczne dagerotypy” – mówił Giedroyc w autobiografii. Dopiero na emigracji zdobył wiedzę i dokumenty o dziejach rodu. Z czasów szkoły średniej Redaktor wspomina z sympatią nauczyciela historii prof. Sylwestra Pieczynisa, powstańca z 1863 r. Ważniejsze od lektur historycznych były jednak wówczas literackie. 
W 1924 r. Giedroyc rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim. Studia zdominowane wówczas przez seminaria z prawa rzymskiego oraz historii państwa i prawa, co musiało zostawić ślad na sposobie postrzegania dziejów przez przyszłego Redaktora. Jako student ostatniego roku tego kierunku, zapisał się na historię. Uczęszczał wtedy na seminarium z historii Ukrainy prowadzone przez prof. Mirona Kordubę, jedno z sześciu uruchomionych w założonym dopiero co i kierowanym przez prof. Marcelego Handelsmana Instytucie Historycznym UW. Z licznych lektur historycznych Redaktor przypisywał szczególne znaczenie dla ukształtowania swojego myślenia o historii dwom: 7-tomowemu dziełu Jana Kucharzewskiego „Od Białego caratu do Czerwonego” i „Polsce Jagiellonów” Ludwika Kolankowskiego. 
Kucharzewski (1876–1952), jak pisze wybitny znawca przedmiotu prof. Andrzej Wierzbicki, „był szczególnie wyczulony na tę warstwę historii, która ukazywała myśli, koncepcje, idee i ideologie, a więc warstwę bardziej kojarzącą się ze sferą »duchowości« niż materialnego konkretu. W dużej mierze teatrem dziejów była dlań świadomość, i to zarówno w swej postaci jednostkowej, jak zbiorowej (...). Z jednej strony »system« caratu, z drugiej zaś idee i ludzie, którzy usiłowali mu się przeciwstawić – to dwa główne nurty konstytuujące wielotomową pracę Kucharzewskiego”. Analogie z Jerzym Giedroyciem i „Kulturą” są uderzające: z jednej strony „system Związku Sowieckiego”, z drugiej idee i ludzie, którzy usiłowali mu się przeciwstawić. W deklaracji programowej z pierwszego numeru „Kultury” znalazły się słowa: „Kultura” chce szukać w świecie cywilizacji zachodniej tej „woli życia”, bez której Europejczyk umrze, tak jak umarły niegdyś „kierownicze warstwy dawnych imperiów”.
Ludwik Kolankowski (1882–1956) z kolei to jeden z najbardziej znanych reprezentantów tzw. idei jagiellońskiej w polskiej historiografii, reprezentowanej przez grupę historyków okresu międzywojennego poszukujących tradycji uzasadniającej mocarstwowe ambicje ówczesnej Polski. Polska Jagiellonów głosi chwałę unii polsko-litewskiej i idei federalistycznej, podkreśla zasługi dynastii w umacnianiu władzy monarchicznej i – jak pisał Giedroyc – „pokazuje, że prowadzili oni politykę dynastyczną, ale że naród nie chciał za nią iść”. Ostatnia uwaga o rozmijaniu się czyichś (Piłsudskiego lub jego własnych) wizji i programów ze społeczeństwem, które „nie nadąża”, jest manifestacją jednej z najważniejszych składowych Giedroyciowego widzenia świata. Kolankowski był mu w tym bliski i wart poświęceń, co opowiedział w wywiadzie-autobiografii: „Kiedy jechałem do Tobruku, gdzie można było zabrać tylko plecak i chlebak, włożyłem do niego tę grubą książkę, choć wymagało to rezygnacji z części przydziału papierosów”. Wszyscy, którzy znali namiętność Redaktora do palenia, wiedzą, jakie to było wyrzeczenie...

Słuszność sprawy w kraju niedokonań

Według Krzysztofa Pomiana, historyka i filozofa, Giedroyc określa się jako zwierzę polityczne, ale politykę uważa za służebną wobec wyższych wartości. Jest orędownikiem mocnego państwa, ale nie czyni zeń samoistnego celu. Stosunki międzynarodowe i społeczne utożsamia ze zderzeniami sił, ale zarazem wierzy w potęgę słowa. Choć ma poczucie bezwładu historii, żywi głębokie przeświadczenie, że wola jednostki może zmienić bieg zdarzeń, byle była wytężona w odpowiednim kierunku i z dostateczną mocą. 
Wartością nadrzędną było państwo, a ściślej interesy narodowo-państwowe ujmowane historycznie. Redaktor doceniał znaczenie gospodarki i kultury w dziejach, jednak historia to było dla niego przede wszystkim starcie sił politycznych. Stały komentator „Kultury” i polityczne alter ego Redaktora – Juliusz Mieroszewski, pisał: „Konieczność zmiany polityki na danym odcinku nie przeraża pragmatyka, ponieważ wie, że w tej grze jedynym punktem stałym są interesy narodowo-państwowe. Wszystko inne musi być zmienne (...)”. Jerzy Giedroyc był realistą w myśleniu historycznym i pragmatykiem w polityce. Według Krzysztofa Kopczyńskiego, historyka, „jest to realizm, który naucza, że można wyrzec się złudzeń, nie wyrzekając się marzeń, wyrzec się frazesów, nie wyrzekając się wartości, wyrzec się demagogii, nie wyrzekając się zasad. A w taktyce – dostosowywanie się do sytuacji. Ważne jest, żeby przylegać do rzeczywistości i żeby liczyć na światową opinię publiczną”. 
Realizm nie usprawiedliwia bierności. Giedroyc wierzy, że zmiany są możliwe i wiele zależy od ludzkiego, także indywidualnego, działania. Nie jest to myślenie heroistyczne, ale głęboko zakorzenione w Jego stosunku do rzeczywistości i Jego biografii. „Ja nie umiem myśleć bez podświadomej wprost chęci działania” – pisał Redaktor w liście do Melchiora Wańkowicza. „Czy realne jest to, co jest słuszne – czy też realne jest tylko to, co jest możliwe? My wiemy z naszych doświadczeń, że słuszne nie stanie się nigdy realne, jeśli zwątpimy, że jest możliwe. Należy być pewnym tylko jednej rzeczy – to jest słuszności swojej sprawy. (...) Siłą można do czasu utrzymać krzywdę i jarzmo. Ale trwać i przetrwać można tylko w obronie słuszności. Dlatego jako pragmatyk sądzę, że ważniejszą jest rzeczą, by nasza polityka była słuszna niż realna, bo realistami w ostatecznym obrachunku są ci, którzy potrafią trwać i przetrwać” – pisał Mieroszewski. 
Postawa „czynnego trwania” była charakterystyczna dla pojmowania historii w zespole „Kultury”. Giedroyc cenił „mocnych” ludzi, z wizją, narzucających wolę innym. Takich odnajdywał w historii Polski, poszukiwał dla realizacji swych koncepcji politycznych i na takich stawiał. Obce mu było Hamletowskie rozdarcie. Uważał np. że główną słabością Polaków jest zawieszanie spraw zaczętych: „Polska jest krajem niedokonań. (...) A ja uważam, że trzeba pewne rzeczy doprowadzić do końca, a nie pozostawiać w zawieszeniu”. 
Nie lubił drogi rewolucyjnej, ale zmiany stopniowe i systematyczne. Nie uznawał pustych, romantycznych gestów w działalności politycznej. W liście do Czesława Bieleckiego pisał: „Łukasińscy są dobrzy do szkolnych czytanek [Walerian Łukasiński, twórca Wolnomularstwa Narodowego i Towarzystwa Patriotycznego, aresztowany w 1822 roku, spędził w carskim więzieniu 46 lat]. Gesty romantyczne są niewątpliwie bardzo potrzebne, ale tylko wtedy, gdy są połączone z zimnym realizmem. Rozumiał to Piłsudski”. Zimny realizm nakazywał niekiedy rezygnację z jawności działań i reguł demokracji: „Nad życie nie kocham demokracji” – przyznawał w rozmowie z Ewą Berberyusz. „Demokracja to potwór, choć nic lepszego nie wymyślono. A konspiracje bywają różne. Jeśli dotyczą grona ludzi, którzy mają do siebie zaufanie i działają bezinteresownie, to proszę bardzo”. Bezinteresowność ma tu kluczowe znaczenie, jej obecność lub brak przesądza o ocenie działań. „Decyzje muszą być indywidualne. Historia albo je zaakceptuje, albo potępi. Innego wyjścia nie ma”.

Mocni na Wschodzie, ważni dla Zachodu

Polska leżąca „na rozdrożach Europy”, „w miejscu otwartym na wszystkie wiatry historii”, „państwo z Gombrowicza, nie podejmujące prób rozwiązania jakichkolwiek problemów”, nie potrafiące być „ani mocarstwem, ani Czechosłowacją”, a jedynie „Chaosem”, choć potencjalnie mogące być „wielkie”, być „pomostem”, „zwornikiem pomiędzy tymi światami [tj. Wschodem i Zachodem]” – oto zestaw metafor z „Autobiografii na cztery ręce”, organizujących Giedroyciowe myślenie o dziejach narodowych. Jak zauważa Pomian, sednem patriotyzmu Giedroycia jest przekonanie, że „Polska ma być wielka. Nie wielkością terytorialną czy imperialną, bo w tym człowieku nie ma nic z zaborcy, nic z nacjonalisty, nic z partyjniactwa czy zasklepienia środowiskowego. Polska ma być wielka przez swoje doświadczenia historyczne, którymi powinna dzielić się z innymi”. 
Znamienna jest wypowiedź Giedroycia z uroczystości nadania mu doktoratu honorowego przez Uniwersytet Jagielloński: „(...) dokonam zestawienia Polski obecnej z Polską sprzed prawie sześciuset lat. Kraj zagrożony przez potężnych sąsiadów, rozdarty walkami dzielnicowymi i wielkich rodów został nagle z inicjatywy Panów Krakowskich przemieniony w mocarstwo, które zaważyło w pewnym okresie na losach Europy. Zostało to spowodowane tym, że ci ludzie mieli wizję, czym może być Polska, wizję niezmiernie ryzykowną, ale opartą na realiach. Gdy dziś myślę o obecnej rzeczywistości, o kraju rządzonym przez małych, miałkich ludzi prowadzących Polskę od katastrofy do katastrofy, a jednocześnie o ogromnej koniunkturze, jaka się przed nami otwiera i jakiej nie mieliśmy od paruset lat, to wracam myślami do Panów Krakowskich”. 
Innym razem dowiedzieliśmy się: „cechą naszej polityki zagranicznej było stałe uzależnianie się od innych ośrodków: od Watykanu czy od Habsburgów, połączone jednocześnie z ogromną prowincjonalnością”, dlatego „nie wpadając w megalomanię narodową musimy prowadzić samodzielną politykę, a nie być klientem Stanów Zjednoczonych czy jakiegokolwiek mocarstwa. Naszym głównym celem powinno być znormalizowanie stosunków polsko-rosyjskich i polsko-niemieckich, przy jednoczesnym bronieniu niepodległości Ukrainy, Białorusi i państw bałtyckich i przy ścisłej współpracy z nimi. Powinniśmy sobie uświadomić, że im mocniejsza będzie nasza pozycja na Wschodzie, tym bardziej będziemy liczyli się w Europie Zachodniej”. To współczesna polska racja stanu i w jej urzeczywistnienie powinny zaangażować się elity polityczne. Rozgoryczenie Redaktora brało się stąd, że nie czyniły one tego w należytym stopniu. „Nie jestem jednak całkowitym pesymistą – pisał – patrzę z nadzieją na nowe pokolenie, niezatrute sowietyzacją, dla którego te wszystkie rozgrywki i podziały postsolidarnościowe będą prehistorią”.

Ciekawa robota w morzu archiwaliów 

„Tak samo jak fundusze publiczne, tak i najnowsza historia nie jest niczyją prywatną własnością czy monopolem i wymaga kontroli opinii” – konstatował Redaktor w 1968 r. w „Zeszytach Historycznych”. Historia nie była dla niego „tylko notowaniem faktów w odpowiedniej chronologii”. Analiza historyczna winna uwzględniać alternatywne modele rozwoju sytuacji i dopiero z tej perspektywy dokonywać oglądu (i oceny) tego wariantu, który faktycznie w historii się zrealizował. On sam czynił to wielokrotnie rozważając zagadnienia z historii najnowszej, np. klęski wrześniowej czy wybuchu powstania warszawskiego, analizując postępowanie ówczesnych przywódców. Starał się przy tym naświetlać wypadki z rozmaitych punktów widzenia.
„Idzie mi o znalezienie dokumentów, które by pozwoliły stworzyć (...), w miarę możności obiektywny, obraz sytuacji, aby można było z niego wyciągnąć jakieś wnioski” – deklarował w wywiadzie dla „Wiadomości Historycznych”. ogromną wagę przywiązywał do roli edukacyjnej historii, odpowiedzialnego kształtowania przez historiografię świadomości historycznej Polaków i jej roli w „wychowaniu państwowym”.
Z takich właśnie zapatrywań wyrosły, obchodzące 40-lecie istnienia, „Zeszyty Historyczne”. Zamiłowania dokumentalisty ujawnił już przed wojną, gdy redagował „Bunt Młodych” i „Politykę”. W „Kulturze” gromadzono wszelkie polonica: czasopisma, druki ulotne, pamiętniki i dokumenty osobiste, tworząc w ten sposób jedną z najważniejszych polskich placówek archiwalnych dziejów najnowszych. W 1954 r., w czasie przeprowadzki „Kultury” z avenue Corneille do Maisons-Laffitte, zaskoczony Redaktor pisał do Mieroszewskiego: „Dopiero teraz mogłem ocenić, jak straszną rzeczą są gazety i w ogóle archiwa: mamy tego ok.12 ton, nie licząc biblioteki. Było to jakoś upychane po skrzyniach, piwnicach, strychach, teraz nareszcie mogę to jakoś rozłożyć i posegregować”. 
Pasja „zbieracza” nie ograniczała się tylko do prasy i książek. 6 lipca 1955 r. pisał do Mieroszewskiego: „To bardzo ciekawe, co Pan pisze o »Exiled Europe Review«. Proszę mi podać adres, to załatwię wymienny egz. Może przyśle mi Pan wycinek, gdzie wspominają o »Kulturze«. Kolekcjonuję bowiem wszystkie »głosy prasy« o nas i mam szereg pokaźnych tomów”. Redaktor planował w siedzibie „Kultury” bibliotekę i archiwum, których zadaniem byłoby „stworzenie biblioteki najważniejszych współczesnych pozycji literackich i politycznych czy społecznych zachodnich (głównie francuskich) z myślą, że to kiedyś będzie dla kraju pożyteczne, oraz biblioteki pozycji krajowych. To się tak rozrosło, że jesteśmy chyba najbardziej kompletni na emigracji, nie wyłączając Biblioteki Polskiej w Paryżu”. 
„Zeszyty Historyczne” powstały „z konieczności usamodzielnienia materiałów, które puchły. Najpierw zostały wydzielone z działu eseistyki, potem z historii najnowszej, a tak się to rozrosło, że musiałem stworzyć coś odrębnego. Początkowo był to rocznik, potem kwartalnik. Niezmiernie ciekawa robota, ale trzeba przekopywać się przez morza archiwaliów” – mówił Redaktor w autobiografii o początkach pisma. 

Jakiej historiografii Polacy potrzebują?

Po pierwsze: „Idzie po prostu o to, żeby przekazać do wiadomości autentyczną wersję wydarzeń historycznych”. Trzeba „przejść od abstrakcyjnych, sporządzonych na wyrost projektów do spiesznego ustalenia minimum tego, co należy zrobić zaraz. A więc, drukowanie podręczników i materiałów z zakresu najnowszej historii Polski i wiedzy obywatelskiej” – pisał Redaktor do Czesława Bieleckiego w stanie wojennym.
Po drugie: „Historia Polski jest jedną z najbardziej zakłamanych historii, jakie znam”. Zakłamanie oznacza uleganie stereotypom i mitom narodowym, rozmyślne pomijanie w historiografii tematów dla Polaków nieprzyjemnych oraz polonocentryzm, czyli stawianie sprawy według modelu – „słoń i sprawa polska”.
Po trzecie: „Brakiem naszej historii, specjalnie jeśli idzie o studia uniwersyteckie, to uwzględnianie w małym stopniu historii powszechnej. Zanadto się koncentrujemy na sprawach polskich, jakby to była jakaś osobna wyspa. Nie pokazuje się ich na tle historii powszechnej i procesów, jakie zachodzą na świecie”.
Po czwarte: naszą historię należy „odbrązowić”, zerwać z hagiografią narodową i celebrowaniem rocznic historycznych. Młodzież ma dość wszelkiej obrzędowości na pokaz.
Po piąte: historycy, podobnie jak przywódcy, muszą mieć „odwagę cywilną mówienia Polakom rzeczy, których nie chcą słuchać. Czyli wbrew nim”. Wierzył Giedroyc, idąc za ulubionym autorem Stanisławem Brzozowskim, w sprawczą moc słowa, w siłę jego oddziaływania na publiczność czytającą. „Kultura” i „Zeszyty Historyczne” były od początku przedsięwzięciami z zakresu społecznej edukacji historycznej w wersji narodowo-państwowej.
Po szóste: historycy „powinni zmienić mentalność narodu”. „Dzieje Polski cechuje stała tendencja do osłabiania władzy wykonawczej: pacta conventa, anarchistyczna złota wolność, liberum veto”. 
Po siódme: „obecna polityka jest skierowana wyłącznie na Zachód. Aby jednak przekonać świat i samych siebie, że należymy do Europy, musimy mieć jasną politykę wschodnią, musimy zrozumieć, że powinniśmy być zwornikiem tych dwóch światów, gdyż nasza pozycja na Zachodzie będzie mierzona naszą rolą na Wschodzie”. Historiografia ma ukazać nasze dziedzictwo kulturowe i rolę, jaką Polska pełniła w tej części Europy.
Po ósme: historiografia jest zbiorową pamięcią narodu. Nie może być tylko rozpamiętywaniem przeszłości, wyjaśnianiem korzeni naszej współczesności, ale też wskazywać wyzwania i cele do osiągnięcia. 
Redaktor wysoko postawił poprzeczkę polskiej historiografii, ale czyż mogło być inaczej? Był przecież nie tylko miłośnikiem historii i historykiem-amatorem, ale prawdziwym Mężem Stanu, jednym z najwybitniejszych w naszych dziejach, choć nigdy nie posiadał tradycyjnych atrybutów władzy, płynących z piastowania urzędów. Działał słowem i drukiem. Przebił się do Historii, zapisując jedną z jej najpiękniejszych kart XX stulecia. Dziś polskie środowisko historyczne chyli przed Jego dziełem czoło, świętując 40-lecie „Zeszytów Historycznych” i uznając w Jego osobie jednego z najważniejszych reprezentantów rodzimej myśli historycznej.

Prof. Jan Pomorski jest pracownikiem Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie oraz współtwórcą Europejskiego Kolegium Polskich i Ukraińskich Uniwersytetów w Lublinie. Tekst powstał z okazji 40-lecia „Zeszytów Historycznych” i w pełnej wersji zostanie opublikowany na ich łamach w jednym z najbliższych numerów pisma. 

Zainteresowanych postacią Jerzego Giedroycia zapraszamy na stronę internetową „TP” – www.tygodnik.com.pl, gdzie znajduje się „Kontrapunkt” wydany z okazji 90. urodzin Redaktora (1996) oraz materiały wspomnieniowe opublikowane na naszych łamach po jego śmierci.

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl