Otwarte listy


Do Zbigniewa Mizi

JACEK PODSIADŁO




Do Jacka Podsiadły:

Nazywam się Zbigniew Mizia. Jestem księdzem i katechetą. 
Przeczytałem Pana wypowiedź w „Gazecie Wyborczej” na temat „problemu sekt” w szkole. Stwierdził Pan w niej, że wprowadzenie katechetów rzymskokatolickich do szkół niesie ze sobą spustoszenie duchowe i intelektualne.
Nigdy nie byłem zwolennikiem wprowadzenia katechezy do szkół. Uważam, że wyprowadzenie jej z salek katechetycznych spustoszyło życie parafialne, a zwłaszcza to, co określa się mianem „duszpasterstwa młodzieży”. Katecheza w szkole stała się elementem szkoły, systemu edukacji, przez co utraciła swoja specyfikę. W pewnym sensie spustoszyło to samą katechezę. 
Nie widzę tego, co Pan widzi. Najciemniej podobno jest pod latarnią. Dlatego byłbym wdzięczny, gdyby wyjaśnił mi Pan, dlaczego wpuszczenie katechetów rzymsko-katolickich pustoszy duchowo i intelektualnie (młodzież, dzieci, nauczycieli, system)?

Z poważaniem
Zbigniew Mizia


Od Jacka Podsiadły:

Cieszę się, że zauważa Pan zubożenie życia parafialnego spowodowane przeprowadzką wykładów religii w obręb murów szkolnych. Sam nie mam możliwości czynić podobnych obserwacji z bliska, ale mam wspomnienia mogące świadczyć o zubożeniu tą przeprowadzką życia uczniowskiego. Za czasów mej młodości przez samo to, że religii uczono gdzie indziej niż praw kinetyki i anatomii kaszalota, doświadczało się wyjątkowości tych „lekcji”. Samo to, że „na religię” trzeba było przejść trzysta metrów ze szkoły na kościelną górkę, powodowało, że przejście z rzeczywistości świeckiej do sakralnej było łatwiej wyczuwalne. Oczywiście nie uświadamiałem sobie tego wtedy, choć pod koniec podstawówki dziwiło mnie, że nawet najbardziej rozwydrzeni erotomani klasowi w salce katechetycznej jakoś nie śmią podszczypywać koleżanek. I oczywiście po drodze zawsze gubiło się parę owieczek, które czmychały na cmentarz palić papierosy, ale Bóg z nimi, któż byłby żywszym od nich dowodem tego aspektu religijnej wolności, który gwarantuje nam wolność od religijnego przymusu? Sądzę, że i Pan myślał o podobnych konsekwencjach mówiąc o spustoszeniu samej katechezy. Sądzę też, że zubożenie istoty katechezy automatycznie niesie ze sobą zubożenie czy spłycenie jej przekazu. I tu pora przejść pod latarnię, czyli od mniej więcej wspólnych konstatacji do kości niezgody. Przepraszam, jeśli będę powtarzał argumenty tysiąc razy podnoszone w dyskusji o prawie lub bezprawiu nauczania religijnego w szkole, ale niektóre z nich porażają swoją oczywistością i przeciwnicy tych argumentów nie ulegli porażeniu tylko dzięki grubym warstwom mentalnej izolacji. Przedmioty szkolne można grubą kreską podzielić na dwa rodzaje: te, które przekazują wiedzę sprawdzoną i udowodnioną naukowo – tych oczywiście jest większość – oraz te nieliczne, o których bez wątpienia wiadomo, że powodują ogólny rozwój młodego człowieka: wychowanie muzyczne, plastyka, wuef. Istnienia Boga na razie nie dowiedziono naukowo i choć wielu widziało wiele śladów Jego działalności, nie powinno się uczyć o nim w szkole z tych samych powodów, dla których nie uczymy się w szkole o yeti. Nie jest też Bóg wiolinowym kluczem do muzyki, modelem do namalowania ani odskocznią dla skoku przez kozła, choć religia w szkole bywa traktowana przez samych uczniów jako coś dodatkowego, nie całkiem poważnego, „ogólnorozwojowego”. Wiem, co mówię: mój siedmioletni syn kilka dni temu dostał pierwszą szóstkę w szkole, z religii właśnie. I choć nic mi nie wiadomo, aby ktokolwiek podburzał go antyreligijnie, kiedy chwaliłem się tą jego szóstką wobec znajomych, on sam ją dyskredytował: „Ale to się nie liczy, bo to z religii”. Tenże mój syn zaskoczył mnie niedawno pytankiem z kosmogonii: „To skąd ten świat się w końcu wziął: z Wielkiego Wybuchu, czy Pan Bóg go stworzył?” Tu ma Pan jednoczesny przykład dwojakiego spustoszenia, o jakim mówię: duchowego – bo dziecko już czuje się okłamywane albo przez fizykę, albo przez religię, i intelektualnego, bo na dziesięciu znanych mi katechetów jeden rozumie, że biblijny opis stworzenia można traktować jako metaforę nie stojącą w sprzeczności z obecnym stanem wiedzy naukowej. Zresztą i ten jeden przyznać musi z kolei, że zrozumienie sensu metaforyzacji opisu przekracza możliwości siedmioletniej głowy. Pozostawanie religii na zewnątrz murów szkoły pozwalało mniej ją obiektywizować, w pewnym sensie sankcjonowało jej wyjątkowość. Pozwalało jej zachować – apage, Satanas! – czar.
Ale największego grzechu upatruję jeszcze gdzie indziej. Podobnie jak kształcenie „zwykłych” nauczycieli, kształcenie katechetów wcale nie powoduje powoływania do tego zawodu osób o szczególnych predyspozycjach do wykonywania go. Nie miałbym wiele przeciwko temu, aby mądry pedagog, mentor, przewodnik duchowy, nauczał w szkole buddyzmu, animizmu albo innego islamu. W istocie religia jako element edukacji nie powinna być, wydaje mi się, pasem transmisyjnym dogmatów, ale praktyką duchową. Piękną rozmową o poważnych sprawach. Próbą świecenia przykładem. To się zdarza, ale jak rzadko, z pewnością Pan wie. Zamiast tego mamy szarpaninę o krzyż na ścianie, przerabianie materiału i infantylne wbijanie do głów, w ilu osobach mieści się Pan Bóg. Przeglądam zeszyty dziecka, to wiem. Tak być nie powinno, a jeśli musi, to po drodze powinien być cmentarz z nieśmiertelną ofertą palenia papierosów. Osobom chcącym powiedzieć mi w tym miejscu, że religia w szkole nie jest obowiązkowa, radzę uderzyć się przedtem w czoło (lekko i nieboleśnie!) pierwszym napotkanym lichtarzem lub innym narzędziem oświecenia. Przymus, przymus i zniewolenie zawsze zubożają, wyniszczają i pustoszą. 


Jacek Podsiadło
skr. poczt.32, 45-076 Opole1
podsiadlo@atol.com.pl




Od Lecha Janerki

Piernik do wiatraka ma trzy wspólne litery i w myśl tej słusznej, aczkolwiek nieco nerwowo-skrupulatnej obserwacji wytyka mi Pan w felietonie z 1 grudnia potknięcia w mojej agitacyjnej (a tak!) wypowiedzi dla G. Wyborczej. Zgadzam się, że o jakość słowa pisanego należy walczyć i nie ma usprawiedliwienia dla bełkotu w gazecie codziennej czy jakiejkolwiek innej. Dyktując gratis moją „agitację”, faktycznie nie napinałem się zbytnio, bo byłem naćpany i miałem wizje, za co przepraszam i obiecuję poprawę. Także w głoszeniu prawd. A prawda jest taka, że lekce Pan sobie waży autorytet pana Szosieka Staszka i pani dyrektor Szczepańczyk Bogusławy wyrządzając im być może krzywdę, a mnie akapit czy dwa później poucza o obowiązku subtelności wobec przegrywających wybory. Nieładnie. Wynik demokratycznych wyborów to nie wynik pałowania, jeżeli już tak grubo się bawimy. I wcale nie jestem pewien, że po Pana felietonie znajdę się po stronie wygranych. Oburza się Pan, że nie interesuje mnie 30% społeczeństwa. Z tego, co wiem, to z polityków tylko prezydent ma obowiązek bycia „miłym” i „rozsądnym” wobec wszystkich obywateli. Z innymi politykami bywa różnie. A ja nawet nie jestem politykiem i nie widzę powodu, dla którego miałbym być miły dla tych 30% społeczeństwa, które głosem swoich przywódców otwarcie mówi, że trzeba mi przylać i dogiąć do swoich potrzeb. Wiem, że schodzenie poniżej poziomu Utopii przygnębia, ale i tak szydercza szarża w końcówce Pańskiego listu jest dla mnie niezrozumiała. Nigdy nie miałem zapędów Führera, a takie mi Pan radośnie przypisuje. Chwilę wcześniej odbiera mi Pan prawo do wypowiadania się w kwestiach narodowych. To dobre. Zgoda, przyjmuję wyrok oczekując, że podobnie lekkim słowem wytłumaczy Pan istotę prawa Samoobronie, Ojcu Dyrektorowi i Lidze Polskich Rodzin. A leszczom niech Pan da spokój.
Wigli, figli, bigli, zigli


Z poważaniem
Lech Janerka



Od Jacka Podsiadły:

To niech leszcze siedzą w leszczynie i piszą swoje hymny na niedoszłe wrocławskie EXPO, zaś agitację niech zostawią aligatorom-agitatorom. O führerze pisząc do Pana nie myślałem.








 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791),
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl