Nanni Moretti: film o doświadczeniu rozpaczy


W pustym pokoju

Anita Piotrowska



Niewiele jest dzisiaj filmów, o których bez zażenowania moglibyśmy powiedzieć, że zmieniły nasze życie. Takim filmem jest, a przynajmniej może być dla niektórych, „Pokój syna”, laureat ubiegłorocznej Złotej Palmy w Cannes. 


Doświadczenie utraty opisać w filmie bardzo łatwo. Masowa produkcja telewizyjna pasożytująca na łatwych, doraźnych emocjach znieczuliła nas na głębsze przeżywanie czyjegoś cierpienia. Oglądając na ekranie śmierć, chorobę, dramatyczne odejście bliskiej osoby, odczuwamy chwilową solidarność z cierpiącym, która kończy się jednak wraz z napisami końcowymi. 
Włoski reżyser Nanni Moretti postanowił unieważnić wszystkie chwyty, wszystkie sztuczki konwencjonalnego kina, które szantażuje widza łzawą fabułą, a na koniec poucza i krzepi. Co ciekawe, od takiego właśnie kina wyszedł, lecz pokazując współczesną włoską rodzinę, którą znienacka dopada śmierć jednego z jej członków, niepostrzeżenie przekroczył ramy banalnej familijnej historii. 

*

Rodzina doktora Giovanniego to istny okaz zdrowia. Oglądając na ekranie tak pogodny obraz podstawowej komórki społecznej, instynktownie zaczynamy podejrzewać, że coś jednak musi być nie tak. Musi być jakiś robak, który niepostrzeżenie toczy zdrowe ciało familii. Wszystko wydaje się zbyt jasne, by mogło być prawdziwe. Zbyt piękne, aby mogło być trwałe. 
Giovanni jest psychoanalitykiem, jego żona pracuje w wydawnictwie, żyją w przytulnym mieszkaniu wraz z dwójką nastoletnich dzieci. Patrząc na nich niejeden uśmiechnie się pod wąsem: to na pewno nie jest statystyczna średnia. Życie rodziny Giovanniego najlepiej określa miękkie słowo łagodność: tak bowiem właśnie – harmonijnie i spokojnie – upływają ich kolejne dni. Co prawda pacjenci naszego doktora zaliczają się do kategorii trudnych, a jego dzieci lubią czasem spłatać jakiegoś figla (na przykład ukraść wiekową skamielinę ze szkolnej pracowni), nic jednak nie jest w stanie zakłócić idealnego porządku. Oni po prostu są razem
Moretti, co ważne, pokazuje „swoją” rodzinę bez podejrzliwości i ironii. Wierzy w ich szczęście, stąd i dla nas nie trąci ono wyreżyserowanym fałszem telewizyjnej reklamówki. Tym bardziej zaskakujące i niepojęte zdają się wydarzenia, które któregoś niedzielnego popołudnia wstrząsną całym ich życiem. 
Oto Giovanni wezwany nagle do pacjenta-paranoika musi zrezygnować ze wspólnego joggingu. W tym czasie jego nieco zawiedziony syn Andrea umawia się z kolegami na nurkowanie, z którego nigdy już nie powróci. Jeden telefon, jeden absurdalny przypadek, jeden feralny splot okoliczności – i nagle postać Andrei zostaje na zawsze zatrzymana w stopklatce. 
Śmierć syna spada na bohaterów nieoczekiwanie, choć wcześniej reżyser, trochę jak Kieślowski w swoich późnych filmach, sugeruje za pomocą dyskretnych znaków, że coś takiego może się wydarzyć. Jednak bohaterowie filmu tych znaków nie czytają. Dopiero w obliczu śmierci chłopca zaczną dostrzegać, że w swojej bezgranicznej miłości i wzajemnym zrozumieniu byli na swój sposób ślepi, zbyt mało uważni, zbyt słabo uwrażliwieni na kruchość i przemijanie. Owa zaduma nad tajemnicą i nieprzewidywalnością ludzkiego losu wydaje się u lewicującego niegdyś reżysera czymś znamiennym. On sam zresztą, podobnie jak w większości swoich filmów, wciela się w główną rolę Giovanniego, przypieczętowując tym samym osobisty charakter „Pokoju syna”. 
Prosty, opowiedziany naturalnym rytmem film Morettiego opowiada o rozpaczy. By docenić kunszt i subtelność włoskiego reżysera, wystarczy przyjrzeć się, w jak niebywały sposób wyraził on w swym filmie ból rodziny i jej próby pozbierania się po stracie dziecka. Ów ból uzewnętrznia się w ciszy, bez egzaltacji i spazmów. W tym samym milczeniu świadkujemy ponurym czynnościom okołopogrzebowym: lutowaniu wieka trumny, wwiercaniu śrub, wypisywaniu podziękowań za kondolencje. Widzimy zastygłe, nic nie wyrażające twarze obojga małżonków, ich tępe, mechaniczne ruchy, po wariacku rozpędzony świat, na który patrzą już zupełnie innymi oczami. Wraz z Giovannim biernie wysłuchujemy zwierzeń groteskowych pacjentów spędzających kolejne godziny na gabinetowej kozetce. 
Podczas sceny w kościele dociera do nas bolesna aluzja przypowieści o nieroztropnym gospodarzu, który mądry był dopiero po szkodzie i nie udało mu się upilnować złodzieja. Tym bardziej rozdzierająco wybrzmiewa na tym tle krótki skowyt matki, nagły szał ojca, który tłucze naczynia w geście tragicznego buntu, czy bezsilność, z jaką w liście do dziewczyny zmarłego próbuje ogarnąć i opisać to, co się stało. On, zawodowo zajmujący się racjonalizacją ludzkich nieszczęść, okazuje się w tym wszystkim całkowicie bezradny. Bo śmierć racjonalna nie jest. 
Kiedy bohater wszczyna żałosną awanturę w sklepie sportowym (wmawiając sprzedawcom, że sprzęt, z którym nurkował Andrea, był wadliwy), jeszcze próbuje uczepić się bezpiecznych rozumowych przesłanek, jeszcze stara się znaleźć winnych i nadać konkretny kształt czemuś, co tak nieubłaganie wymyka się logice. Wreszcie jednak musi się poddać. Musi zobaczyć świat na nowo – również swoich nieznośnych pacjentów, którzy teraz mogą dać mu znacznie więcej, niż się spodziewał. Może nawet więcej niż on sam dotychczas im dawał. 

*

„Pokój syna” to także film o tym, że życie toczy się dalej. Giovanni porzuci z czasem obsesyjne „projektowanie wstecz”: przestanie wymyślać, „co by było gdyby”, przestanie obwiniać siebie i nieszczęsnego pacjenta o nieświadome przyczynienie się do śmierci syna. Moretti mówi nam, że choć życie, które wiedziemy właśnie teraz, nie jest być może najlepszym z możliwych wariantów naszego losu, to jednak ono właśnie zostało nam dane i musimy starać się przeżyć je jak najlepiej. Finałowy epizod zapoczątkowany spotkaniem z dziewczyną Andrei, a w nim bezinteresowny akt pomocy wobec obcych młodych ludzi, przynoszą ukojenie i radość. Wierzymy, że pusty pokój po stracie bliskiej osoby nie musi na zawsze pozostać pusty. I że to od nas zależy, czy i jak uda się nam go zapełnić. 

„POKÓJ SYNA” („La stanza del figlio”), reż.: Nanni Moretti, scen.: Nanni Moretti, Linda Ferri, Heidrun Schleef, zdj.: Giuseppe Lanci, muz.: Nicola Piovani. Wyst.: Nanni Moretti, Laura Morante, Jasmine Trinca, Giuseppe Sanfelice, Sofia Vigliar. Prod. Włochy / Francja 2001. Dystryb. Gutek Film.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl