Dziesięć tez o polskich interesach w NATO


Quo vadis NATO, quo vadis Polsko?

Jerzy M. Nowak



W dzisiejszym NATO Polska jest skazana na utrzymywanie równowagi między tradycyjną funkcją obrony terytorium, a misjami wojskowymi Sojuszu poza jego obszarem. Musimy być zarówno proamerykańscy, jak i proeuropejscy – kierując się przede wszystkim naszym interesem narodowym. Naszą główną słabością nie są jednak – jak twierdzą niektórzy – braki w dzieleniu się myślą strategiczną, lecz niedostatek tzw. zdolności wojskowych.  


Przed szczytem NATO w Pradze polska prasa zainicjowała dyskusję na temat naszej polityki bezpieczeństwa. W „Rzeczpospolitej” Zdzisław Najder krytykował „cielęcy” proamerykanizm Polaków; polemizował z nim Jan Nowak-Jeziorański. Roman Kuźniar w artykule „Odważ się myśleć, polski strategu!” („TP” 46/2002) twierdził, że „wolimy błyskawicznie popierać stanowisko, które zajmuje mocarstwo przewodniczące Sojuszowi”, z kolei Antoni Podolski („Gazeta Wyborcza” z 16-17 listopada 2002) domagał się, abyśmy „nie siadali okrakiem na europejsko-amerykańskiej barykadzie politycznej”. Najbardziej prowokująca wydaje się myśl Kuźniara, że „główną słabością polskiego uczestnictwa w NATO jest nie tyle trudność w osiągnięciu tzw. zdolności wojskowych, ile brak samodzielnego myślenia i dzielenia się jego rezultatami z sojusznikami”. Trudno się z tym zgodzić, gdy praktyka wskazuje na sytuację odwrotną. 
Należy przyznać Kuźniarowi rację, że po rozszerzeniu NATO w 1999 r. zamarła w Polsce dyskusja na temat jej polityki bezpieczeństwa i roli w Sojuszu. Debata na temat przystąpienia do Unii Europejskiej usunęła w cień inne sprawy. W letarg zapadły Stowarzyszenie Euroatlantyckie i Klub Atlantycki, które przestały nawet płacić składki do Stowarzyszenia Północnoatlantyckiego (ATA) i zostaną z niego zapewne wyrzucone. Milczą środowiska akademickie. Na palcach jednej ręki można policzyć wartościowe opracowania tematyczne – wyjątkiem są prace Ośrodka Studiów Wschodnich. 
W konsekwencji polscy politycy (rząd i opozycja) oraz opinia publiczna są słabo informowane o ewolucji najistotniejszych kwestii bezpieczeństwa naszego państwa, nawet w kontekście przystąpienia do Unii – i w efekcie są wobec nich obojętne. Myślenie strategiczne skupiło się w instytucjach, zobowiązanych do kształtowania polskiej polityki: w Kancelarii Prezydenta, MSZ czy MON. Taka sytuacja nie jest zdrowa. 
Ambasadorowi RP przy NATO nie jest łatwo włączać się w tę dyskusję, gdyż realizując politykę państwa jest on jednocześnie urzędnikiem. Trudno jednak pozostać obojętnym na zarzuty dotyczące słabości polskiego uczestnictwa w Sojuszu, znając tę problematykę z codziennego doświadczenia. Postulat odwagi myślenia, który formułuje Kuźniar, odnosi się do wszystkich, także wykonawców. Innymi słowy, ambasador – niezależnie od hierarchicznych podległości – też musi myśleć i myśli; tym bardziej, jeśli wsparcie, jakie otrzymuje ze strony ośrodków analityczno-badawczych, jest nikłe. 

„Wschodni wymiar”

Polskie interesy w NATO można ująć w dziesięciu tezach. 
Pierwsza, podstawowa, jest banalna: interes narodowy powinien być naczelnym kryterium formułowania stanowiska Polski na forum Sojuszu. Postulat ten realizujemy; każdy punkt porządku dnia w Kwaterze Głównej w Brukseli jest oceniany od strony interesu i bezpieczeństwa państwa. To prawda, pojawiają się wyzwania związane z formułowaniem tego interesu i jego godzeniem – w razie potrzeby – z interesem sojuszników i całego Sojuszu. Sztuka kompromisu jest w NATO zasadą naczelną. Naszym zadaniem w Kwaterze Głównej jest osiąganie kompromisu bez narażania na szwank suwerenności państwowej. Żadne państwo, także USA, nie realizuje w NATO wszystkich swych celów. Nie ma jednak przykładu na to, by nasza suwerenność doznała uszczerbku. Przeciwnie: w ciągu 3 lat członkostwa umocniliśmy bezpieczeństwo Polski i szybko zapewniliśmy sobie partnerskie traktowanie. 
Po drugie, to Sojusz służy interesom bezpieczeństwa Polski, a nie odwrotnie. Możemy realizować nasze założenia tylko wtedy, kiedy wspieramy Sojusz jako całość. Wzmacniamy zatem tzw. wschodni wymiar polityki Sojuszu, dążymy (z powodzeniem) do rozszerzenia NATO o naszych sąsiadów, zwracamy uwagę na wyzwania bliskie nam geograficznie, wynikające np. z rozwoju sytuacji na Białorusi. Staramy się wykorzystać potencjał Sojuszu do modernizacji naszej armii. Dążymy do tego, by korzyści przewyższały nakłady, np. liczymy, że w najbliższych 10 latach inwestycje NATO w polską infrastrukturę obronną (lotniska, porty, urządzenia radarowe) będą większe niż suma naszych składek, i że zarobią na nich nasze firmy. Dla realizacji tego celu utworzono specjalny wydział w Misji RP przy NATO.
Kuźniar dziwi się zwrotowi „bezpieczeństwo Sojuszu”, o które mieliby dbać jego członkowie. To trochę niefrasobliwy skrót myślowy, który oznacza głównie ochronę ludności cywilnej w państwach NATO przed atakami terrorystycznymi z użyciem broni masowego rażenia. Nie ma więc mowy o prymacie interesów Sojuszu nad narodowym widzeniem spraw. W NATO nie zapadną żadne decyzje, jeśli nie wyrażą nań zgody Warszawa, Londyn czy Rejkjawik. 
Teza trzecia dotyczy naszej pozycji: siłą polskiego uczestnictwa w NATO jest utrwalanie w świadomości sojuszników faktu, że zawsze tam, gdzie pojawia się kryzys, w który angażuje się NATO, Polska jest obecna. Angażujemy się na miarę możliwości, i na pewno wykraczają one swym znaczeniem poza zapisane 2,48 proc. wkładu do budżetu Sojuszu. Jesteśmy ważnym uczestnikiem decyzji w sprawie stosunków NATO-Ukraina. Liczy się nasza ekspertyza w kwestiach Białorusi, Mołdawii, Azji Środkowej i Zakaukazia, ceni się naszą znajomość Rosji i państw zaproszonych niedawno do Sojuszu. W Kwaterze Głównej dobrą reputacją cieszą się materiały Ośrodka Studiów Wschodnich, który służy profesjonalną oceną sytuacji naszych wschodnich sąsiadów.
Tak więc (teza czwarta) polski wkład w strategię Sojuszu polega przede wszystkim na udziale w definiowaniu „wschodniego wymiaru” i utrzymywaniu równowagi między różnymi geograficznymi i przedmiotowymi wymiarami polityki NATO (np. śródziemnomorski, północny, bałkański, środkowo-azjatycki), na łagodzeniu sprzeczności europejsko-amerykańskich, układaniu partnerskich stosunków NATO-Ukraina i podnoszeniu znajomości spraw naszego regionu. Te postulaty są realizowane w trakcie uzgadniania dokumentów NATO, w dyskusjach, wymianie ocen i informacji.
Nasza pozycja w NATO wynika zatem z narodowych działań a nie z „amerykańskiego nadania” – jak to się niekiedy sugeruje.

Zdolności więcej niż skromne

Teza piąta: Polska jest ważnym państwem w skali regionalnej i liczącym się krajem europejskim, o pewnych interesach globalnych. Możemy wiele zrobić w regionie, w Europie i w wybranych zagadnieniach światowych. Jeśli prześledzić aktywność Polski na forum NATO, to tak się właśnie dzieje: wspieramy euroatlantyckie tendencje na Ukrainie i zainteresowanie NATO tym krajem. Jesteśmy obecni w misjach na Bałkanach; zaznaczyliśmy swą obecność wojskową w walce z terroryzmem przez wysłanie żołnierzy i okrętu „Xawery Czernicki” do Zatoki Perskiej, choć nie jest to działanie prowadzone ściśle w ramach misji NATO. 
Jakkolwiek koncentrujemy się na wymiarze regionalnym i europejskim, jesteśmy uczestnikami procesu decyzyjnego również w skali globalnej. Mimo że dotyczy on czasem odległych od Polski obszarów, to tam jednak może rodzić się zagrożenie terrorystyczne i kryminalne, także dla bezpieczeństwa naszego kraju. Właśnie w tym strategicznym wymiarze członkostwo w NATO i bilateralna współpraca z USA określają pułap możliwości wpływania przez Polskę na bieg spraw w dziedzinie międzynarodowego bezpieczeństwa, zwłaszcza w wymiarze militarnym.
Jak rzeczywiście prezentujemy się na tle innych? Główną słabością uczestnictwa Polski w NATO – to teza szósta – jest niedostatek tzw. zdolności wojskowych, a nie rzekome braki w dzieleniu się z sojusznikami dorobkiem naszego myślenia (jak sugeruje w „TP” Roman Kuźniar). Nasze propozycje budowy nowych zdolności obronnych są nadzwyczaj skromne jak na kraj o takim potencjale. Nie wypełniliśmy jeszcze moralnego zobowiązania wszystkich krajów, polegającego na przeznaczeniu pełnych 2 proc. budżetu państwa na obronę. 
Co prawda nie jesteśmy, jak zauważa wiceminister obrony Andrzej Towpik („Polska Zbrojna” z 24 listopada 2002), „krytykowani przez NATO w tej kwestii, gdyż nie robimy niczego sprzecznego z założeniami Sojuszu”. Jednak w Kwaterze Głównej wyczuwa się pewne zażenowanie z powodu naszej skromnej oferty (zgodnie z niepisanym kodeksem NATO, sojusznicy nie krytykują się publicznie). Dlatego trudno nie zgodzić się z ministrem sugerującym, wzorem innych państw, przegląd „strategiczny” naszych sił pod względem ich wielkości, nowych celów i misji. Restrukturyzacja pozwoliłaby na skuteczniejsze wykorzystanie niewielkich środków, jakimi dysponujemy. Należy oczekiwać, że nastąpi to szybko – trzeba podjąć decyzje dotyczące m.in. udziału w misjach NATO, potrzebnego sprzętu, przekształcania armii z ochotniczej w zawodową itd. 
Wkład wojskowy ma niebagatelne znaczenie dla politycznej pozycji Polski w Sojuszu. Trudno się wypowiadać w Brukseli ex cathedra na temat celów w odległych rejonach, jeśli mamy problemy z wystawieniem nawet jednego (na 150-tysięczną armię!) batalionu do Sił Odpowiedzi NATO (NATO Response Force; NRF). Słusznie sugerował Stanisław Koziej („TP” 49/2002), że jeśli nie złożymy odpowiedniej do potencjału Polski oferty do tego „korpusu ekspedycyjnego”, to zostaniemy zdegradowani do roli „członka drugiej kategorii”. Trudno ustalać politykę wykorzystania samolotów AWAC’s [wczesnego ostrzegania – red.], jeśli ciągle jesteśmy jednym z trzech tylko państw, które nie finansują tej wyspecjalizowanej floty powietrznej. Trudno rozwijać koncepcje współdziałania z Rosją, jeśli brak pieniędzy choćby na realizację tzw. Inicjatywy Współpracy w Dziedzinie Zarządzania Przestrzenią Powietrzną (Cooperative Aerospace Initiative; CAI). 
Oczywiście, należy zdawać sobie sprawę ze stanu finansów państwa. Ale konieczne jest znalezienie równowagi między nim, a wymogami uczestnictwa w Sojuszu. Nie możemy występować z wielkimi projektami strategicznej roli Polski, jeśli nie znajdą się środki na ich realizację. 

Proamerykańscy, ale i proeuropejscy 

Kolejny punkt wiąże się z kwestią przewodniej roli USA w Sojuszu i znaczenia tego mocarstwa dla naszego bezpieczeństwa. Jest oczywiste – to teza siódma – że polityka i interesy Ameryki nie mogą być busolą naszych działań w NATO, ale też krytyczny stosunek do USA (i innych państw) nie może być miernikiem suwerenności polskiego myślenia w Sojuszu i szerszej polityki bezpieczeństwa. Tymczasem to właśnie zdają się sugerować niektórzy wspomniani autorzy. Nowak-Jeziorański celnie wskazał fakt zbieżności interesu polskiego z interesem amerykańskim, jako wynikający z potrzeby obecności USA w Europie – elementu równowagi, także wobec przewagi obu naszych wielkich sąsiadów. Nie powinniśmy zapominać, co podkreślał Adam D. Rotfeld („Polska Zbrojna”, 37/2002), że USA różnią się od swych poprzedników – globalnych mocarstw, które narzucały światu porządek międzynarodowy – tym, że nie mają ambicji imperialnych.
Kierując się, jak postuluje Nowak-Jeziorański, własną racją stanu, powinniśmy prowadzić proamerykańską, ale jednocześnie niezależną politykę. I tak właśnie jest. Nie ma bezrefleksyjnego i „błyskawicznego” popierania stanowiska USA – wystarczy przeanalizować polskie głosowania nad rezolucjami w Zgromadzeniu Ogólnym Narodów Zjednoczonych: reprezentujemy tam nasze specyficzne interesy. Podobnie jest w NATO, choć na tej płaszczyźnie wspólnota interesów obu państw jest silniejsza. Z ostatnich przykładów można wszakże wspomnieć o odmienności punktu widzenia na kwestie uczestnictwa białoruskiego i ukraińskiego w szczycie NATO w Pradze. Nie możemy jednak zapominać, że NATO jest dziś głównym instytucjonalnym spoiwem Europy i Stanów Zjednoczonych – a na tym nam bardzo zależy. 
Stąd teza ósma: w Sojuszu musimy być zarówno proamerykańscy, jak i proeuropejscy, i dążyć do niwelowania sprzeczności, jakie mogą się pojawiać. W Brukseli Polska należy do grupy tych krajów, które wspierają zawarcie porozumienia między NATO i UE (takie wstępne porozumienie udało się zawrzeć 13 grudnia) oraz likwidowanie paradoksu polegającego na tym, że Sojusz rozwinął daleko idącą współpracę wojskową z Rosją, a nie jest w stanie tego uczynić z Unią Europejską (której 11 członków należy do NATO). To skrótowa odpowiedź na niepokoje Podolskiego o „siadanie okrakiem na europejsko-amerykańskiej barykadzie politycznej”. Nieadekwatność tego stwierdzenia nie zwalnia nas jednak od dyskusji nad tym, czy wejście do Unii nie wymaga przewartościowania naszych odniesień geopolitycznych.
W interesie Polski leży, by na tle kryzysu irackiego nie osłabły więzi transatlantyckie i pozycja USA. Stąd rodzi się imperatyw jakiegoś wsparcia Waszyngtonu w tym kryzysie. Raz jeszcze warto powołać się na Nowaka-Jeziorańskiego: „jeśli chcemy być bronieni przez sojusznika, musimy być sami gotowi do jego obrony, nawet jeśli byłoby to połączone z kosztami i stratami”.

Polskie non possumus

Jak postępować w zmieniającej się sytuacji? Na pytanie: „quo vadis NATO?” odpowiedzieć trzeba, iż Sojusz ewoluuje w kierunku poszerzania wachlarza funkcji organizacji bezpieczeństwa i stabilizacji, wszelako bez utraty atrybutów sojuszu obronnego. Wzrost politycznych zadań Sojuszu, postępujący od 1990 r., zaznaczył się zwłaszcza po 11 września 2001 r. i ma charakter trwały. Naszą mądrością polityczną powinno być dostosowywanie się do nieuchronności takiego rozwoju i jednoczesne dostosowanie Sojuszu do naszych potrzeb. A zatem, nasze non possumus powinno być podwójne:
– utrzymać art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego jako podstawę Sojuszu; wymaga to popierania tych programów i przedsięwzięć, które służą temu celowi (dotyczy to m.in. wspomnianych Sił Odpowiedzi NATO);
– umacniając struktury kolektywnego działania, powinniśmy nie dopuścić do przekształcenia natury Sojuszu, zwłaszcza przez „luźne celowe koalicje”, wiodące do tzw. wzorca OBWE. To z kolei wymaga inwestycji w programy i struktury wzmacniające wspólne planowanie obronne i zintegrowaną strukturę dowodzenia. Do tego potrzeba też wyobraźni i odwagi w podejmowaniu decyzji o wspólnym działaniu poza sferą klasycznego zasięgu geograficznego Sojuszu.
W NATO Polska jest dziś skazana na stały wysiłek utrzymywania równowagi między tradycyjną funkcją obrony terytorium (choć jej rola w dzisiejszych czasach ciągle spada), a misjami wojskowymi Sojuszu poza obszarem traktatowym NATO. Wynika to z naszego położenia geograficznego i interesu narodowego. A w określaniu zagrożeń i finansowaniu scenariuszy potrzebna jest pomoc ośrodków naukowych.
Także ostatnia, dziesiąta teza zwraca się ku przyszłości: nowe wyzwania dla bezpieczeństwa Polski i państw Sojuszu wymagają uważnej analizy z punktu widzenia interesów narodowych i wspólnych. Model NATO, oparty na Traktacie Waszyngtońskim z 1949 r., to Sojusz obronny, który miał przyjąć uderzenie i dopiero następnie odpowiedzieć. Dziś przed Sojuszem stoją wyzwania, które sprawiają, że rozwija się on w kierunku prewencyjnego niwelowania zagrożeń, zwłaszcza ze względu na obecny w nich czynnik masowego rażenia. Coraz większe zdolności do reagowania na nowe zagrożenia będą mieć wpływ na spójność Sojuszu i związki transatlantyckie. I tu tkwi jeszcze jeden argument o potrzebie naszego zaangażowania w kształtowanie zdolności obronnych: jako państwo nie należące do grona mocarstw, musimy włączyć się we wspólne działania tak, by nie zostać wyeliminowanym z wpływu na decyzje dotyczące przyszłości NATO. 

Pytania i wątpliwości 

Rezultaty szczytu praskiego są zgodne z interesami Polski. Pozostało jednak wiele otwartych kwestii. Nie wiemy, jak potoczy się współpraca z Rosją i Ukrainą. Nawet w najbardziej dla nas istotnej decyzji dotyczącej rozszerzenia Sojuszu – oprócz oczywistych pozytywów – będziemy musieli zadbać o sprawny proces decyzyjny i jedność NATO. 
Szczyt nie odpowiedział na szereg dręczących Sojusz wątpliwości: jak daleko możemy iść w kierunku organizacji bezpieczeństwa, jak podejść do problemu tzw. uderzeń wyprzedzających, jak ustosunkować się do tendencji unilateralizmu w polityce amerykańskiej w odniesieniu do NATO, jak traktować tzw. koalicje ad hoc z udziałem członków NATO czy wreszcie jak dalece ma sięgać „globalizacja” Sojuszu, z kim i jak skutecznie współdziałać (UE, Rosja, Ukraina, tzw. partnerzy, OBWE, organizmy regionalne, podmioty pozarządowe)? 
To prawda, spotkanie w Pradze nie miało przynieść gotowej odpowiedzi. Gdybyśmy te pytania mieli teraz przedyskutować od strony nowej koncepcji strategicznej, przypuszczalnie nie doszlibyśmy do kompromisowych rozwiązań. NATO spróbuje więc odpowiedzieć na wymogi chwili nie przez angażowanie się w dyskusje filozoficzno-koncepcyjne, ale przez działania praktyczne. Trochę przypomina to anglosaską metodę stanowienia prawa: ustanawianie precedensów, ich utrwalanie, a potem wypracowanie wspólnej koncepcji i normy prawnej. To również wyzwanie dla polskiej polityki zagranicznej i polskiej myśli strategicznej – zwłaszcza teraz, po otwarciu nam drzwi do Unii Europejskiej.

Dr JERZY M. NOWAK jest ambasadorem, stałym przedstawicielem RP przy Radzie Północnoatlantyckiej (NATO) i Unii Zachodnioeuropejskiej (UZE) w Brukseli. W artykule przedstawia swoje osobiste poglądy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl