Ekumenizm po ukraińsku

Marek Melnyk



Jak odkrywać przeszłość, by jej nie instrumentalizować? O czym pamiętać, o czym zapomnieć? Grekokatolicy nie mogą wrócić do Kijowa tylko z wizją historii naznaczoną apologią i męczeństwem sprzed trzystu lat. 



W wielu wypowiedziach zwierzchnika ukraińskiego Kościoła greckokatolickiego kard. Lubomyra Huzara (m.in.w rozmowie „Słabość potrzebuje modlitwy – „TP” nr 46/2002) dostrzec można pesymizm w kwestii katolicko-prawosławnego dialogu ekumenicznego na Ukrainie. Ośmielam się jednak nie zgadzać z Kardynałem.

Czy Cerkiew się odrodzi

To prawda: prawosławie ukraińskie jest podzielone i skłócone, ale zachodzą w nim także pozytywne przemiany: Cerkiew szuka tożsamości. Uczestniczą w tym szczególnie wierni z Patriarchatu Kijowskiego. Uwolniwszy się od Patriarchatu Moskiewskiego, a nie mając statusu kanoniczności, są izolowani niemal przez cały świat prawosławny. Chcąc potwierdzić swoje prawa i tożsamość, zwracają się do historii Rusi Kijowskiej, do epoki renesansu i baroku. W Kijowie pieczołowicie odbudowuje się zniszczone przez komunistów świątynie i monastyry (szkoda, że na wschodzie cerkwie są nadal w ruinie). Odbudowa cerkwi to warunek powrotu do chrześcijaństwa – w prawosławiu życie religijne zaczyna się od liturgii i na niej koncentruje, a podstawowym działaniem duszpasterskim jest sprawowanie sakramentów. 
I tu pojawia się zasadnicza różnica między prawosławiem a odradzającym się katolicyzmem. Katolicy mogą się modlić w jakimkolwiek budynku zaadaptowanym na kaplicę. Prawosławie rządzi się inną „logiką”. Skoro wszystko zaczyna się od liturgii, świat zewnętrzny zdaje się nie przenikać do wewnętrznego życia świątyń. Trudno więc oczekiwać, że prawosławie stawi opór temu, co na „zewnątrz”. Dziś pośród Ukraińców panuje przekonanie, że Cerkiew potrzebuje pomocy państwa, co się przejawia np. uzależnieniem od dotacji na odbudowę świątyń.
Odkrywanie historii staje się antidotum na bolączki teraźniejszości. Prawosławie ukraińskie – jak społeczeństwo – znajduje się na rozdrożu. Ukraińcy szukają idei, które mogą zastąpić komunizm. W kijowskim powietrzu czuć lęk, że wolność i niepodległość, które niemal „spadły z nieba”, nie są dane na zawsze. Może odbudowywanie i budowanie świątyń bierze się z tego lęku: jeśli nie dziś, to nigdy? Może to ostatnia chwila, kiedy po trzystu latach zależności od Moskwy trzeba walczyć o odrodzenie tożsamości ukraińskiego prawosławia? Na Białorusi nie istnieją już podobne aspiracje... 

Idziemy czy wracamy

Można by się pogodzić z obrazem prawosławia kreślonym przez kard. Huzara, gdyby nie jedno „ale”. W wypowiedzi dla KAI kardynał powiada: „My, grekokatolicy, chcemy do Kijowa powrócić, bo stamtąd w końcu XVIII stulecia nas wygnano. Ale to z kolei budzi wielki protest i opór. Odpowiadamy: nie idziemy do Kijowa, my tam wracamy”. Boję się takich stwierdzeń, bo ignorują prawdę historyczną. Nikt nie wyganiał grekokatolików z Kijowa pod koniec XVIII w., od początków Unii brzeskiej Kijów był bastionem prawosławia. Owszem, Zygmunt III przyznał Ławrę Peczerską metropolitom unickim, lecz przywilej ten nigdy nie wszedł w życie, albowiem nikt w Kijowie Unii nie popierał! Jakakolwiek, choćby formalna obecność unitów nad Dnieprem skończyła się w 1632 r., gdy Władysław IV ponownie zalegalizował Kościół prawosławny w Rzeczypospolitej. Unia szerzyła się raczej na terytorium dzisiejszej Białorusi, ziemie ukraińskie broniły się przed Rzymem. Sytuacja zmieniła się dopiero pod koniec XVII w. wraz z podziałem Ukrainy między Rosję i Rzeczpospolitą, kiedy Kijów trafił pod berło Romanowych.
Pytanie: jak odkrywać przeszłość, by jej nie instrumentalizować? O czym pamiętać, o czym zapomnieć? Wydaje się, że my, grekokatolicy, nie możemy wrócić do Kijowa z wizją naszej historii naznaczoną apologią i męczeństwem sprzed trzystu lat. Jeśli wrócimy do Kijowa – to tylko po to, by zaopiekować się 100 tys. grekokatolików, którzy po 1945 r. przybyli tam z Ukrainy Zachodniej. A więc: nie wracamy, lecz przychodzimy. 
Żal, że pesymizm kardynała przesłania pamięć o ekumenicznych tradycjach chrześcijaństwa ukraińskiego. Nie wystarczy wspomnienie o metropolicie Szeptyckim – można przywołać św. Piotra Mohyłę i podjęte przez niego w XVII w. próby dialogu z unitami. Prawosławni nawiązują do tej tradycji, najchlubniejszej w dziejach dawnej Rzeczypospolitej.

Przykład Bartłomieja

Warto też wspomnieć o grekokatolikach, którzy dziś angażują się w dialog ekumeniczny z prawosławnymi. W 1993 r. Patriarcha Ekumeniczny Konstantynopola Bartłomiej I spotkał się w Rzymie z prawosławno-greckokatolicką grupą teologów ze „Studyjnej Grupy Cerkwi Kijowskiej”. W książce francuskiego teologa prawosławnego Oliviera Clementa „Prawda was wyzwoli. Rozmowy z patriarchą ekumenicznym Bartłomiejem I” czytamy: „Unia była dla Wschodu bolesnym doświadczeniem, raną na ciele prawosławia... Wydaje się jednak, że może Bóg posłużył się tym środkiem, aby doprowadzić Zachód do żywego kontaktu z prawosławiem i do odkrycia jego skarbów”. Bartłomiej akceptuje udział grekokatolików w dialogu z prawosławiem. Współpraca umożliwia próbę nawiązania równoczesnej łączności sakramentalnej z Konstantynopolem i Rzymem. 
Grekokatolicy winni też pamiętać, że ich ekumeniczna misja jest precyzyjnie określona przez Sobór Watykański II. Sobór docenił rolę katolików wschodnich i dowartościował wschodnią tradycję chrześcijańską jako równą łacińskiej, uznając przy tym eklezjalną godność innych Kościołów wschodnich, szczególnie prawosławnego. Taka otwartość stawia nas przed koniecznością dialogu z prawosławiem. Zgodnie z nauką Soboru, pragnąc uczestniczyć w dialogu musimy powrócić do wspólnej z prawosławiem tradycji, czyli tradycji sprzed Unii, ale i do tej, którą dziś reprezentuje Kościół prawosławny. Zgadzając się na Unię, katolicy wschodni przyswoili tradycję łacińską, ale teraz muszą przyswoić też współczesną teologię prawosławną. Muszą zrezygnować z latynizacji teologii i poszukiwać teologicznych podstaw dialogu z prawosławiem. 
Czy to możliwe? Świadczą o tym próby nawiązania jedności między greckokatolickim i prawosławnym Patriarchatem Antiocheńskim oraz działalność wspomnianej „Studyjnej Grupy Cerkwi Kijowskiej”, popieranej m.in. przez ukraińskich biskupów greckokatolickich (np. ordynariusza diecezji stanfordzkiej Basila Lostena). To dowód akceptacji teologii Kościołów siostrzanych. Dlatego poprzedni greckokatolicki arcybiskup Lwowa kard. Myrosław Lubaczywskyj z uznaniem przyjął katolicko-prawosławne uzgodnienia z Balamand. W liście z 1993 r. do kard. Edwarda Cassidy kard. Lubaczywskyj podkreślił fakt uznania wschodnich katolików za Kościół siostrzany wobec Kościoła prawosławnego. Rok później listem pasterskim potwierdził potrzebę recepcji uzgodnień z Balamand, zachęcał do pojednania i dialogu religijnego na Ukrainie. Ekumenię postrzegał jako szansę na wypracowanie teologii niezbędnej dla ewangelizacji zsekularyzowanego społeczeństwa postsowieckiego.

Niezagojona rana

Od wieków opór przeciw latynizacji Kościoła greckokatolickiego wiązano z dążeniem do jego równouprawnienia w Kościele. Nurt ten nazywano reorientalizacją, bizantynizacją lub obroną tradycji. Na przełomie XIX i XX w. latynizację teologii powstrzymały reformy metropolity Andrzeja Szeptyckiego, ich istotę stanowił powrót do greckiej teologii patrystycznej. Zwieńczeniem było stworzenie lwowskiej Akademii Teologicznej (1928 r.). Dziś odchodzenie od latynizacji teologii jest faktem, dzięki czemu przed Kościołem greckokatolickim pojawia się nie tylko szansa uzyskania równowagi między pierwiastkiem greckim i łacińskim, lecz i podjęcia ekumenicznego wyzwania. „Tertium non datur”. Kościół katolicki odrzucił ekskluzywizm soteriologiczny, nie istnieje więc teologiczna racja istnienia „unitów” jako prawosławnych szukających zbawienia w Kościele katolickim. Należy określić tożsamość, szukać dróg rozwoju – a jest nią z pewnością ekumenizm. Inaczej grozi nam pozostanie w „trydenckim skansenie” i los tzw. „obrządku wschodniego”. 
Dialog z prawosławiem będzie najeżony trudnościami – oby prawosławni dali nam możliwość odnalezienia naszej drogi. Nie tak dawno obchodziliśmy 400-lecie Unii. Kościół prawosławny w Polsce dopatrzył się w naszych poczynaniach tryumfalizmu i apoteozy męczeństwa, np. w beatyfikacji męczenników podlaskich. Może dlatego prawosławni eksponowali własną martyrologię z XVII w. Może dlatego niemożliwa była wspólna refleksja nad Unią Brzeską. Elitom prawosławnym trudno przestroić się na ekumeniczne spojrzenie na grekokatolików, pozostajemy dla nich „niezagojoną raną”. A przecież prędzej czy później rany powinny się goić. 

MAREK MELNYK jest grekokatolikiem. Pracuje w Instytucie Nauk Politycznych i Filozoficznych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Ostatnio opublikował książkę „Spór o zbawienie. Zagadnienia soteriologiczne w prawosławnych projektach unijnych w dawnej Rzeczpospolitej”. Mieszka w Lęborku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl