A więc jednak: koniec reformy służby zdrowia


Nieuleczalna przypadłość

Janusz A. Majcherek



Doktor Mariusz Łapiński, aktualnie minister, wypisał akt zgonu reformy służby zdrowia, a Sejm ją ustawowo pogrzebał. Reforma uśmiercona została wspólnymi siłami polityków, lekarzy i pacjentów, podżeganych przez dziennikarzy. 


Odziedziczony po PRL system opieki medycznej był chory: ukształtowany na socjalistyczną modłę, upaństwowiony i zbiurokratyzowany, cierpiał na chroniczną niewydolność, a pacjenci zdobywali dostęp do usług łapówkami i „dowodami wdzięczności”. Reformę witano więc z nadzieją. Pomyślana była ona sensownie: usługi medyczne miały uzyskać swoją cenę, pacjent zaś wybierać usługodawcę, do którego trafiałyby opłaty za ich wykonanie, zgodnie z zasadą „pieniądz idzie za pacjentem”. Procedury finansowe powierzono kasom chorych, instytucjom znanym od ponad stu lat. Konkurencja między placówkami doprowadziłaby do podniesienia poziomu i obniżenia cen usług. Jeśli kogoś by nie zadowalały, mógł część składki ulokować w komercyjnych funduszach ubezpieczeniowych.
Pozostał jednak pewien szkopuł. Zdrowie jest pojęciem subiektywnym, a zapotrzebowanie na usługi medyczne i paramedyczne praktycznie nieograniczone, zaś medycyna oferuje zabiegi coraz bardziej wyrafinowane i w związku z tym droższe. Trzeba też uwzględnić masowy popyt na (często fikcyjne) zaświadczenia i orzeczenia lekarskie, także ze strony pospolitych hipochondryków. Krótko mówiąc: dostęp do usług musi być regulowany, by wyeliminować nadużycia.
Możliwe były dwa sposoby. Jeden to niewielka współpłatność przez pacjentów. Rocznie świadczy się w Polsce ok. 250 milionów porad i zabiegów medycznych. Gdyby pobierać jednorazowo 10-20 złotych, to mielibyśmy 2,5-5 miliardów złotych, wystarczające na spłacenie długów większości placówek. Poprawiłaby się także dostępność skomplikowanych zabiegów. Niemal każdego stać na sfinansowanie leczenia bólu gardła czy niestrawności, a niemal nikogo na opłacenie np. kosztów przeszczepu. Gdyby pacjenci współfinansowali te pierwsze, starczyłoby na te drugie.
Inny sposób to ustalenie zakresu usług gwarantowanych (tzw. koszyka), zaś za pozostałe pacjent musiałby płacić w pełni.
Jednak ze strachu przed opinią społeczną nie wybrano żadnego sposobu i nie ustalono żadnej zasady. To był początek katastrofy. Kasy chorych, dysponujące określoną kwotą ze składek, musiały wyznaczyć limity możliwych do opłacenia usług. Dla pacjentów oznaczało to ograniczenie dostępności. Dziennikarze prześcigali się w ukazywaniu przypadków odmowy chorym pomocy. Zarządcy placówek byli niezadowoleni, bo kasy chorych wydzielały im pieniądze. Personel medyczny był rozczarowany, bo przy finansowych limitach nie mogło być podwyżki zarobków. 
Powszechna niechęć skupiła się na kasach chorych – z tego samego powodu, dla którego wielu Polaków nie znosi Balcerowicza; kasy pilnowały, by wydatki nie przekraczały wpływów. Politycy, płynąc na fali niezadowolenia, zaczęli się prześcigać w obietnicach ich likwidacji. Wcześniej, w powszechnej zgodzie, usunęli z ustawy zapis o możliwości komercyjnych ubezpieczeń zdrowotnych. Oficjalnie, aby nie dzielić pacjentów na lepszych (młodszych, bogatszych i zdrowszych, ubezpieczonych prywatnie) oraz gorszych (starszych, biedniejszych i chorowitych, którzy pozostaną pod opieką kas publicznych). Znaczenie jednak miało także i to, że w zarządach kas prywatnych nie dałoby się lokować partyjnych kolegów, jak ma to miejsce w kasach publicznych.
Tymczasem już sama zapowiedź likwidacji kas chorych unicestwiła dyscyplinę finansową i rachunek kosztów. Placówki służby zdrowia, ufne w obietnice przejęcia przez państwo odpowiedzialności (w domyśle: także finansowej) za system, zaczęły zadłużać się na potęgę. To dało ministrowi dodatkowy argument za przejęciem na nowo kontroli. I posłowie mu taką kontrolę przyznali, dla ułatwienia przydzielając dodatkowe pieniądze – wymuszone na pacjentach przez powiększenie obowiązkowej składki.
Można spekulować: gdyby na początku reformy zdecydowano się jednak wprowadzić te niewielkie, 10-20-złotowe opłaty, oraz możliwości dopływu pieniędzy z ubezpieczeń komercyjnych, to dziś być może mielibyśmy inną służbę zdrowia, sprawną i oszczędną. Zamiast tego doprowadzono do chaosu, aby teraz i tak ,,wyrwać” obywatelom te 10-20 złotych w postaci wyższej składki i powierzyć ministrowi, który zrobi z nimi, co zechce.
Ministrowi Łapińskiemu drogę utorowali ci, którzy reformę najpierw zdeformowali, a potem wyszydzili. Niestety, zapłacimy za to wszyscy. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl