Jak pogodzić w edukacji wolność wyboru z ideą dobra wspólnego?


Dwie szkoły, dwie Polski 

Piotr Legutko



Polska to kraj ludzi sukcesu, ale i kraj ludzi bezradnych. Obie grupy coraz bardziej oddalają się od siebie. Największe nadzieje na zahamowanie tego procesu pokładano dotąd w edukacji. Nie będzie to łatwe, bo system szkolny zamiast niwelować, pogłębia i utrwala podziały społeczne.  


„Monitorowanie systemu oświaty” – najnowszy raport Instytutu Spraw Publicznych, który powstał jeszcze z inicjatywy ministerstwa edukacji rządu Jerzego Buzka (monitoring trwał 2 lata, z kolei obecna ekipa nie przedłużyła umowy z Instytutem) – pokazuje, że segregacja na tych, którzy są „skazani na sukces” oraz na „całą resztę” zaczyna się już na poziomie gimnazjum. Powstrzymanie tego procesu – to dziś najpoważniejsze wyzwanie dla polityki edukacyjnej państwa. 
W oficjalnych dokumentach mówi się o „wyrównywaniu szans edukacyjnych”, głównie w kontekście miasta i wsi. Tymczasem równolegle do poprawy infrastruktury oświaty wiejskiej następuje cicha segregacja uczniów, niejako w poprzek tradycyjnego podziału, choć głównie w miastach. Różnicują się szkoły i klasy: na lepsze i gorsze. Nie pod względem jakości kształcenia, lecz możliwości uczniów, które w dużej mierze pokrywają się ze statusem społecznym rodziców.
Proces segregacji dokonuje się w edukacji naturalnie, podobnie jak w innych dziedzinach życia: ludzie, którym udało się osiągnąć lepszy status, tworzą enklawy, zamykają się przed biedą w chronionych osiedlach, szukają dla dzieci dobrych szkół. Problem w tym, że jest to proces nie tyle nawet niekontrolowany, co wręcz... wzmacniany przez system oświatowy.
Zdaniem dr. Jacka Strzemiecznego z Centrum Edukacji Obywatelskiej, wraz z gimnazjum zafundowaliśmy sobie pierwszy próg selekcji. „Systemy egzaminacyjne już po szóstej klasie to stanowczo za wcześnie, zwłaszcza że wbrew intencjom reformatorów są one używane jako element segregacji” – ostrzega Strzemieczny. Opinię tę potwierdzają badania prof. Romana Dolaty, wykonane w ramach raportu ISP (więcej informacji: www.isp.org.pl). 
Jak się okazuje, wymóg rejonizacji to jedno, a praktyka rekrutacji do gimnazjów (zwłaszcza w miastach) to drugie. Rodzice w trosce o jak najlepszą edukację nie tyle domagają się prawa wyboru szkoły, co go egzekwują. Dyrektorzy przyjmując uczniów spoza rejonu kierują się, co zrozumiałe, ocenami oraz wynikami badań kompetencyjnych. Przyjmują najlepszych. I tu zaczyna się druga selekcja, dokonywana według niejasnych, subiektywnych kryteriów. Klasy układa się w zależności od mniej lub bardziej elitarnej ideologii dyrektora. Jednak w wielu przypadkach już „na wejściu” dzieci dzieli się na te, które dobrze rokują – i pozostałe. 
Dzięki takim mechanizmom „udało się” w ciągu zaledwie 3 lat doprowadzić do silnego zróżnicowania poziomu gimnazjów, które w założeniu miały poziom wyrównywać. Źródłem tego nie jest jakość pracy nauczycieli, model wychowawczy czy program autorski, lecz właśnie selekcja uczniów „na wejściu”: ona tworzy wizerunek szkoły, buduje jej prestiż, często w sposób nie do końca uzasadniony.
Zdaniem Ireny Dzierzgowskiej sam proces wstępnej segregacji nie musi być źródłem zła. „W Holandii robi się to celowo, by dać słabym dzieciom lepszych nauczycieli i więcej godzin na realizację materiału” – mówi wiceminister edukacji w rządzie Buzka. Polska praktyka jest, niestety, odmienna: najlepsi nauczyciele pracują z najzdolniejszymi uczniami i ci też najobficiej korzystają z zajęć pozalekcyjnych. A winien temu sposób rozliczania szkół, przede wszystkim z „pogłowia” olimpijczyków. Poza tym, zdaniem prof. Dolaty, teza, iż na znacznym zróżnicowaniu klas korzystają i najlepsi, i najsłabsi, w świetle wyników różnych badań nie znajduje potwierdzenia. Skrajnym przykładem do czego prowadzi planowa segregacja szkolna, są ponure opowieści z dziejów klas tworzonych wyłącznie z uczniów drugorocznych.
Jest oczywiście wiele czynników, które wpływają na późniejsze losy uczniów. Znaczny odsetek młodzieży, bez względu na praktykę szkolną, nie jest w stanie zdobyć wykształcenia gwarantującego przepustkę do „Polski wygranych”. Dlatego najciekawsze jest pytanie, na ile sposób rekrutacji do gimnazjów i zasady dzielenia uczniów na oddziały może pogłębiać proces społecznej segregacji? Dolata twierdzi, że odpowiedzialność można podzielić po połowie: „System szkolny w takim samym stopniu jak czynniki socjodemograficzne odpowiada za to, że nauka w klasach gimnazjalnych przebiega w skrajnie zróżnicowanych warunkach społecznych. Ponieważ warunki te wyznaczają szanse gimnazjalistów na sukces, można uznać, że system szkolny przyczynia się do nieusprawiedliwionego różnicowania uczniów, zaś gimnazja aktywnie uczestniczą w reprodukcji nierówności społecznych” – podsumowuje profesor.
Barierą dla segregacji absolwentów szkół podstawowych, prowadzonej na wielką skalę, jest wciąż zasada rejonizacji. Za to w szkołach ponadgimnazjalnych nie ma już żadnych ograniczeń. Ktoś zapyta: bo i po co? Otóż ten rok pokazał, że istnieje konflikt między prawem wolnego wyboru, jakie powinni mieć absolwenci gimnazjów i ich rodzice, a polityką edukacyjną państwa. Nie dlatego, że na skutek składania nieograniczonej ilości podań do liceów system rekrutacji może zostać sparaliżowany – czego doświadczyliśmy wiosną 2002 r. Za rok ten problem zapewne uda się rozwiązać, wprowadzając program komputerowy i ograniczając możliwość wyboru szkół np. do trzech. Pozostanie natomiast podobny efekt finalny: dokończenie procesu segregacji. Tym razem w sposób planowy, według konkretnych danych, odzwierciedlających w gruncie rzeczy status społeczny uczniów.
Już tegoroczna, pierwsza rekrutacja do 3-letnich szkół średnich usankcjonowała (zwłaszcza w miastach) podział na licea dwóch kategorii. To, że wszyscy absolwenci gimnazjów posiadający odpowiednią średnią chcieli znaleźć się w szkołach o uznanej marce, jest zrozumiałe. Mniej jasne jest, dlaczego władze oświatowe, mając do dyspozycji ogółem we wszystkich liceach więcej miejsc niż kandydatów, tworzyły dodatkowe klasy w wąskiej grupie najpopularniejszych szkół (niekoniecznie najlepszych). Doprowadziło to do sytuacji, że w mieście X do liceów o numerach od I do XII skierowano wszystkie dzieci posiadające najwyższy kapitał kulturowy, a w szkołach o numerach od XIII do XXV zgromadzono resztę. Wbrew pozorom, nikt na tym nie skorzysta. 
I znów system szkolny przyczynił się do pogłębienia segregacji społecznej. Nie jest to mniejszy grzech niż w przypadku gimnazjów – zgodnie z konstytucją mamy być krajem powszechnego wykształcenia średniego. Jak tak dalej pójdzie, będzie to wykształcenie dwóch różnych kategorii.
W miastach prawie trzy czwarte uczniów wybiera dziś licea. Zadaniem władz oświatowych i samorządów jest przygotowanie takiej oferty i takiego systemu rekrutacji, by stworzyć równe szanse zarówno maksymalnie dużej grupie młodzieży, jak i wszystkim szkołom. Bo nie chodzi tu o powrót do ograniczeń czy nakazów. Zróżnicowanie poziomu wewnątrz szkół i klas trzeba osiągnąć innymi metodami. Trzeba, bo jest ono nie tylko zgodne z polityką państwa, ale dobrze służy i kształceniu, i wychowaniu.
Krystyna Starczewska, dyrektor I Społecznego LO w Warszawie przy ul. Bednarskiej, podawanego często za wzorzec elitarnej szkoły, rezerwuje w każdej klasie pewną pulę miejsc dla tych, którzy w konkursie świadectw nie mieliby szans. „Mamy w szkole dzieci ułomne i ciężko chore; mamy też cudzoziemców, uchodźców. Chcemy, żeby to była prawdziwa Rzeczpospolita, chcemy kształcić wrażliwość na innych, słabszych. Szkoła jest małym społeczeństwem, w którym dojrzewający człowiek powinien uczyć się także współżycia społecznego” – przekonuje Starczewska. Jeśli da się to robić w elitarnej szkole społecznej, musi to być możliwe w oświacie publicznej... Potrzeba tylko mądrości wszystkich stron, także dyrektorów najpopularniejszych szkół, nastawionych na zbieranie śmietanki z demograficznego tortu. 
Jak więc pogodzić w edukacji wolność wyboru z ideą dobra wspólnego? Co zrobić, by zahamować procesy segregacji społecznej w oświacie? „To powinien być przedmiot wielkiej narodowej debaty” – podkreśla prof. Jerzy Woźnicki, prezes Fundacji Rektorów Polskich. 
Tymczasem problemu segregacji trudno doszukać się w ministerialnych dokumentach. Brak też jakiejkolwiek reakcji rządu na raport ISP (poza rezygnacją ze współpracy z Instytutem...), choć jest to rząd lewicowy, promujący w oświacie głównie programy socjalne, jak dożywianie czy tzw. wyprawki.
Zdaniem prof. Woźnickiego problem pęknięcia w systemie oświaty jest zbyt poważny, by zajmował się nim jeden minister: „Sprawę należy odpolitycznić i rozważać w wieloletniej perspektywie”. „Na pewno dłuższej niż perspektywa integracji z Unią Europejską – dodaje prof. Tomasz Szkudlarek z Uniwersytetu Gdańskiego. – Paradoks polega na tym, że państwa Unii mają podobny problem, także zmagając się ze skutkami ubocznymi urynkowienia sektora publicznego i amerykanizacji oświaty”. 
„Po wejściu do Unii tendencje segregacyjne mogą więc zostać wzmocnione, a nie osłabione” – ostrzega prof. Szkudlarek. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl