Glenn Gould wśród bohaterów powieści Thomasa Bernharda


Pianiści

Juliusz Kurkiewicz



Tytułowy bohater „Przegranego” przypomina innych bohaterów Bernharda, których klęska wymyka się jednoznacznej ocenie. Wydarzenia, przede wszystkim najbardziej jednoznaczny fakt samobójstwa, podlegają wprawdzie różnym interpretacjom, ale zagadka pozostaje i tak nierozwiązana.  


„Przegrany” Thomasa Bernharda to historia skomplikowanej męskiej przyjaźni. Bohaterami są trzej wybitni pianiści, z których jeden, Glenn Gould, jest postacią historyczną. Dwaj pozostali to Wertheimer (wzorowany po części na Ludwigu Wittgensteinie, ale noszący nazwisko innego słynnego dwudziestowiecznego filozofa, twórcy psychologii postaci Maxa Wertheimera) i anonimowy narrator. 
Książkę Bernharda śmiało można nazwać apokryfem: Austria była, owszem, ważnym przystankiem w międzynarodowej karierze Goulda, ale jego triumfy na Festiwalu Salzburskim w 1959 roku nie zostały wcale poprzedzone uczestnictwem w kursie prowadzonym przez Vladimira Horowitza, którego Gould szczerze nie znosił. A właśnie podczas kursu prowadzonego w Mozarteum przez Horowitza (ów kurs to także wytwór fantazji autora) poznają się bohaterowie i spotkanie to w zasadniczy sposób wpływa na ich życie. Pod wpływem zetknięcia z geniuszem Goulda dwaj pozostali utalentowani pianiści rezygnują z kariery, w myśl zasady, że w sztuce obowiązują miary absolutne: można być albo geniuszem, albo nikim.







 
Glenn Gould


Akcja obejmuje okres dwudziestu ośmiu lat. W otwierających powieść kilku krótkich akapitach (poprzedzonych jeszcze mottem: „od dawna z wyrachowaniem planowane samobójstwo, pomyślałem, a nie spontaniczny akt rozpaczy”) narrator informuje o wydarzeniach, które nadają „Przegranemu” piętno fatalizmu. W chwili, gdy narrator snuje swą opowieść, zarówno Gould, jak i Wertheimer już nie żyją: pierwszy zmarł na udar mózgu (prawdziwy Gould umarł na zawał serca), drugi popełnił samobójstwo. Reszta książki to typowy bernhardowski monolog wewnętrzny, prowadzony przez narratora udającego się na pogrzeb Wertheimera. Z monologu wyłaniają się fascynujące (ale i odpychające) sylwetki trzech pianistów.

Zagadka Wertheimera

W powieści „przegranym” nazywa Wertheimera Gould, „wirtuoz”. Niemiecki tytuł książki brzmi „Der Untergeher” – „ten, który idzie na dno”. W polskim tłumaczeniu (z tekstem Bernharda stawiającym przed tłumaczem karkołomne zadanie zmierzył się tym razem Marek Kędzierski) tytuł jest bogatszy o grę językową związaną z zawodem głównego bohatera – jest to też książka o tym, który „zbyt dużo grał i zmęczył się graniem”, co może wskazywać zarówno na grę na instrumencie muzycznym, jak i na strategię życiową, polegającą na ukrywaniu prawdziwej twarzy (dociekanie prawdy o przyczynach samobójstwa bohatera stanowi istotny wątek powieści).
Wertheimer przegrał w momencie, gdy usłyszał grę Goulda, niezrównanego wykonawcy „Wariacji goldbergowskich” Bacha. Zrozumienie własnej porażki, niemożność osiągnięcia wyznaczonej przez Goulda miary absolutnej prowadzi do trwającej wiele lat walki wewnętrznej, porzucenia kariery pianisty na rzecz „humanistyki”, do utraty niemałego przecież talentu i, w końcu, do samobójstwa. Ale Wertheimer był już „przegranym” na długo przed poznaniem Goulda – dlatego przypomina innych zmierzających do zguby bohaterów Bernharda, których klęska wymyka się jednoznacznej interpretacji. Podobnie jak w „Kalkwerku” (choć na mniejszą skalę i przy użyciu bardziej subtelnych środków), wydarzenia, przede wszystkim centralny i najbardziej jednoznaczny fakt samobójstwa, poddawane są różnorakim ocenom.
Według narratora klęska życiowa Wertheimera wynikała przede wszystkim z braku samodzielności i zdecydowania, bezpośrednią zaś przyczyną samobójstwa była śmierć Goulda („Wertheimer nie potrafił znieść śmierci Glenna. Po śmierci Glenna wstydził się, że sam pozostaje przy życiu”). Według Goulda ludzie po prostu dzielą się na wirtuozów, zwycięskich, triumfujących, odnoszących spektakularne sukcesy, i na „przegranych”. Sam Wertheimer winą za swą życiową klęskę obarcza siostrę, która w wieku 46 lat porzuciła staropanieństwo, wyszła za bogatego szwajcarskiego przemysłowca i opuściła go (jeszcze jedno fascynujące bernhardowskie rodzeństwo!). Samobójstwo popełnia w groteskowo-egzaltowany sposób – najpierw jedzie pociągiem do Szwajcarii, a następnie wiesza się na drzewie 100 metrów od nowego domu swej siostry. 
Wertheimer obwinia również rodziców („wszystko we mnie ciąży ku śmierci, do śmierci usposobiony zostałem przez tych, co mnie spłodzili”), próbując wytłumaczyć własną porażkę okolicznościami zewnętrznymi i zaprezentować się w roli ofiary. Z kolei dwie włączone w monolog narratora relacje (właścicielki gospody, która przez pewien czas była kochanką Wertheimera, i służącego z jego wiejskiej posiadłości) wzbogacają wizerunek bohatera o cechy dość nieprzyjemne: skrajny egotyzm, skąpstwo czy wreszcie pewien rys sadystyczny, ujawniający się w relacji z siostrą (jasne staje się też, dlaczego siostra tak bardzo pragnęła wyzwolić się spod wpływu brata). Te różne głosy wprawdzie zazębiają się, ale nie powstaje z nich żadna całość, zagadka Wertheimera pozostaje niewyjaśniona. 

Bernhardowskie motywy

„Przegrany” to nie pierwszy przypadek, gdy Bernhard uczynił bohaterem swej książki postać rzeczywistą – tak było zarówno w „Bratanku Wittgensteina” (przedstawiającym historię Paula Wittgensteina, którego Bernhard znał osobiście), jak w dramacie „Immanuel Kant”. Również i tutaj życiorys pierwowzoru literackiej postaci został potraktowany swobodnie, choć zgadzają się zasadnicze cechy usposobienia Goulda, jak skrajny perfekcjonizm czy niechęć do występów przed publicznością prowadząca do zamknięcia się w studiu nagraniowym. W powieści odnajdujemy jednak przede wszystkim szereg typowych motywów autora „Mrozu”. 
Należą do nich bohaterowie, całkowicie oddający się realizacji dziwacznego przedsięwzięcia intelektualnego, którego nie udaje się ukończyć. W „Przegranym” Wertheimer przygotowuje wielkie dzieło z pogranicza filozofii i matematyki, a narrator esej o Gouldzie. Podobnie było w „Kalkwerku”, gdzie Konrad pisał studium o słuchu, w „Betonie” (powieść ukazała się w 2001 roku w Bibliotece Austriackiej wrocławskiego wydawnictwa Atut), gdzie przedmiotem dzieła Rudolfa był Feliks Mendelssohn Bartholdy, czy wreszcie w ostatniej książce Bernharda – „Wymazywaniu” (nieprzetłumaczonym dotąd, ale znanym w Polsce dzięki wybitnej inscenizacji teatralnej Krystiana Lupy), w którym owo bernhardowskie, niemożliwe dzieło ma już otwarcie egzystencjalny charakter, dotyczy bowiem „wymazania” tragicznej przeszłości. Paradoksalność tego zamiaru kulminuje w okrzyku bohatera „zapisując – wymazuję!”.
W „Przegranym” dochodzi również do głosu typowa dla Bernharda krytyka Austrii, jako zespołu instytucji politycznych, społecznych i kulturalnych, oraz austriackości, jako szczególnego typu charakteru (przypomnę, że autor „Kalkwerku” zabronił publikowania swych książek w Austrii do momentu wygaśnięcia praw autorskich). W gwałtownych diatrybach narrator potępia niemal wszystkie przejawy austriackiego życia społecznego: krytykuje religię (katolicyzm) i politykę (partię socjalistyczną), krytykuje system edukacyjny i wymiar sprawiedliwości, krytykuje drobnomieszczański gust Austriaków i nierozliczoną wojenną przeszłość, krytykuje zwykłą ludzką chciwość (znakomity epizod z właścicielką gospody), zwraca się przeciwko instytucji rodziny, krytykuje nawet salzburski klimat (jako rujnujący ludzkie zdrowie). 
W tej krytyce z jednej strony trudno nie dostrzec resentymentu (skądinąd wiemy, że Bernhardowi nieobcy był towarzyski snobizm, który właśnie w swych książkach krytykuje), z drugiej strony trudno zapomnieć, w jakiej tradycji literackiej krytyka ta się mieści. To w austriackiej powieści modernistycznej Austria była traktowana jako symbol i laboratorium całej Europy, miejsce, w którym dokonuje się nieuchronny „rozpad wartości” (by posłużyć się sformułowaniem Brocha) i rozkład życia społecznego. O ile jednak dla Musila czy Brocha kryzys kultury był dramatem, o tyle dla Bernharda jest raczej stanem pożądanym – w walce o autentyczność i uczciwość ludzkiego bycia kultura wcielana w takie instytucje jak Kościół, wymiar sprawiedliwości czy system edukacyjny staje się wrogiem numer jeden. 

Wolność niemożliwa

Trudno wskazać literackie powinowactwa Bernharda (choć mówiono o Becketcie, Karlu Krausie i Musilu), łatwiej o patronów filozoficznych – Pascala i Schopenhauera. Tych odległych przecież myślicieli łączyła radykalnie pesymistyczna wizja ludzkiego losu i pesymistyczna ocena ludzkich zdolności poznawczych. Bernhard był pisarzem przebiegłym, jego powieści właściwie nie dają się opowiedzieć, a pojawiające się w nich sądy trzeba traktować ostrożnie, pamiętając, że książki te opanowane są przez żywioł subiektywny. Nie działają tu prawa klasycznej logiki, a więc niemożliwe jest też poznanie w tradycyjnym sensie, sądy raz wygłoszone po chwili ulegają anulowaniu, zaprzeczeniu, wywróceniu do góry nogami. Ucieczka przed jednoznaczną oceną i interpretacją ludzkich zachowań, tak samo jak i wojna wypowiedziana instytucjom społecznym, to wyraz obrony ludzkiej wolności i autonomii. 
Wydaje się, że głównym problemem bohaterów Bernharda jest poszukiwanie własnej autentyczności. Czy mogę być prawdziwie sobą? Czy istnieje taki obszar, gdzie moja osobowość wyraża się w sposób całkowicie wolny, poza obszarem oddziaływania przemocy, której źródłem są zarówno instytucje społeczne, jak i inni ludzie? Takie są chyba zasadnicze pytania, jakie Bernhard nam zadaje. Odpowiedź jest negatywna: „duch, gdziekolwiek by się tylko pojawił, zostanie natychmiast uziemiony i uwięziony i naturalnie też od razu ostemplowany jako ten bez ducha”. 
Dla powieściowego Wertheimera bycie sobą jest niemożliwe ze względu na chęć bycia takim, jak Gould (jak mówi narrator, jego główny grzech polegał na tym, że „nie mógł dojrzeć w sobie niczego unikalnego”). Dla Goulda sprzeciw wobec natury kończy uwięzieniem w pułapce kultury: „Nasza egzystencja polega na tym, że jest to bezustannie egzystencja przeciw naturze i że przeciw naturze postępuje, mówił Glenn, tak długo, aż ustąpimy, natura bowiem jest silniejsza od nas, którzy zrobiliśmy z siebie, z naszej buty, ten sztuczny wytwór, wytwór sztuki. Nie ludźmi jesteśmy, tylko wytworami sztuki, artysta fortepianu jest wytworem sztuki, i to potwornym, powiedział na koniec. Jesteśmy tymi, którzy bezustannie próbują umknąć naturze, naturalnie jednak nie udaje się to nam, prędzej czy później padamy jej łupem. W gruncie rzeczy chcemy zostać fortepianem”. 
Najlepiej w tym porównaniu wypada narrator, który stwierdza: „jeśli Glenn chciał być instrumentem, a Wertheimer Glennem, to ja chciałem być tylko sobą”. Ale i jego poszukiwania kończą się porażką. Wzorem innych bohaterów Bernharda pisze on studium (o Glennie Gouldzie, z uwzględnieniem postaci Wertheimera), zarzucając kolejne, niedokończone wersje eseju w przekonaniu, że „zawsze sądzimy, że jesteśmy autentyczni, a w rzeczywistości nie jesteśmy”. Tak więc wszyscy trzej bohaterowie powieści są w pewnym sensie przegrani. 

*

Pisarstwo Bernharda nie niesie żadnego sensu ocalającego, pomija pytania metafizyczne, osłabia zagadnienia etyczne (bo jednostkowe, subiektywne motywacje są tu ważniejsze niż uniwersalne normy moralne), przedstawia ludzkie losy w jednym jedynym wymiarze doczesności. Etykieta nihilisty właściwie idealnie do niego pasuje. Z drugiej strony uderza zarówno stylistyczna wirtuozeria, stanowiąca o artystycznym wymiarze jego dzieła, jak i empatia, z jaką przedstawia losy swych nieszczęśliwych bohaterów, pomimo groteskowo-ironicznej konwencji, w jakiej to czyni. 

Thomas Bernhard, „Przegrany”. Przekład i posłowie: Marek Kędzierski. Warszawa 2002, Czytelnik, seria Nike.





O Glennie Gouldzie pisał również Stefan Rieger w „TP” nr 40/2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2790), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl