Jaką książkę, której nie ma, chciałbym przeczytać w Nowym Roku?





Zygmunt Bauman

Jak uprawą roli, tak i lekturą rządzi prawo malejącej wydajności inwestycji. Im więcej w przeszłości zainwestowałeś, tym mniejszy przyrost plonów przyniesie inwestycja następna... Młodym będąc, zdarzało mi się z jednej książki setkę nowych myśli wytrząsnąć. Dziś, gdym osiągnął wiek na czasy pobiblijne niemal matuzalemowy, bywa, że ze stu przeczytanych uda mi się jedną myśl nową wyłuskać. Przed rozczarowaniem tylko skromność oczekiwań ratuje. Choć zdaje mi się czasem (o pycho przewrotna!), żem już wszystkie książki ważne (nie mylić, proszę, z modnymi!) przeczytał.
A tu pytanie „Tygodnika” ze zrezygnowanego, ale i przyjemnego bezwładu wyobraźnię znienacka wytrąciło... 
Przypomniało mi się: głowiłem się wraz z uczonymi kolegami, bez większego pożytku, ale za to z rosnącą dla własnego mózgu pogardą, jak to się stało, że Październik się nam nie udał, że z górnych nadziei chmurna rzeczywistość się zrodziła. Aż tu nagle – premiera „Tanga” we Współczesnym... I wszystko nagle zaskoczyło, wyprzejrzyściało, dziecinnie stało się oczywiste. Dzięki, Panie Sławomirze, nigdy Panu tego momentu olśnienia nie zapomnę!
Przypomniało mi się też uczucie objawienia, jakie przeżyłem, chłonąc „Cesarza” (powtórzyło się ono, tym razem już bez zaskoczenia, przy lekturze „Imperium”). Zawsze łatwiej mi, a i licznym uczonym kolegom, przychodziło opisanie gotyckiej katedry niż zrozumienie, jak taka góra kamieni kupy się trzyma. A Kapuściński pojechał, zobaczył – i zrozumiał. I pokazał, jak koło rozumienia chodzić. Dzięki, Ryszardzie – nigdy Ci tej nauki nie zapomnę.
Więc marzy mi się, by raz jeszcze, u schyłku życia, podobny moment upojny przeżyć... Gdyby tak Kapuściński odwiedził cesarzy, co nam dziś, miłościwie lub nie bardzo, panują (nie te blade księżyce pokątne, co odbitym blaskiem się jarzą, ale tych, co kwadrygą Febusa podróżują i księżycami po niebie sieją), odwiedził ich w nowej imperialnej kwaterze, przyjrzał się im z bliska, zrozumiał i jak ich rozumieć mnie pouczył.
A gdyby tak jeszcze Mrożka ze sobą w podróż zabrał...

ZYGMUNT BAUMAN (ur. 1925) – socjolog i filozof, od 1971 w Anglii, profesor uniwersytetu w Leeds.





Tomasz Fiałkowski

Jest dowodem szaleństwa marzyć o nie istniejącej książce w sytuacji, gdy każdego roku na targach we Frankfurcie pojawia się kilkaset tysięcy nowych tytułów, a przed oczami ma się własne półki z setkami tomów, wśród których są przecież także dotąd nie przeczytane. W przeddzień Nowego Roku wolno sobie jednak na odrobinę szaleństwa pozwolić.
Marzę więc, krakowianin z urodzenia, o nienapisanej nigdy wielkiej powieści, w której moje miasto byłoby – na równi z ludźmi – jednym z bohaterów, może nawet bohaterem głównym. Powinno w niej zostać sportretowane precyzyjnie, jak Dublin w „Ulissesie”. Joyce, piszący swoje arcydzieło daleko od Irlandii, sprawdzał w listach do bliskich najdrobniejsze szczegóły topograficzne i nawet nakazał jednej z ciotek, starszej już wtedy pani, by sforsowała – w ramach eksperymentu – ogrodzenie pewnego dublińskiego domu. 
Autor mojej wymarzonej powieści musiałby mieć do realiów stosunek równie pieczołowity i nie mógłby się ograniczyć do przywołania najpowszechniej znanych krakowskich symboli. Wieża Mariacka, Sukiennice, Wawel, Kazimierz – oczywiście, lecz także dziewiętnastowieczne ulice między Plantami a Alejami, zaułki Kleparza, osiedle na Salwatorze i Dębniki, na które nie chciała wyprowadzić się pani Dulska. Mieszkanie przy rogu Karmelickiej i Siemiradzkiego, w którym zamieszkał Przybyszewski z Dagny po przyjeździe z Berlina, i przebudowana teraz nie do poznania willa przy Wielopolu, gdzie w salonie państwa Pareńskich zbierała się młodopolska bohema i przesiadywał Witold Wojtkiewicz, jeden z największych naszych malarzy. Szpital wojskowy przy Wrocławskiej, w którym umarł Georg Trakl, i kamienica „Pod jeleniami” przy Rynku Podgórskim, dom rodzinny Tadeusza Peipera...
Bo głównym celem owej paradokumentalnej powieści, której nikt nie napisał i pewnie już nie napisze, byłoby odsłonięcie tajemnych związków, jakie łączą ludzi i kamienie, nie dającego się uchwycić wpływu, jakie miasto ma na tych, co w jego murach mieszkają i na idee rodzące się w ich głowach. I przypomnienie, że Kraków był (czy nadal jest?) miastem, w którym pod senną powierzchnią toczyło się niezwykle intensywne życie duchowe, w którym odkrywano nowe światy, ścierały się poglądy i racje. Że było to miasto artystów, uczonych i świętych szaleńców, którzy zmieniali świat, nie zaś jedynie siedlisko nudziarzy, którzy na życzenie turystów ubierają krakuski i ględzą coś o Galicji, Cesarzu i podwawelskim genius loci. Duch, jak wiadomo, tchnie, kędy chce, a takim ględzeniem najłatwiej go przepłoszyć. 

TOMASZ FIAŁKOWSKI (ur. 1955) – redaktor „Tygodnika Powszechnego”, prowadzi na jego łamach (jako Lektor) rubrykę „Wśród książek”.





Joanna Olczak-Ronikier

1. Widzę moje wymarzone dzieło wyraźnie. Zajmuje mnóstwo miejsca na półce przy nocnym stoliku. Ma co najmniej pięć grubych tomów. Płócienna, zielona oprawa, złocone litery. Na okładce każdego tomu obrazek z epoki, w środku mnóstwo ilustracji, fotografii, kopii dokumentów. Tytuł? To zawsze najtrudniejsza sprawa. Przyjmijmy roboczy tytuł: „Losy”. Podtytuł „Polski Homer”. Bo to nie powieść, ale wielowątkowa epicka opowieść o polskich dziejach od roku 1939 do dziś. Czytałabym ją w kółko. Czasem od początku, czasem od środka, czasem od końca. Czasem płacząc nad wstrząsającymi ludzkimi dramatami. Czasem zdumiewając się, jak wielka jest w naszym społeczeństwie odwaga, niezłomność, siła ducha. 
2. Nieistniejący autor musiałby zadać sobie ogromnie dużo trudu. Wysłuchać setek historii opowiedzianych przez narratorów z najrozmaitszych środowisk. Ziemiańskich, inteligenckich, mieszczańskich, wiejskich, miejskich. Z namawianiem do opowiadania nie miałby kłopotów. Po roku 1989 ludzie ośmielili się i opowiadają coraz chętniej. O dramatach wojennych i okupacyjnych. O Katyniu i AK. O Syberii. O powojennych wyborach. Opozycji w PRL. O „Solidarności”.
3. A jak ów autor, którego nie widzę, skonstruowałby swój utwór, którego nie ma? Nie wiem. Musiałby się poradzić Homera. Wiem tylko, że taka opowieść bardzo by się przydała. Starym – jako pociecha, że nie wszystko, co istniało, znikło raz na zawsze, nie wszystko, co ważne, przepadło, nie wszystko, co przecierpiane, zostało zapomniane. Młodym – jako nić Ariadny w labiryncie szukania własnej tożsamości. Nie zrozumieją siebie bez wiedzy o tym, jakie cięgi zbierali ich pradziadkowie, dziadkowie, rodzice podczas minionych potyczek z losem i z historią. Bez świadomości, jak mężnie, dla nich, bliscy stawiali czoło losowi i historii.

JOANNA OLCZAK-RONIKIER – pisarka, laureatka nagrody Nike.





Joanna Olech

W roku 2003 chciałabym przeczytać kolejną powieść Jane Austen. To, rzecz jasna, niemożliwe, bo autorka zmarła blisko 200 lat temu, ale nie tracę nadziei, że pojawi się jakiś talent na jej miarę (niech się Danielle Steel nie pcha, nie o nią mi chodziło!). 
Biedni ignoranci, którzy widzą w powieściach starej panny Austen jedynie romanse, podczas gdy są to niezwykle inteligentne, sensacyjne powieści myśliwskie, gdzie zwierzyną są mężczyźni wolnego stanu, nagonką – armia swatek, przynętą – apetyczne nastolatki bez posagu, a myśliwymi – rodzice niezamężnych panien. Reguły polowania są ustalone przez społeczny kontekst XVIII-wiecznej Anglii. Gra idzie o wysoką stawkę – małżeństwo jest jedyną szansą kobiet na minimum autonomii, na materialną niezależność, na poprawę statusu. Alternatywą jest staropanieństwo, życie na łasce rodziny w śmieszności i niesławie. Świadomi wszystkich opresji tego stanu rodzice czynią rozpaczliwe wysiłki, żeby wlepić swoje bezposażne córki jakiemuś wałkoniowi z dużą kasą. I to zderzenie konwenansu, hipokryzji, dobrych manier, surowego obyczaju... z mamoną, targiem mięsnym, rajfurzeniem, umizgami... jest fascynujące! 
Już sama obowiązująca w ówczesnej Anglii zasada majoratu (pierworodny syn dziedziczy wszystko, młodsze rodzeństwo – nic, ich byt zależy od hojności najstarszego brata) implikuje taką masę niezwykłych następstw – emocji, napięć, zawiści, niekiedy zbrodni, że można czytać o tym bez końca. Albo choćby konwersacje... ówczesny obyczaj zakazywał mówienia o osobach trzecich pod ich nieobecność, a więc – żadnych plotek, żadnego obgadywania... Spróbujcie przez kilka godzin rozmawiać w ten sposób – toż to karkołomne. A Anglik potrafił! 
Thackeray pisał o tym targowisku próżności z sarkazmem i jadem, Jane Austen znalazła swój odmienny, kobiecy język – powściągliwy i dowcipny. Jest rozważna i romantyczna po trosze – świadoma zasad prowadzonej gry (w której główną wygraną jest bogaty mąż), a równocześnie pełna wiary w miłość i jej rangę. To miłość cywilizuje ten bazar, na którym frymarczy się urodą młodych kobiet. 
Dzisiejsze strategie pozyskiwania reproduktora są nie mniej brutalne i nie mniej zakłamane. I nadal miłość jest jedynym irracjonalnym, nieprzewidywalnym elementem gry o partnera. Jest kilku współczesnych Thackeray’ów (obojga płci), którzy potrafią o tym pisać, i ani jednej Austen. Tęsknię za starą panną i jej piórem. 

JOANNA OLECH – graficzka i autorka książek dla dzieci.





Marek Sobczyk

Książka, którą chciałbym przeczytać w 2003 roku, jeszcze nie powstała. „Wydrukujemy” ją w przestrzeni naszego porozumiewania się: będą to dźwięki, znaki plastyki, litery, mowa sama, obraz z kamery, rozmowa, propaganda, informacja i sztuka w nas i wokół nas. Chodzi o „wydrukowanie” tego języka, który już funkcjonuje, chodzi o „słowo” odczuwane i rozpoznawane przez wszystkie zmysły naraz. Czuję, że obszar ten został zagarnięty przez „audiotele” – to tak, jakby wszechobecne było pranie mózgu albo jakbyśmy to my sami oddali nasze mózgi „do prania”.
Książka, którą chciałbym przeczytać w 2003 roku, pisana będzie żywym językiem, językiem zawsze w trakcie tworzenia się. To obszar, który wymaga aktywności, na przykład mojej aktywności. Rozpoznanie i krytyka pozwoli na użycie tego języka w celu czystym propagandowo czy też czystym artystycznie.
Książka, którą chciałbym przeczytać w 2003 roku, to może być „książka feministyczna”, napisana świadomie i czysto językiem w oczywisty sposób pasującym do dyskursu i oznajmiania, prowokowania i rewolty – językiem w trakcie zmiany, którego nie da się użyć do reprodukowania przyzwyczajeń i schematów.

Marek Sobczyk (ur. 1955) – malarz, w latach 80. współtwórca „Gruppy”.





Janusz Tazbir

Istnieje wiele prac dotyczących opinii narodów na temat ich bliższych i dalszych sąsiadów. Sporo uwagi poświęcono także wizerunkom sławnych ludzi w lustrze pamięci kolejnych pokoleń. Nie brak wreszcie rozpraw na temat legend otaczających wielkie bitwy. Brak jest natomiast syntetycznego ujęcia, które mówiłoby o sądach epok o ich poprzedniczkach. Jak oceniali ludzie baroku średniowiecze, co miało Oświecenie do zarzucenia sarmatyzmowi, dlaczego romantyzm odnosił się z taką niechęcią do Wieku Światła, a pozytywizm ostro krytykował epokę trzech (czy czterech doliczając Norwida) wieszczów.
Jest rzeczą od dawna wiadomą, iż bliskość epoki nie zależy wcale od jej osadzenia w czasie. Nic na to nie poradzimy, że romantyzm i barok wywarły o wiele silniejszy wpływ na polską kulturę ubiegłego już stulecia aniżeli Oświecenie czy pozytywizm. I daremnie marksistowska wiedza o przeszłości tworzyła z dawnych epok swego rodzaju ideologiczny przekładaniec, w którym ,,wsteczne” (średniowiecze, barok i romantyzm) przeplatały się z ,,postępowymi”. Dziś oba te, ujęte w cudzysłów pojęcia, okazują się badawczo raczej mało przydatne.
Wiek XVI dzieli od średniowiecza bardzo wyraźny hiatus: większość znaczących utworów, powstałych w XV wieku, z kroniką Jana Długosza na czele, nie doczekała się w dobie renesansu nobilitacji poprzez druk. Z kolei barok, odkryty na dobre gdzieś na przełomie XIX i XX stulecia, to przede wszystkim całe bogactwo poezji i pamiętników, na dobrą sprawę nieznanych ludziom żyjącym w XVII stuleciu. Ale on właśnie był epoką najdłużej trwającą w dziejach naszej kultury, gdyż pług oświeceniowej odnowy bardzo płytko przeorał sarmacką prowincję.
Zdawałoby się, iż współczesnym zawsze stawiano za wzór cnoty przodków. Tymczasem ludzie renesansu wyrażali się o żyjących w średniowieczu pradziadach z wyraźną abominacją. Zarówno im, jak i ideologom Oświecenia wydawało się, że złoty wiek jest dopiero przed nimi. Nie szkicuję tu konspektu książki, chciałem tylko sformułować i to w bardzo ogólnych zarysach pytania, na które jej autor musiałby odpowiedzieć. Trud niemały, ale taki spacer po stuleciach mógłby stanowić pasjonującą przygodę intelektualną.

JANUSZ TAZBIR (ur. 1927) – historyk, profesor w Instytucie Historii PAN.





Joachim Trenkner

Osip Mandelsztam nazwał wiek XX „wilczym stuleciem”. A przecież ten rosyjski poeta nie przeżył nawet pierwszej jego części, zmarł bowiem w 1938 roku w jednym ze stalinowskich łagrów. To rzeczywiście było „wilcze stulecie”: z krwawymi rewolucjami i zbrodniczymi dyktaturami, z dwiema wielkimi wojnami i jedynym w swoim rodzaju upadkiem cywilizacji, z obozami koncentracyjnymi, gułagiem, z podziałem kontynentu europejskiego. 
To było także stulecie bitew propagandowych i kłamstw historycznych. W wiele z tych kłamstw ludzie wierzą do dzisiaj, zmieniły się one w legendy. Dlatego życzyłbym sobie wydania „LEKSYKONU KŁAMSTW I LEGEND”, wielkiej encyklopedii, obszernego dzieła słownikowego, które przeciwstawiłoby się legendom XX wieku, mojego wieku 
Tam powinno się np. móc przeczytać, dlaczego nie jest prawdą, że w komunizmie „najważniejszy był człowiek” i że Niemcy nic nie wiedzieli o istnieniu obozów koncentracyjnych i Zagłady Żydów. Że Niemcy Wschodnie stojąc u boku ZSRR samodzielnie uwolniły się od faszyzmu, potem zaś, jako NRD, stały się państwem antyfaszystowskim. Że Francja należała do zwycięzców II wojny światowej, a Rosja jest krajem europejskim, podobnie zresztą jak Turcja. Że islam jest religią pokojową, a polityka amerykańska służyła wyłącznie sprawie demokracji i praw człowieka. Że era Gierka była dla Polski la belle époque. I tak dalej, i tak dalej.
Tł. AS

JOACHIM TRENKNER (ur. 1935) – publicysta, pracował m. in. w „Newsweeku” i berlińskiej telewizji.






Ks. Tomasz Węcławski

Sformułuję zapotrzebowanie nierealne na przyszły rok, ale takie, z którego – tak mi się zdaje – nie wolno zrezygnować. Chciałbym przeczytać Pismo Święte w naprawdę dobrym nowym tłumaczeniu polskim. Ile jest powodów takiego zapotrzebowania, można by tłumaczyć długo. Myślę, że najwyższy czas przestać myśleć o tej sprawie w trybie warunkowym (albo w kategoriach „ulepszania” Biblii Tysiąclecia).

Ks. Tomasz Węcławski (ur. 1952), teolog, pisarz, profesor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.






Ewa Woydyłło-Osiatyńska 

Chciałabym przeczytać książkę pt. „Psychika a duchowość” lub „Duch a umysł”. Czy i jak neurofizjologia mózgu determinuje subiektywne pojmowanie sensu życia? Transcendencja, twórczość, religia, wiara w Boga, łaska – czy i w jakim stopniu te wszystkie rzeczy, składające się na ponadbiologiczny sens człowieczeństwa, są rezultatem określonej genetycznie pracy mózgu? (Niestety wiem, że są! Ale coś we mnie przeciwko temu okropnie się buntuje.) 
Książkę taką mógłby napisać tylko psychiatra o wyobraźni Freuda i jego intuicji dotyczącej tajemnic ludzkiej osobowości, ale posiadający najnowszą wiedzę o procesach neuroprzekaźnikowych w mózgu. Autor musiałby przy tym nie pozwolić nauce zepchnąć się do czystego biologizmu (co Freudowi się nie udało). 
A druga książka, jaka bardzo chciałabym przeczytać, już bardziej dla przyjemności niż wiedzy, byłyby nieistniejące „Dzienniki” Leonarda da Vinci. 

EWA WOYDYŁŁO-OSIATYŃSKA – psycholog, specjalistka od terapii uzależnień, laureatka Medalu św. Jerzego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl