Komentarze

 


Marek Zając Jak Dyduch z konopi...

Ks. Adam Boniecki IPN: przycinanie wiarygodności

Jarosław Makowski USA: koniec – i początek – drogi








 

 




  
Jak Dyduch z konopi...

A więc stało się to, co było do przewidzenia, a co zdarzyć się nie powinno: spór  o ustawę antyaborcyjną, wydawało się rozstrzygnięty, wybuchł z nową siłą. Starczyło jedno zdanie z ust sekretarza generalnego SLD Marka Dyducha, że po referendum unijnym Sojusz zamierza ustawę liberalizować. Riposta Kościoła była natychmiastowa: abp Henryk Muszyński oświadczył, że Polska winna domagać się od Unii deklaracji, iż Bruksela nie będzie wpływać na nasze prawo antyaborcyjne (taką klauzulę ma Irlandia, stara się o nią kandydująca Malta). 
Burza wokół wypowiedzi Dyducha to kolejna, tym razem publiczna odsłona w konflikcie toczącym się dotąd wewnątrz SLD, którego elementem jest aborcja. Efekt: spór, czy spełnić obietnice dane „lewicowemu” elektoratowi, czy kontynuować ekspansję „ku centrum” przełożył się na dyskusję przed referendum, którego wynik nie jest oczywisty (patrz tekst na stronie 5 – red.). Po stronie Dyducha stanęli wicepremier Pol i senator Balicki; przeciw liberalizacji wypowiedzieli się szybko premier Miller i prezydent Kwaśniewski. Ale było już za późno: temat pojawił się – tego też można się było spodziewać – w bożonarodzeniowych wypowiedziach wielu biskupów, w tym prymasa Glempa, abpa Życińskiego, abpa Gocłowskiego czy abpa Michalika; stanowisko Kościoła nie powinno nikogo dziwić. 
Najgorsze, że wypowiedź Dyducha – cokolwiek by mówili premier, prezydent czy prymas – wiąże referendum ze sprawą aborcji. Tymczasem w głosowaniu, które czeka nas w czerwcu, ogromną rolę odgrywają względy emocjonalne i psychologia społeczna. Przykład odległy, ale bynajmniej nie abstrakcyjny: w lipcu 1920 Polska przegrała z kretesem plebiscyt na Warmii i Mazurach także dlatego, że głosujący musieli wybierać między kartami z napisem „Polska-Polen” i „Prusy Wschodnie-Ostpreussen”, choć ta druga powinna być opatrzona napisem „Niemcy-Deutschland”; Mazurzy, obojętne opcji polskiej, niemieckiej czy mazurskiej, byli emocjonalnie (i mylnie) przekonani, że oddają głos za swą ziemią rodzinną. Teraz, w kampanii przed referendum unijnym, przeciwnicy Unii będą zapewne starali się wbić nam do głów, że głos za Unią oznacza zgodę na aborcję. Choć to oczywiście bzdura: kraje członkowskie są w tej dziedzinie w pełni suwerenne. I rząd, i biskupi powinni teraz stale o tym przypominać. 
 

Marek Zając






IPN: przycinanie wiarygodności
 

Kolejne zmniejszenie przez większość parlamentarną budżetu Instytutu Pamięci Narodowej na 2003 rok – o ponad 13 milionów złotych z zaplanowanych 98 milionów – jest dalszym ciągiem tego, co mogliśmy oglądać podczas pamiętnej debaty sejmowej 28 lutego 2002 roku, i co wcześniej działo się podczas konstruowania budżetu państwa na 2002 rok (pieniądze na IPN obcięto wtedy o 20 mln). Daje do myślenia zaciekła niechęć Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Ligi Polskich Rodzin do IPN-u w obecnej formie i pod obecnym kierownictwem: dla obu tych ugrupowań Instytut jest solą w oku, choć nienawiść ta wywodzi się z różnych źródeł. Można odnieść wrażenie, że obie te formacje panicznie boją się bezstronnej i nie podporządkowanej żadnej ideologii ani polityce eksploracji dokumentów naszej historii najnowszej. 
Odebrane Instytutowi pieniądze – może w perspektywie całego budżetu nie tak wielkie, ale do normalnego funkcjonowania IPN-u konieczne – parlament przeznaczył na Archiwa Państwowe (na przechowywanie i udostępnianie zaświadczeń o stażu pracy, zarobkach i wpłatach na fundusz emerytalny). Przypomina to gomułkowską strategię z lat 60. przekazywania zabieranych zakonom budynków na sierocińce i szpitale: tak jak wtedy każdy protest był interpretowany jako zamach na dobro sierot, tak i teraz mówi się, że dla zwykłego obywatela IPN jest rzekomo „mało przydatny” (jak orzekł senator Ryszard Jarzembowski z SLD), i że krytyka obcinania IPN-owskiego budżetu to atak na biednych staruszków, mających kłopoty ze skompletowaniem zaświadczeń emerytalnych. 
Paradoksalnie, ten kolejny cios w IPN podnosi prestiż Instytutu. Raz jeszcze bowiem wychodzi na jaw, komu najbardziej nie na rękę jest ta niezależna instytucja. Czy szerzej: instytucje niezależne, bo uderzenie w Instytut wpisuje się w inne działania: cięcia budżetowe dotknęły także urząd Rzecznika Praw Obywatelskich. Można się domyślać, że ci sami „reformatorzy” życia publicznego, gdyby tylko mogli, przykroiliby jeszcze budżet Rady Polityki Pieniężnej. Rozumiem, że niektórym politykom trudno pogodzić się z istnieniem niezależnych, właściwych dla demokratycznego systemu instytucji, które wymykają się centralnemu kierowaniu. Ale warto pamiętać, że przy wchodzeniu do demokratycznej i wolnej Europy to one decydują o wiarygodności naszych demokratycznych deklaracji. Czy takie przycinanie budżetu nie jest przycinaniem naszej własnej wiarygodności?
 


Ks. Adam Boniecki






USA: koniec – i początek – drogi

Droga, którą przebył amerykański Kościół, aby wypracować spójną politykę wobec księży seksualnie molestujących nieletnich, najeżona była przeszkodami. W czerwcu 2002 Konferencja Biskupów opracowała projekt takich norm; Stolica Apostolska odrzuciła go, argumentując, że może być „źródłem zamieszania i dwuznaczności”. Powstała komisja (urzędnicy watykańscy plus przedstawiciele biskupów z USA), która uściśliła zapisy, przyjęte następnie przez hierarchów amerykańskich. Pod koniec grudnia Watykan niezwykle szybko zatwierdził dokument (funkcjonujący jako „Normy”), kończąc ten etap kryzysu Kościoła w USA. 
Czy „Normy” odbiegają od tego, co pierwotnie ustalili biskupi amerykańscy? Jeśli tak, to nieznacznie. Watykan przystał, by kapłan, który dopuścił się nawet pojedynczego aktu molestowania był natychmiast pozbawiany kontaktu z wiernymi. Poważniejsze przypadki nie wykluczają usunięcia ze stanu duchownego, pod warunkiem jednak (tego domagał się Watykan, pragnąc chronić księży przed fałszywymi oskarżeniami), że czyn zostanie „udowodniony dzięki procesowi, zgodnie z wymogami prawa kanonicznego”. Wedle „Norm” kapłana podejrzanego o molestowanie nie będzie można przenosić na inną placówkę duszpasterską. Wytyczne zostają przyjęte na 2 lata, a po tym okresie będą poddane weryfikacji. 
Watykan popiera wysiłki amerykańskich biskupów – co potwierdził kard. Giovanni Battista Re, prefekt Kongregacji ds. Biskupów, w liście do bp Wiltona Gregory, przewodniczącego Episkopatu USA – aby „zwalczać i zapobiegać złu”, jakim jest molestowanie nieletnich dokonywane przez duchownych. Nie jest przypadkiem, że w tym samym czasie Papież przyjął rezygnację kard. Bernarda Lawa, arcybiskupa Bostonu (pisaliśmy o tym w kronice religijnej w poprzednim „TP”). Jego dymisji – za ukrywanie seksualnych przestępstw podległych mu kapłanów, np. przez przenoszenie do innych parafii – domagali się nie tylko świeccy, ale również większość księży archidiecezji. Obie decyzje Watykanu, przyjęcie „Norm” i rezygnacji kardynała są sygnałem, że Stolica Apostolska poważnie traktuje kwestię nadużyć seksualnych, i że nie ma tolerancji dla duchownych, którzy krzywdzą dzieci. Dla Kościoła w USA jest to zarazem początek długiej drogi, jaką musi przebyć, jeśli chce odbudować nadwątlone zaufanie wielu amerykańskich katolików do instytucji kościelnych.


Jarosław Makowski



Patrz również: „Kościół wobec molestowania seksualnego”.



 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791),  

5 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl