Wynik zapowiadanego na czerwiec referendum o przystąpieniu do Unii nie jest wcale oczywisty 


Niespokojny sen euroentuzjasty

Andrzej Kaczmarczyk



Premier Miller nie tylko zdołał symbolicznie zakończyć negocjacje polsko-unijne 13 grudnia, ale zadziwiającym zbiegiem okoliczności dokonał tego o godzinie 19.30, w porze nadawania „Wiadomości”. Po powrocie, ku uciesze telewizyjnych operatorów, wymienił prezenty z prezydentem: banknot euro na zegarek. Zmienił też dotychczasową retorykę, dziękując wszystkim poprzednim rządom III RP i „Solidarności” za rozpoczęcie marszu ku Europie.  


Ten medialny spektakl były sekretarz PZPR zakończył „zrobieniem misia” z Adamem Michnikiem. Następnego dnia „Rzeczpospolita” otworzyła wydanie tytułem „Dzień dobry, Europo”, a „Gazeta Wyborcza” solidarnościową czcionką zakrzyknęła „Unia nasza”. „Tygodnik Powszechny”, jak na katolickie pismo przystało, podziękował: „Bogu niech będą dzięki: wchodzimy do Unii”.
Prounijne są najważniejsze z mediów, w tym telewizje – prywatne z wyboru, publiczna z układu. Sondaże ciągle wykazują przewagę zwolenników wejścia do Unii nad przeciwnikami; wynika z nich także, że do urn pójdzie ponad połowa elektoratu i głosowanie będzie ważne. Czy wobec tego zwolennicy naszego członkostwa w Unii mogą spać spokojnie? Niestety nie. Na razie pewne jest jedynie, że nasze „tak” lub „nie” wypowiemy w referendum. Zgodnie z konstytucją, by było ono wiążące, musi w nim wziąć udział przynajmniej połowa uprawnionych. Dalej pewniki się kończą. 
W parlamencie trwają prace nad prezydenckim projektem ustawy o referendach. Według niego przy odpowiedzi na „tak” prezydent ratyfikuje umowę. Przy odpowiedzi na „nie” rząd może renegocjować umowę akcesyjną i znowu poddać ją pod referendum. Jeżeli jednak nie zdecyduje się na renegocjacje – a to raczej nie wchodzi w rachubę – zdecyduje Sejm: albo ogłosi kolejne referendum, albo nad traktatem będzie głosować połączony Sejm i Senat. Do zaakceptowania umowy potrzebne będą wtedy głosy dwóch trzecich wszystkich parlamentarzystów.
Z pozoru euroentuzjaści mogą być pewni swego, bo w sondażach Polacy od miesięcy deklarują chęć wejścia do zjednoczonej Europy. Według ostatniego badania CBOS 59 proc. pytanych to zwolennicy integracji. 58 proc. deklaruje, że pójdzie na pewno głosować, a dalsze 11 proc., że prawdopodobnie (i 67 proc. z tej grupy zagłosuje na tak). Z kolei według ostatniej ankiety sopockiej Pracowni Badań Społecznych („Rzeczpospolita” z 19 grudnia) przewidywana frekwencja wynieść ma 53 proc.; 72 proc. badanych było za przystąpieniem do Unii na wynegocjowanych warunkach.
Gdyby tak się stało naprawdę, to Bogu dzięki, Unia nasza i czapki z głów. Jednak nawet gdyby nie udało się w referendum, to zwolennicy akcesji będą mieć w zanadrzu procedurę w parlamencie, gdzie „za” są SLD i PO. PSL też przecież nie przyzna, że wzięło udział w przegranych negocjacjach, które liderzy uznali za całkiem udane. Zaś PiS, jak każda polska partia wrażliwa na sondaże, odkryje wreszcie, że 64 proc. jej elektoratu chce do Europy i przestanie być „za, a nawet przeciw”. Jednym zdaniem: już był w ogródku, już witał się z gąską...
Bez trudu jednak można dostrzec, że to bardzo euroentuzjastyczny scenariusz. Może nawet za bardzo... Przewaga w sondażach nie jest miażdżąca, a w przedwyborczych sondażach Polacy najzwyczajniej w świecie oszukują. Niedawno „Rzeczpospolita” zestawiła dane o deklarowanej i rzeczywistej frekwencji w wyborach w ostatnich latach. Wyniki są porażające. W wyborach prezydenckich w 2000 r. frekwencja rzeczywista była o 12 proc. niższa od deklarowanej. W wyborach samorządowych w 2002 r. była niższa o 14 proc., a w wyborach parlamentarnych fałszywe świadectwo obywatelskiej postawy dało aż 18 proc. Jakby tego było mało, również już po (!) ostatnich wyborach swój udział w głosowaniu deklarowało18 proc. wyborców, którzy urnę tego dnia widzieli najwyżej w telewizji.
Wniosek: ukrywamy nasze prawdziwe zachowania. Oszukujemy, że uczestniczymy w wyborach i bywa, że oszukujemy, na kogo głosujemy. Deklarujemy postawy „politycznie poprawne”, ale – jak w ostatnich wyborach samorządowych – licznie głosujemy na radykałów. W sprawie wejścia do Unii „poprawnie” jest być „za”. Ale jak naprawdę myślimy – i co zrobimy?
Istnieje więc możliwość, że część sondaży jest warta tyle, ile papier, na którym zostały wydrukowane ich wyniki. A nawet gdyby sondażom ufać, wynik referendum i tak nie jawi się jako oczywisty. Przebudzenie może być nieprzyjemne. Nic dziwnego, że komisja sejmowa pracująca nad projektem ustawy rozważa dość nowatorskie procedury, jak np. lokale wyborcze czynne przez dwa dni, możliwość głosowania korespondencyjnie, przez internet lub w zastępstwie przez osoby upoważnione. Wszystko w celu zwiększenia frekwencji. Nic dziwnego, bo w wypadku odrzucenia akcesji w referendum, nawet przygotowany przez prezydenta „spadochron” w postaci przejęcia traktatu przez Sejm i Senat może okazać się nieskuteczny. Wtedy bowiem w PSL dojść może do puczu, liderzy PiS ogłoszą: „a nie mówiliśmy” (choć znów nie będzie jasne, co to właściwie znaczy) i tylko na LPR i „Samoobronie” będzie można polegać jak na Zawiszy, że nie zmienią zdania. 
Kluczem do zwycięstwa jest referendum. Tylko bezpośrednia decyzja suwerena, jakim jest naród, pozwoli zapobiec gorszącym scenom w parlamencie, a w przyszłości próbom podważenia legitymizacji naszej obecności w Unii.
Pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie, kogo i jakimi argumentami przekonać. Niestety, nie ma innego wyjścia, jak posiłkować się nie do końca wiarygodnymi sondażami. Gotowość uczestnictwa w referendum i przychylność idei integracji rośnie wraz z poziomem wykształcenia i spada wraz z oddaleniem od dużych miast. Przy całym szacunku dla autorów prounijnego „Apelu Wawelskiego” i prounijnych apeli senatów i rektorów wyższych uczelni trzeba uznać, że ich inicjatywy mają niewielki wpływ na sytuację: ta grupa uprawnionych do głosowania, którą takie gesty mogą przekonać, jest już w dużym stopniu zdecydowana. Oczywiście liczy się każdy głos, ale poparcie dla akcesji w dużych miastach już sięgnęło 75 proc., a 89 proc. wyborców z wyższym wykształceniem i tak deklaruje udział w głosowaniu. 
Tzw. grupą docelową dla zespołu ministra Sławomira Wiatra jest zatem 44 proc. obywateli z wykształceniem podstawowym, które na referendum się nie wybiera i 50 proc. mieszkańców wsi, którzy nie popierają przystąpienia do Unii. Grupa ta informacje o świecie czerpie głównie z telewizji i kolorowych pism. Większe wrażenie zrobi na niej prounijna wypowiedź małżonki prezydenta w czasopiśmie dla pań niż apel profesorów. Bardziej przekonuje lubiany, choć fikcyjny doktor Nowak z telenoweli, niż Jan Nowak-Jeziorański. I choć wszyscy politycy zapowiadają, że będą kolportować broszurki informujące o Unii, to – mimo że wiedzy nigdy dosyć – warto pamiętać, iż wielu wyborców głosowało kiedyś na Aleksandra Kwaśniewskiego po prostu dlatego, że wyszczuplał. 
Celem zwolenników wejścia Polski do Unii w kampanii przedreferendalnej jest przekonanie do głosowania, i to głosowania „za”. W tym sensie informowanie jest rzeczą ważną o tyle, o ile służy temu przekonaniu. Telewizyjne spoty i programy ministra Wiatra nie dlatego są złe, że nie informują, ale dlatego, że nie reklamują. Taka Unia, jaką pokazują, jest po prostu nudna.
Tymczasem czeka nas kluczowe dla przyszłości kraju referendum, a nie seminarium akademickie. Lepiej to zrozumieć przed szkodą, a nie po niej. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl