Votum separatum

Owszem, pieniądze

JÓZEFA HENNELOWA



Kiedy słuchało się doniesień z ostatnich dni pertraktacji kopenhaskich, można było uwierzyć, że tylko pieniądze są ważne. Nie żaden dalekosiężny interes państwa polskiego, nie jego perspektywy rozwojowe, nie przyszłość. Tylko żywa gotówka, której powinno być więcej , a bezwzględna konieczność wypłacania jej grupie naszych obywateli jest tak ważna, iż niezadowolenie w tej mierze – „za mało!” – musi spowodować zerwanie całego procesu porozumień. Och, wiem oczywiście, iż było to opatrzone setką komentarzy przekonujących, iż jest to równie niezbędne dla całej Polski co moralnie uzasadnione , ale teraz, po umowach kopenhaskich, już nawet najgorliwsi zwolennicy takiej formy europejskiej pomocy dla naszych rolników przyznają coraz klarowniej, iż będzie to miało tak naprawdę kształt nowej renty socjalnej i może być częściowo zmarnowane. Może – któż zabroni? – zostać obrócone na najbardziej dowolną konsumpcję, wszak to pomoc indywidualna. Więc nie na to, co wsi najpotrzebniejsze: drogi dojazdowe do szkoły, lepsze gimbusy, książki do szkolnej biblioteki, dodatki dla nauczyciela, który więcej dzieci nauczy. I również nie na oczyszczalnie ścieków, nie na wywożenie odpadów już nie do lasu ale do spalarni, i w ogóle nie na żadne dobro wspólne, dzięki któremu społeczność rolnicza zyskiwałaby perspektywy i podnosiła poziom. Ale tak chcieliśmy, tak zamierzamy dysponować także częścią budżetu (dopłaty bezpośrednie muszą być uzupełnione przez rząd), to uważamy za największe osiągnięcie Kopenhagi (my, to znaczy wszyscy, którzy uznali, że trzeba tutaj ustąpić PSL-owi w jego niepohamowanym apetycie doraźnym).
Podobnie kiedy słuchało się albo czytało o niedawnych pertraktacjach z górnikami – dominował pieniądz, nie kwestia zatrudnienia. Było bowiem powtarzane bez ogródek i coraz głośniej: niezamykanie kopalń, owszem, nie zwalnianie ludzi, także. Ale nadto wara od nagród, corocznie po parę razy gwarantowanie przyznawanych, wara od zamrożenia płac (które w zeszłym roku, mimo strat górnictwa, wzrosły o przeszło 9 procent – czy tak samo jak personelowi szpitalnemu i nauczycielom na przykład?). Ta broniona jak niepodległość kwestia praw nabytych, którą także wielu specjalistów przedstawia jako nienaruszalną na podobieństwo dekalogu – w całym bolesnym górniczym sporze budzić musi największy niepokój, kiedy i ją próbuje się zaszeregować w kategoriach moralnych, np. jako obronę osoby ludzkiej, jej podmiotowości, jej prawa do pracy, jej znaczenia dla kultury duchowej społeczeństwa. Dla mnie osobiście jest to dysonans, przeciwko któremu się buntuję. I czekam, czy kiedyś autorytety duchowe i o tym powiedzą, zapytując swoich podopiecznych, na jakiej zasadzie te tak bezwzględnie stawiane żądania pieniężne chcą uzasadniać sprawiedliwością społeczną i solidarnością?
Politycy, tak zdumiewająco ostatnio hojni choćby w tych dwóch dziedzinach, zapisali jednak na swoim koncie i jedną kompromitującą „oszczędność”. Sejm sobie a senat sobie odebrały skromnemu budżetowi Instytutu Pamięci Narodowej kilkanaście milionów zł (w zeszłym roku było zresztą podobnie). Odbyło się to przy akompaniamencie żałosnych wypowiedzi, z jednej strony demagogicznych (o ubożejących „emerytach i rencistach”, jak to się zawsze jednym tchem mówi), z drugiej – o „niewielkim znaczeniu prac IPN dla zwykłego obywatela”). Autora tej drugiej wypowiedzi nawet nie warto zaczepiać, jasne jest, że dla czołowego eseldowca śledztwa przeciwko zbrodniom komunizmu mogłyby się wcale nie toczyć. Ale wstyd pozostaje. I może teraz prawice polskie (a trzeba niestety mówić to w liczbie mnogiej), tak często biadające nad „nie rozliczeniem PRL”, potrafiłyby uczciwie upomnieć się o zagrożone funkcjonowanie jedynej placówki, która tym rozliczaniem zajmuje się wreszcie w sposób rokujący akty sprawiedliwości? Ile takich głosów można było dotąd usłyszeć albo przeczytać?

 

PS. Jeszcze jedna sprawa, o której muszę powiedzieć bez ogródek. Dotyczy opublikowanego w gwiazdkowym numerze felietonu pt. „Trzy listy”. Wyznaję, nie znałam go przed drukiem. A uważam jego ukazanie się na naszych łamach za całkowite nieporozumienie. Nigdy dotąd w ten sposób – z ironią i dezynwolturą – nie odnosiliśmy się do naszych Czytelników zgłaszających do autorów pisma jakieś zastrzeżenia. Tym bardziej, gdy zacytowana wypowiedź naszego felietonisty zamieszczona w Gazecie Wyborczej musi być faktycznie odebrana jako głęboko niesprawiedliwa w swojej skrótowości i generalizacji. Jestem zdania, że nasz autor, należący dotąd do regularnych felietonistów pisma, czyli nie do gości, czasem zapraszanych by wypowiedzieli się na bliski im temat, lecz do ścisłego grona, jakoś przecież związanego wspólnym mianownikiem, który pismo od początku i wiernie stara się zachowywać, powinien teraz, zamiast swój sąd o katechezie w szkole mianować „prawdą” ( z tych, które „będzie wypowiadał pod każdym szyldem”), poświęcić tym z naszych czytelników, którzy zgłosili zaszokowane pytania, przynajmniej kilka zdań wyjaśniających (czy może uzasadniających?) tamtą opinię. 


J.H 














 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791),
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl