Jaki będzie Teatr Narodowy pod kierownictwem Jana Englerta


„Kurka”, czyli zła wróżba

Piotr Gruszczyński



Wygląda na to, że za wystawienie „Kurki Wodnej” Witkacego w Teatrze Narodowym zabrał się reżyser reprezentujący ludzkość kompletnie zautomatyzowaną, tę samą, której Witkacy śmiertelnie się obawiał. Uciekając przed nową rasą przyszłości, Witkacy popełnił samobójstwo. A co mają zrobić widzowie Narodowego, skazani na to haniebne widowisko? 


Właściwie nie ma o czym pisać. Jan Englert popełnił wszystkie możliwe grzechy główne, jakie może popełnić reżyser.

Zjazd w bulwar

Po pierwsze, nie docenił przeciwnika, czyli dramatu, który wziął na warsztat. Uznał chyba, że wszystko o Witkacym wie, że to jakaś zramociała awangarda, komedyjka z metafizyczną szparką, więc pomysłowo wypełnił tekst treścią współczesną. Posunął się nawet do zilustrowania jednej z ostatnich kwestii sztuki: „Świat się wali”, zmyślną projekcją wież nowojorskiego WTC. (Projekcja świetna, ale metoda interpretacyjna nad wyraz wulgarna.)
Po drugie, nie uwierzył w ponure wizje Witkacego i zainteresował się bardziej obyczajowymi scenami, które w tym tekście są jedynie wehikułem umożliwiającym połknięcie całej filozoficznej warstwy sztuki. W efekcie spektakl nabiera rumieńców, kiedy zjeżdża w bulwar. Grażyna Szapołowska śmieje się perliście i pokazuje nogi, wokół niej biegają wyfraczeni dżentelmeni z laptopami. Szapołowska robi kliku klik i dokonuje wszechświatowych transakcji. Wygląda jak Rita Hayworth na chałturze w kabareciku Olgi Lipińskiej. Ale co tam, publiczność śmieje się serdecznie właśnie w czasie scen bulwarowych. Za nimi tęskni, nic więc dziwnego, że reżyser zatroskany o potrzeby narodowej publiczności postawił na te sceny, prześlizgując się szybciutko po nużących fragmentach, w których bohaterowie filozofują. Myślę, że Englert też nie wierzy w głęboką sztukę, o której dywagują przetrąceni bohaterowie Witkacego. Dla niego teatr ma być popisem gwiazd w świetle reflektorów i z wielką konsekwencją do tego właśnie zmierza.
Po trzecie, reżyser obsadził w roli tytułowej swoją żonę, Beatę Ścibakównę, która nie dość, że nie dźwiga ciężaru roli, to dodatkowo plącze się w trenach kostiumu, ryzykując kompromitujący upadek. Rzecz jasna w wypadku kostiumów współwinny jest tu scenograf, Dorota Kołodyńska, która na okoliczność spektaklu doznała zaćmienia talentu. Zrobiła scenografię pseudowitkacowską, pseudonowoczesną, pseudofunkcjonalną i pseudowyrafinowaną. I na dodatek umaiła rzecz projekcjami autorstwa Piotra Jaworowskiego. Pierwsza przedstawia lądowanie kosmicznego chrząszcza (?) i zapewne ma prefigurować song „Z głębiny nocy niepojętej”. Ostatnia to wspomniane WTC.
Po czwarte i najważniejsze, Englert nie miał żadnego osobistego powodu, żeby wystawić akurat „Kurkę wodną” Witkacego i ten, zapewne zaraźliwy, brak pomysłu udzielił się aktorom, którzy grają od ściany do ściany, bez sensu zupełnie. Słowo daję, że nie mogę do tej pory uwierzyć, iż Mariusz Bonaszewski grający Edgara Wałpora jest tym samym, który niegdyś grał u Jarockiego w „Płatonowie”, a teraz u Warlikowskiego w „Oczyszczonych”. Aktorzy nie mają pojęcia, o co chodzi w sztuce, którą grają. Piękny wyjątek stanowi Ignacy Gogolewski w roli Wojciecha Wałpora, który ratuje się odkrytym w nim przez Grzegorzewskiego zblazowaniem tragicznego starego lowelasa. Braku koncepcji i potrzeby wystawienia tego tekstu nie zamaskowały też wstawki z „Nowego Wyzwolenia” i pięciu innych dramatów Witkacego. Odwrotnie, rozpaczliwa szamotanina z sensem nabrała tylko większego rozmachu.

Złe wróżby

Słowem, nie ma co zbierać. Nie byłoby też sensu dłużej pastwić się nad tym nieudanym spektaklem, gdyby nie fakt, że stanowi on przykład teatru złego i szkodliwego, propagującego zepsucie smaku i bezhołowie myślowe w oparach gwiazdorskiego kiczu. W dodatku na scenie Teatru Narodowego!
Tak się złożyło, że Jan Englert w przededniu premiery otrzymał nominację dyrektorską. Oczywiście, „Kurka Wodna” jest jeszcze klęską dyrekcji Grzegorzewskiego. Wierzę, że na inaugurację swojego sezonu Englert nie wepchnie się z własną reżyserią i uszanuje talent lepszych od siebie. Nie chcę więc czynić z tej premiery otwarcia nowej dyrekcji. Mam prawo jednak odczytać z niej złą wróżbę dla tej sceny. Najstraszniejszy wszak wniosek z analizy spektaklu Englerta jest następujący: oto reżyser pozbawiony własnej wyobraźni. Nie mówię tu nawet o czymś znacznie bardziej skomplikowanym, jak własny język sceniczny czy poetyka teatru. Nie, Englertowi po prostu brakuje wyobraźni.
Cały spektakl jest kolażem nietrafnie użytych cytatów z filmów i przedstawień. Gdybyż to była zabawa konwencjami, służąca jakiemuś celowi, ale nie jest. Przedstawienie robi wrażenie bezradnej składanki nieudanych zapożyczeń. Tymczasem siłą polskiego teatru od dawna jest teatr autorski, tworzony przez wybitnie utalentowanych reżyserów, przyjmujących na siebie obowiązki artysty teatru, jak go definiował Gordon Craig. Artysta teatru bierze na siebie odpowiedzialność za całokształt teatralnego dzieła. Tworzy je i wymyśla, a nie reżyseruje. Ma wizję artystycznego kształtu teatru i przesłanie, które za wszelką scenę stara się przekazać publiczności.
Dotychczasowe dokonania inscenizacyjne Jana Englerta na scenie Narodowego nie pozwalają wierzyć w taką możliwość rozwoju jego sił twórczych. „Szkoła żon” była staranną realizacją dramatu, w której reżyser nie narzucał przedstawieniu swojej osobowości. „Dożywocie” było już porażką i spektaklem zupełnie niepotrzebnym. Nie pozwalało współczesności przejrzeć się we Fredrowskim zwierciadle. Nie było nawet zabawne. „Kurka Wodna” o znacznie większej komplikacji materii dramaturgicznej, okazała się całkowitą klęską. A akurat Witkacy, coraz częściej znów grywany, ma na pewno wiele ciekawego do powiedzenia o naszych nieciekawych czasach.
Kiedy dyskutowano o ewentualnym nowym modelu Narodowego, który powstanie po ustąpieniu Jerzego Grzegorzewskiego, bardzo często używano w dyskusjach słowa „eklektyczny”. Nie lubię teatru eklektycznego, pachnie mi on produkowaniem nudnych i gładkich przedstawień dla tak zwanej kulturalnej publiczności, która rzadkie wizyty w teatrze traktuje jak obowiązek i znak przynależności do warstwy o rozbudzonych potrzebach artystycznych. Niewiele z tego wynika, ale taki teatr spełnia przynajmniej funkcję edukacyjną. Tymczasem teatr Englerta okazał się teatrem niemym, który nie ma zupełnie nic do powiedzenia. Jedyną rzeczą, jaką komunikuje, jest chęć reżyserowania. A to chyba najgorszy możliwy komunikat.

*

Mam nadzieję, że Jan Englert po porażce „Kurki Wodnej” nie obrazi się na krytyków, których od dawna uważa za swoich osobistych wrogów i jaczejkę niszczącą teatr z nienawiści do tej dziedziny sztuki. Może przecież zachować się sprytnie, zaprosić do reżyserowania w Narodowym lepszych od siebie i stworzyć przynajmniej ów osławiony model eklektyczny. Tylko, żeby tego dokonać powinien najpierw wiedzieć, co chce w Narodowym osiągnąć i o czym ważnym porozmawiać ze swoją publicznością. Powinien stworzyć linię programową Narodowego i odpowiedzieć sam sobie na pytanie, na czym ma polegać szczególna rola tego teatru.

Stanisław Ignacy Witkiewicz, „Kurka Wodna”, reż. Jan Englert, scenogr. Dorota Kołodyńska, muz. Maciej Małecki, Teatr Narodowy w Warszawie, premiera 6 grudnia 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl