Matisse i Picasso – spotkanie dwóch mistrzów XX wieku


Giganci

Bogusław Deptuła



Przez kilkadziesiąt lat pracowali obok siebie. W potocznym rozumieniu to dwa przeciwne bieguny: północny Matisse, południowy Picasso. Każdy uparcie robił swoje, ale obaj pozostawali w dziwnym związku wzajemnej fascynacji i zależności. Próbuje to zobrazować paryska wystawa „Matisse Picasso”.  


To już trzecia podwójna prezentacja tych malarzy. Poprzednie – w Paryżu (1918) i Londynie (1946) – przygotowały dość dobrze grunt do trwającego właśnie najpełniejszego spotkania obu gigantów. Piszę „gigantów”, ale zdaję sobie sprawę, że w polskiej świadomości funkcjonuje tylko jeden – Picasso. Zostało to jeszcze wzmocnione przez trwającą w warszawskim Muzeum Narodowym wystawę „Picasso – przemiany”. 
Tymczasem trudno przecenić znaczenie Matisse’a dla sztuki XX wieku, ba, w niektórych momentach jego rola na pewno była większa niż Picassa. Dowodem na słabą obecność Matisse’a w polskiej kulturze była jego bolesna absencja na pokazanej w Zachęcie wystawie „Klasycy współczesności”. Jedyną szansę na zmianę tej sytuacji stanowiłaby więc wystawa, i to wystawa rzeczy pierwszorzędnych np. z kolekcji rosyjskich. To zamierzenie wiązałoby się jednak z ogromnymi kosztami. A zatem w dającej się przewidzieć perspektywie w polskiej recepcji Matisse’a nic się nie zmieni. 

Podwójny start









 
Pablo Picasso (1881–1973): 
 „Autoportret” (1906)




Uwaga paryskiej publiczności skupiona była najpierw na starszym artyście, Francuzie z urodzenia. Przybywający z Barcelony młody Katalończyk Pablo Ruiz-Picasso start miał nieco trudniejszy. Jednak jego nieprzeciętny talent i pracowitość sprawiły, że dość szybko stał się wręcz wszechpotężny: swoją osobowością przesłonił wszystkie inne gwiazdy z paryskiej konstelacji artystów.
Choć na początku wszystko zapowiadało się inaczej. Gigantem i skandalistą był Matisse wraz ze skupioną wokół niego grupą fowistów, od francuskiego wyrażenia cage des fauves oznaczającego klatkę dzikich zwierząt. Tym określeniem opisywano wystawę grupy w 1905 roku. Dzikie były kolory, dziko wyglądał świat czerwonych drzew, żółtego nieba i zielonych cieni. Kolor, który u Matisse’a zdominował wszystkie inne składowe obrazu, został ostatecznie uwolniony z obowiązków naśladowczych i rozpoczął autonomiczne życie na płótnach kolejnych pokoleń malarzy. Wrażenie było wielkie.

Autoportrety

Wzajemne przeplatanie się artystycznych dokonań Matisse’a i Picassa rozpoczyna się na paryskiej wystawie od zestawienia autoportretów obu malarzy z 1906 roku. To pouczające i mocne zestawienie. 









 
Henri Matisse (1869–1954): 
 „Autoportret” (1906)



Autoportret Matisse’a jest brutalny i brzydki. Nabazgrana grubymi krechami nieładna twarz pokryta jest zielonymi plackami cieni. Żadnej ozdobności. To manifest nowego malowania – bez ładności i przymilania się publice albo sobie samemu. 
Picasso jest na swoim portrecie młodszy i ładniejszy. Wiadomo już, że za chwilę wyłoni się z tych form nowa, może jeszcze bardziej radykalna wizja, ale na razie brak mocy zerwania z tradycją. Pozostaje dystans, któremu sprzyja półpostaciowe ujęcie i malarski rekwizyt w dłoni – paleta. Nie ma wątpliwości: to malarz we własnej osobie. 
Wątpliwości pojawią się, gdy spojrzymy ponownie na obraz Matisse’a. Duże zbliżenie, brak dystansu między patrzącym a oglądającym. Role mieszają się: nie wiadomo, kto się komu przygląda, a kto jest oglądany. Lekkie odchylenie głowy sprawia, że jest w tym ujęciu coś niewymownie naturalnego. Gdyby chodziło o pojedynek na śmierć i życie, zwycięzcą na zawsze zostałby Matisse. Ale historia musi toczyć się dalej.

Kolory i przestrzenie

Następnie Matisse namalował dość nieprzyjemny „Akt błękitny. Wspomnienie z Biskry” (1907). Jak chce jego biografka Hilary Spurling: „Pablo Picasso odpowiedział na to dzieło z nową energią »Pannami z Awinionu«”. Nie mam niezmąconej pewności, czy tak właśnie było, ale wzajemne oddziaływanie obu artystów nie podlega dyskusji. 
Przybierało ono naprawdę bardzo rozmaite formy. Mieli na własność podobne obrazy, np. Cezanne’a, którego uważali za największego mistrza i nauczyciela, ojca sztuki nowej. Co też nie bez znaczenia, mieli nawzajem swoje własne obrazy. „Matissy”, które miał Picasso, do tej pory można oglądać w jego paryskim Muzeum – bardzo je cenił i nigdy się z nimi nie rozstawał. Potwierdzają to zdjęcia z kolejnych pracowni Katalończyka. 
Jeśli więc prawdą jest, że „Panny z Awinionu” stanowią odpowiedź na obraz Matisse’a, to z kolei jego „Kąpiące się i żółw” (1908) były artystyczną reakcją na programowość „Panien”. Kształty kobiet u Matisse’a są uproszczone, może nawet prymitywne – i chyba niezbyt w istocie ważne. Znaczenie mają kolory, ich wzajemna dyspozycja, uproszczenie i płaskość form. Odtwarzanie trójwymiarowości kształtów okazuje się niepotrzebne, jakby nie tym już więcej miało interesować się malarstwo. 
Dla Picassa tymczasem obsesją staje się właśnie gonitwa za trzecim, a nawet czwartym wymiarem na płaskiej powierzchni płótna. Stąd wzięły się jego próby pokazywania wyglądu przedmiotów ze wszystkich stron na jednym obrazie. 
Gdyby zastanowić się, jak rodziły się przeciwstawne koncepcje istoty obrazu, za najważniejsze uznać by należało naturalne skłonności obu artystów. Dla Matisse’a ważne było myślenie syntetyzujące i sumujące, dla Picassa wprost przeciwnie – analiza, a przez to atomizacja. Dla starszego artysty perspektywa mogłaby nie istnieć, dla młodszego świadomość jej istnienia i potrzeba odnoszenia się do niej były nieustanną podnietą w pracy. Może to jest tak, że gdyby jednego z nich nie było, trzeba by go wymyślić. I to sztuka sama stworzyła Picassa i Matisse’a... 

Na granicy 

Wystawa „Matisse Picasso” pomyślana została jako seria 34 spotkań z udziałem 159 dzieł obydwu artystów – według różnie pomyślanych kluczy. Najczęściej spotykają się tradycyjne i podstawowe tematy sztuki: portret, pejzaż, martwa natura, akt. Ale dochodzi też do innych konfrontacji, gdy zderzają się mit, taniec, linia, cisza, melancholia. To bardzo pobudzające spotkania, jakby na przekór naszym myślowym koleinom. 
Różnie wypadają te zderzenia, ale jedno jasno z nich wynika: obydwaj artyści nie byli w stanie przekroczyć nieodległej już granicy abstrakcji. To wielki niewypowiedziany problem tej wystawy. Bliżej do abstrakcji jest u Matisse’a, który często balansuje wręcz na jej granicy. Dla Picassa taki obraz byłby chyba pomyłką, krokiem w niewłaściwym, zwodniczym kierunku. Tak więc to, co łączy obydwu artystów, wskazuje jednocześnie na ich różnorodność. 
Zjawiskiem niezmiernie pociągającym są wycinanki robione przez Matisse’a w późnym okresie życia. Zastanawiając się nad ich genialną prostotą, należałoby raczej używać słowa „odcinanki”, tak jak to jest we francuszczyźnie. Artysta nie tyle bowiem wycinał w papierze, ile raczej odcinał to, co zbędne i zbyt wielosłowne, pozostawiając samą istotę rzeczy. W najprostszych nawet pracach Picassa zawsze jest coś więcej: oko, palec czy profil. Trudno z tego czynić zarzut, ale dopiero patrząc na kolorowe „odcinanki” Matisse’a ma się nieodparte wrażenie syntezy ostatecznej i najlepszej. 

Po prostu sympatia

A może przeciwstawianie obydwu artystów jest dziś anachroniczne? Teraz – wobec nowych mediów, wobec nowych intelektualnych i estetycznych paradygmatów – malarstwo w ogóle wydaje się uosobieniem anachroniczności. Konkurencyjne niegdyś koncepcje sztuki widziane w historycznej perspektywie pozostają wobec siebie komplementarne. 
Może coraz bardziej istotna staje się kwestia sympatii? Może to właśnie ona, a nie wybór jakiejś artystycznej opcji, sprawia, że mam większą skłonność do Matisse’a niż do Picassa? Mamy oto dwa życiorysy. Z jednej strony nieprzeciętnie uzdolniony, ale jednak mieszczuch, zamożny, dobrze ubrany i tak do końca francuski. Z drugiej zaś Sinobrody, jak tego chce Mieczysław Porębski, wielokrotny mąż i niestrudzony kochanek, satyr zgoła, a równocześnie szczęśliwy Midas zmieniający w złoto każdy dotknięty przedmiot. Te biografie są przeciwstawne, to one żądają wykluczeń i wyborów. 
Historia wybrała Katalończyka. Kiedy to się stało? Trudno odpowiedzieć: może wtedy, gdy malował „Panny Awiniońskie” albo „Guernikę”, gdy zostawał w okupowanym Paryżu, gdy wstępował do partii komunistycznej... Innego by to zabiło, jego wzmacniało. Na wiadomość o śmierci Matisse’a milczał. Jakby wymierzona była w niego samego. 

Warszawskie wcielenie

Przemiany i kolejne wcielenia Sinobrodego można oglądać w warszawskim Muzeum Narodowym. Wystawa jest starannie przygotowana. Jej autorka Dorota Folga-Januszewska sumiennie opisała w katalogu wszelkie kontakty Picassa z Polską, szczególnie podczas jego pobytu w naszym kraju w 1948 roku. 
Warszawska prezentacja, najobfitsza z dotychczasowych, wsparta jest bardzo dobrymi dziełami z paryskiego muzeum malarza. Wydaje się jednak propozycją dla najwierniejszych amatorów jego sztuki, bo przeważają na niej grafiki i ilustracje, wymagające uważnego i skupionego oglądu.
I jak często bywa w przypadku interesujących wystaw, które do Polski docierają, i tutaj zabrakło choć jednego dzieła o magnetycznej sile przyciągania. A wystawom potrzeba takich dzieł!

„Matisse Picasso” Londyn maj–sierpień 2002; Paryż wrzesień 2002 – styczeń 2003; Nowy Jork luty–maj 2003.
„Picasso. Przemiany”. Muzeum Narodowe w Warszawie do 7 lutego 2003; kurator Dorota Folga-Januszewska. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl