O papieskim Orędziu na Światowy Dzień Pokoju


Niespełnione zobowiązanie

Ks. Adam Boniecki



Mało kto, na szczęście, pamięta, że kiedyś papieskie orędzia wzywały do (świętej, oczywiście) wojny. Dziś każde orędzie papieskie może być tylko orędziem pokoju. Mimo iż wobec takich zjawisk, jak nieludzkie dyktatury, zagrożenie nuklearne i bakteriologiczne czy terroryzm, wojna nadal wydaje się być jedynym skutecznym środkiem obrony ludzkości. 


Papieskie Orędzia na Światowy Dzień Pokoju, ogłaszane od 1968 r., uporczywie zaprzeczają tezie, że za pomocą wojny można rozwiązać jakiekolwiek problemy ludzkości. Będące często reakcją na aktualne, dramatyczne wydarzenia, układają się w kolejne rozdziały wielkiego traktatu nauki Kościoła o pokoju. Kiedy się przegląda tematykę Orędzi z lat ubiegłych, łatwo spostrzec, że wszystkie rozwijane w nich idee znalazły się już w encyklice Jana XXIII „Pacem in terris” (ogłoszonej 11 kwietnia 1963). Które w tym czasie się sprawdziły? Jaki plon przyniosło 40 lat powtarzania przez Kościół, że „pokój jest możliwy” (Orędzie na rok 2000)? Tegoroczny dokument Jan Paweł II zatytułował: „Encyklika Pacem in terris – nieustanne zobowiązanie”. Czterdziestolecie ogłoszenia tamtego dokumentu skłoniło Papieża do obejmującego ten okres podsumowania.

Gorzki bilans

Encykliki Jana XXIII – „Mater et Magistra” (1961) i „Pacem in terris” – były przełomem w dialogu Kościoła ze światem. Pierwsza z nich, jeszcze tradycyjnie adresowana do duchownych i wiernych „świata katolickiego”, dotyczyła porządku społecznego i określała stosunek Kościoła do przemian cywilizacyjnych. Napisana była językiem nowym dla tego rodzaju dokumentów, zrozumiałym także poza „światem katolickim”, stąd pewnie ten niezwykły rezonans, chociaż znaleźli się i tacy, którzy twierdzili, że encyklika jest za mało religijna. Kolejną encyklikę, „O pokoju między wszystkimi narodami opartym na prawdzie, sprawiedliwości, miłości i wolności” („Pacem in terris”) Jan XXIII zaadresował nie tylko do „wiernych chrześcijan całego świata”, ale także do „wszystkich ludzi dobrej woli”, co zostało natychmiast zauważone. „Pacem in terris” wywołała ogromny rezonans. Było oczywiste, że problem pokoju nie zależy od rozwiązań technicznych i strategicznych, ale od zasad moralnych – encyklika prezentuje takie właśnie zasady. Autorytet Kościoła, a może bardziej osobisty autorytet Jana XXIII oraz sposób przedstawienia sprawy sprawiły, że propozycje papieża przyjęto z uwagą, a często z entuzjazmem. Stało się jasne, że – jak pisze dziś Jan Paweł II – „problemu właściwie rozumianego pokoju nie można oddzielić od kwestii związanych z zasadami moralnymi (...) kwestii pokoju nie można oddzielać od kwestii ludzkiej godności i praw człowieka”.
Ale bilans 40 lat jest gorzki: „Nie tylko nie urzeczywistniła się jeszcze prekursorska wizja Papieża Jana XXIII, dotycząca międzynarodowej władzy publicznej w służbie praw człowieka, wolności i pokoju, ale także odnotowujemy nierzadko, że wspólnota międzynarodowa uchyla się od obowiązku respektowania i wprowadzania w życie praw człowieka – pisze w tegorocznym Orędziu Jan Paweł II. – Jesteśmy świadkami utwierdzania się niepokojącej rozbieżności między serią nowych »praw«, promowanych w społeczeństwach technologicznie rozwiniętych, a elementarnymi prawami człowieka, które wciąż nie są respektowane szczególnie w sytuacjach gospodarczego zacofania; mam tu na myśli na przykład prawo do żywności, do wody pitnej, do mieszkania, do samostanowienia i do niepodległości. Pokój wymaga, by tę rozbieżność pilnie zmniejszać aż do jej całkowitego przezwyciężenia (...). Wspólnota międzynarodowa, która od roku 1948 dysponuje Deklaracją Praw Człowieka, na ogół nie dbała o to, by odpowiednio upomnieć się o wynikające z niej obowiązki. W samej rzeczy to właśnie obowiązek ustala granice, w jakich prawa muszą się utrzymać, by nie przerodzić się w uprawianie samowoli. Większa świadomość powszechnych obowiązków człowieka przyniosłaby ogromne korzyści sprawie pokoju, gdyż wyposażałaby ją w moralne podstawy podzielanego przez wszystkich porządku rzeczy, który nie zależy od woli jednostki czy pewnej grupy”.
Tak więc filary, na których według Jana XXIII miał wspierać się pokój, wciąż nie są w najlepszym stanie. Te filary to: prawda – jako uświadomienie sobie, że oprócz własnych praw ma się również obowiązki wobec innych; sprawiedliwość – rozumiana jako poszanowanie praw innych i wypełnienie wobec nich swoich obowiązków; miłość – czyli traktowanie potrzeb innych jak własnych i dzielenie się z innymi tym, co się posiada; wolność – wyrażająca się w przyjmowaniu przez każdego odpowiedzialności za własne czyny.

Coś się jednak zmieniło

A jednak coś się przez te 40 lat zmieniło: „Fakt, że państwa w niemal wszystkich częściach świata czują się zobowiązane, by respektować ideę praw człowieka, ujawnia, jak potężne są narzędzia moralnego przekonania i duchowej integralności. Te właśnie siły okazały się decydujące w owej mobilizacji sumień, jaka przyniosła rewolucję 1989 roku, która nie uciekała się do używania przemocy – wydarzenie, które spowodowało upadek komunizmu europejskiego. A chociaż wypaczone pojęcia wolności, rozumianej jako niczym nie ograniczona samowola, nadal zagrażają demokracji i wolnym społeczeństwom, to niewątpliwie w ciągu czterdziestu lat, jakie upłynęły od ukazania się »Pacem in terris«, liczne ludy świata mają więcej wolności, umocniły się struktury dialogu i współpracy między narodami, a groźba globalnej wojny atomowej, drastycznie rysująca się w czasach Papieża Jana XXIII, została skutecznie opanowana”.
Tegoroczne Orędzie na Światowy Dzień Pokoju, podobnie zresztą jak poprzednie, dalekie jest od łatwego optymizmu. W tym właśnie duchu wyrażone jest tam przekonanie, że najpoważniejszym rezultatem tych 40 lat okazała się coraz powszechniejsza świadomość godności i płynących z niej praw człowieka: „Droga do pokoju, jak uczył Papież w Encyklice, musi prowadzić przez obronę i upowszechnianie podstawowych praw człowieka”.
Jan Paweł II mówi tu o swym poprzedniku, ale mówi także o sobie. Pierwsze dziesięć lat jego pontyfikatu to nieustanne, powtarzane wszędzie upominanie się o szacunek dla praw człowieka. Nikt bardziej niż Jan Paweł II nie przyczynił się do wejścia tej idei do obiegu światowej myśli, do tego, że stała się czymś nie do pominięcia, siłą, która ostatecznie rozsadziła mury i otworzyła drogę do wolności. Polskie doświadczenie dało Papieżowi pewność, że właśnie tu jest słaby punkt wzniesionego przez totalitarny reżim muru.
To jest według Papieża trwały owoc „Pacem in terris” i przesłanka nadziei. Po ten argument raz jeszcze sięga, mówiąc o konflikcie w Ziemi Świętej: „Dopóki ci, którzy zajmują odpowiedzialne stanowiska, nie zgodzą się odważnie zrewidować swojego sposobu sprawowania władzy i zabiegania o dobro swoich narodów, trudno będzie sobie wyobrazić, że rzeczywiście poczyni się postępy w kierunku pokoju. Bratobójcza walka, która codziennie wstrząsa Ziemią Świętą, przeciwstawiając sobie nawzajem siły mające wpływ na najbliższą przyszłość Bliskiego Wschodu, sprawia, że pilnie potrzeba ludzi przekonanych o konieczności polityki opartej na poszanowaniu godności i praw osoby. Tego typu polityka jest dla wszystkich niezrównanie korzystniejsza, aniżeli przedłużanie sytuacji otwartego konfliktu.”

Zanim wybuchnie wojna

Sprawa Ziemi Świętej jest w tegorocznym Orędziu jedynym odniesieniem do bieżących wydarzeń. Papież słowem nie wspomina o Iraku ani terroryzmie. O walce z terroryzmem mówił w ubiegłorocznym Orędziu, a w styczniowym przemówieniu do Korpusu Dyplomatycznego powiedział: „W obliczu barbarzyńskich agresji i masakr rodzą się pytania dotyczące nie tylko prawa do obrony, ale też tego, jakie środki pozwalają najskuteczniej wykorzenić terroryzm; jakie czynniki leżą u źródeł tych aktów, jakie działania trzeba podjąć, aby zapoczątkować proces »uzdrawiania« sytuacji, zwyciężyć lęk i nie dopuścić, by z jednego zła wyrosło inne, z jednej przemocy inna przemoc”.
Do tego, co dzieje się wokół Iraku, należy, być może, odnieść te słowa Orędzia: „Istnieje nierozerwalny związek między zaangażowaniem na rzecz pokoju a poszanowaniem prawdy. Uczciwość w przekazywaniu informacji, bezstronność systemów prawnych, jawność procedur demokratycznych dają obywatelom takie poczucie spokoju, taką gotowość rozwiązywania sporów środkami pokojowymi i taką wolę lojalnego, konstruktywnego porozumienia, że stanowią one prawdziwe przesłanki trwałego pokoju. Spotkania polityczne na szczeblu narodowym i międzynarodowym służą sprawie pokoju tylko wówczas, jeśli przyjęte wspólnie zobowiązania są potem respektowane przez wszystkie strony. W przeciwnym razie spotkania te stają się mało znaczące i bezużyteczne, a skutkiem tego w ludziach rodzi się pokusa, by coraz mniej wierzyć w użyteczność dialogu i by pokładać ufność w użyciu siły na drodze rozwiązywania sporów”.
Jest oczywiste, że jeśli te słowa pasują do obecnych stosunków amerykańsko-irackich, to z pewnością nie oznaczają papieskiej aprobaty wojny. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 1 (2791), 
5 stycznia 2003


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl