Wenezuela znalazła się na krawędzi wojny domowej 


„Niech się wynosi do Fidela!”

Marcin Żurek



W osiem miesięcy po nieudanym zamachu stanu w Wenezueli, sytuacja nosi znamiona politycznego chaosu, jeśli nie wstępu do wojny domowej.
Choć jeszcze niedawno prezydent Hugo Chávez przeczył, że w kraju ma miejsce kryzys rządowy i zapewniał, że ,,panuje spokój”, przywódcy opozycji twierdzą, iż jego dni są policzone. 



Zakładając w 1982 r. Movimiento Bolivariano Revolucionario (Ruch Rewolucyjny im. Bolivara), Chávez przysięgał, że uratuje ojczyznę przed „zagrożeniem” reformami neoliberalnymi. Dzisiaj jest on obok Castro najbardziej stanowczym krytykiem polityki neoliberalnej w Ameryce Łacińskiej. Neoliberalizm jest dla niego nową formą zniewolenia, a alternatywą ma być nowoczesna wersja „wojny wyzwoleńczej” pod patronatem XIX-wiecznego narodowego bohatera Wenezueli Simona Bolivara; nawet nazwa kraju została zmieniona na República Bolivariana de Venezuela. Praktyczny sens „boliwaryzmu” Cháveza jest jednak niejasny, a osiągnięcia wątpliwe. Manifest, który zapewnił mu w 1999 r. zwycięstwo wyborcze nie zawierał żadnych propozycji politycznych czy społecznych. Chávez wykorzystał kryzys skorumpowanego systemu partyjnego Wenezueli i zakwestionował liberalne stanowisko poprzednich rządów, ale nie przedstawił dlań alternatywy. Wspieranie jego idei autorytetem Bolivara jest tragikomiczne: sam Bolívar uznałby rząd Cháveza za w najwyższym stopniu niedoskonały – dzisiejsza Wenezuela to przeciwieństwo jego ideału. 

Wenezuela podzielona
Chávez nie rozstaje się z kieszonkowym wydaniem konstytucji, co przekonać ma do jego wierności literze prawa. Nie zawsze jednak był on takim ostentacyjnym konstytucjonalistą, bo po raz pierwszy próbował – bez powodzenia – przejąć władzę w drodze zamachu stanu w lutym 1992. Jego zamiłowanie do prawa zrodziło się dopiero w więzieniu; kilka lat później w demokratycznych wyborach został prezydentem, przy poparciu ponad połowy głosujących. 
Wkrótce jednak społeczeństwo podzieliło się na ,,chavistów” i ,,antychavistów”. Nepotyzm i seria dekretów ogłoszonych bez społecznej konsultacji wywołały obawy, że Chávez zmierza ku dyktaturze. Zaniepokojenie wzbudziły jego gwałtowne ataki na Kościół, prywatne media, biznes i nieskrywane sympatie dla reżimu Castro i lewackiej guerrilli w Kolumbii. Wkrótce zwróciła się przeciw Chávezowi część społeczeństwa, a także część przemysłu naftowego oraz armii, choć poparcie najniższych warstw społecznych pozostało niewzruszone.
Coraz silniejsza polaryzacja społeczeństwa i instytucji państwa ,,za” i ,,przeciw” Chávezowi stały się szczególnie widoczne w kwietniu, kiedy koalicja organizacji opozycyjnych, Fedecámaras (zrzeszenie biznesu) i Confederación de Trabajadores de Venezuela (Związek Robotników Wenezueli) zorganizowały strajk, który zakończył się milionową manifestacją w Caracas. Gdy pochód skierował się ku Palacio de Miraflores (siedziba prezydenta), doszło do zamieszek: zginęło 70 osób, a ponad 300 zostało rannych. Część armii poparła opozycję. Miejsce odsuniętego Cháveza zajął przewodniczący Fedecámaras Pedro Carmona, zdążył jednak tylko rozwiązać parlament i ułożyć twarz w triumfalny uśmiech do kamer. Zanim niektóre tygodniki zdążyły wycofać artykuły o upadku Cháveza, ten po 47 godzinach był z powrotem u władzy. Niezwykłość sytuacji polegała na tym, że o ile wydawało się, iż Chávez został obalony decyzją społeczeństwa i przy udziale armii, to okazało się, że wrócił na prezydencki fotel wolą... tego samego społeczeństwa, wspieranego przez tę samą armię. 

,,Spokój” Cháveza 
Euforii wielbicieli prezydenta towarzyszyła jednak coraz silniejsza desperacja przeciwników. W październiku odbyła się w Caracas gigantyczna manifestacja domagająca się ustąpienia prezydenta lub wcześniejszych wyborów. Chávez, z typowym dla niego lekceważeniem faktów, ogłosił, że ,,sytuacja w Wenezueli nie daje powodów do zaniepokojenia” i zaprzeczył, by miał tam miejsce kryzys rządowy. 
Krótko potem doszło do strajku powszechnego, zorganizowanego przez Fedecámaras, Związek Robotników Wenezueli i Coordinadora Democrática (unia partii opozycyjnych), które domagają się referendum dotyczącego wcześniejszych wyborów. Według Związku w niektórych sektorach gospodarki w strajku wzięło udział 90 proc. pracowników, choć rząd twierdził, że był on niepowodzeniem. Przewodniczący Związku Carlos Ortega zapowiedział, że „jeśli referendum się nie odbędzie, jedynym wyjściem pozostanie wezwanie do obywatelskiego nieposłuszeństwa” i zagroził kolejnym, tym razem bezterminowym strajkiem. Ponieważ prezydent wspominał wcześniej o przedłużeniu swej kadencji i odrzucał ideę referendum, już następnego dnia 14 generałów wezwało wojsko do wypowiedzenia posłuszeństwa rządowi.
Na początku listopada w siedzibie Consejo Nacional Electoral (Państwowa Komisja Wyborcza) złożono ponad milion podpisów obywateli żądających referendum. Gdy grupa zwolenników prezydenta otoczyła siedzibę Komisji, próbując uniemożliwić wręczenie dokumentów, doszło do zamieszek; byli ranni. Tego samego dnia do Caracas przybył przewodniczący Organizacji Państw Amerykańskich César Gaviria, próbując bezskutecznie od miesięcy doprowadzić do rozmów między rządem a opozycją. 
2 grudnia w kraju zaczął się wreszcie strajk powszechny, który, jak zapowiada Ortega, zakończy się dopiero w dniu ustąpienia prezydenta. Również przywódcy Fedecámaras twierdzą, że dymisja Cháveza jest nieunikniona. W drugim tygodniu strajku przemysł naftowy, będący zasadniczym źródłem dochodu narodowego Wenezueli (piątego eksportera ropy naftowej na świecie) został praktycznie sparaliżowany; cena ropy na światowych rynkach zaczęła rosnąć. Zaś centrum Caracas okupowane jest przez przepełnione nienawiścią tłumy. Trzy osoby zginęły, a 20 zostało rannych, gdy w niewyjaśnionych okolicznościach otwarto ogień do grupy okupującej jeden z miejskich placów. 
Sceną konfliktu są nie tylko ulice Caracas, ale także przestrzeń wirtualna: obie strony kreują fikcyjną po części rzeczywistość, w której dialog zastępują fałszywe oskarżenia i obelgi. 
Jednym z głównych ośrodków oporu wobec prezydenta są prywatne stacje telewizyjne i dwa największe dzienniki: ,,El Universal” i ,,El Nacional”. Z kolei prezydent zwraca się do narodu w coniedzielnym programie radiowym ,,Aló, Presidente”, transmitowanym przez telewizję, i który w zależności od jego nastroju trwać może nawet... osiem godzin. Przeciwne Chávezowi media milczą na temat poparcia, jakie okazuje mu znaczna część społeczeństwa. Z kolei prezydent upiera się, że społeczeństwo okazuje mu „miłość i lojalność”. 
Choć Chávez został wybrany demokratycznie, to oskarżanie go o skłonności dyktatorskie nie jest bezzasadne. Objawiają się one w jego relacjach z oponentami: Chávez traktuje istnienie opozycji jak patologię lub wymysł wrogów. Według niego „media sterowane są przez białych bogaczy, którzy w czasie boomu naftowego z lat 70. latali w soboty do Miami, by kupić papier toaletowy. Nienawidzą oni mulata Cháveza, bo unika ich frywolnego światka”. Jednak nie sposób porównać go np. z Pinochetem: nie ma w Wenezueli więźniów politycznych i prześladowania opozycji, politycznych zabójstw i „tajemniczych” zaginięć przeciwników rządu, a wolność słowa, której prezydent nigdy nie naruszył, daje opozycji możliwość oskarżania go.
Sam Chávez przedstawia się jako obrońca biedoty. Mimo zapaści gospodarczej, wysokiego bezrobocia i wzrostu ubóstwa, to właśnie najbiedniejsi obywatele są jego najwierniejszymi stronnikami, wdzięcznymi mu za darmową służbę zdrowia, szkolnictwo i państwowe subsydia. I choć popularność prezydenta jest dziś o 50 proc. niższa niż przed czterema laty, to pozostaje nadal na tyle wysoka, że nie można jednoznacznie mówić – jak twierdzi opozycja – że „Wenezuela nie chce już Cháveza”. 
Prawda jest taka, że społeczeństwo Wenezueli jest tak spolaryzowane, iż nie ma już nadziei na konstruktywny dialog i realne porozumienie. Nie będzie zgody między tymi, dla których Chávez to el Santísimo Seńor Presidente (Najświętszy Pan Prezydent) i tymi, którzy żądają, by „wynosił się do Fidela!”. Jest mało prawdopodobne, by prezydent doczekał końca kadencji w 2006 r. Pozostaje pytanie o możliwy rozwój wypadków. 

Wojna, na razie na słowa
Swoją revolución bolivariana Chávez może dziś kontynuować jedynie przez użycie siły, ale wydaje się, że na to się nie odważy. Jednak nie należy też brać pod uwagę możliwości dobrowolnego jego ustąpienia, a opozycja nie chce biernie czekać na zmianę rządu. Źródłem zagrożeń dla Wenezueli jest więc z jednej strony głęboka desperacja opozycji, z drugiej zaś mająca niemal charakter religijny wierność zwolenników Cháveza. Napięcia są tak silne, że konsekwencje kolejnego przewrotu byłyby tym razem poważniejsze. Wyraźna jest też desperacja obu stron: uzbrojeni są członkowie Circulos Bolivarianos (organizacji zrzeszającej zwolenników prezydenta), a mieszkańcy lepszych dzielnic Caracas wykupują broń w obawie przed atakiem mas. Niepokój budzą też podziały w armii. Cokolwiek by się stało, rząd Cháveza nie tylko nękany jest przez kryzys, ale cierpi na nieuleczalną już impotencję. 
A sam Chávez? On wyraża rozczulenie ,,miłością” obywateli i wydaje się nie przejmować faktem, że nie ma już być może żadnego bezpiecznego wyjścia z sytuacji. 
Chodzi nawet nie o to, że on sam prawdopodobnie nie przeżyłby kolejnego zamachu stanu, ale że drogo zapłaciłby za niego cały kraj.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl