Bóg się rodzi nad Tamesgidą

O. Michał Zioło ocso



Zima, grudzień. O tej porze roku wieją tu ostre wiatry, a teraz niespodziewanie od Tamesgidy przyszło słońce. Grzeję się w nim, siedząc przy ścianie obory i próbuję czytać, czekając, aż dogotują się ziemniaki. Samir dręczy mnie, żebym pochwalił jego krowę: ,,Mlicha?” (ładna, piękna). Przeciągam ręką po szyi. Oo, gdybym odpowiedział ,,mlicha”, byłoby jasne, że nie poznałem się na niej. ,,Samir, ona jest…, ona jest jak Buba – żywicielka z Sobowa!” ,,W Polsce?!” ,,W Polsce, u mojej babki Mariam”.


Samir jest Berberem – jak św. Augustyn. Jest z Paestum, może z Cezarei Mauretańskiej. Tu kiedyś była stolica, a kraj, z którego pochodzę, był prowincją. Teraz już nie ma geograficznego i kulturowego podziału na Centrum i Prowincję. Ale jak się przekonać, że Centrum to po prostu Miłość? I jak się przekonać, że Prowincja to połacie martwoty w moim sercu, to strach, rozpacz – ta najwyższa forma samolubstwa, wreszcie chęć zemsty, a potem zabójstwo?
Jak być gotowym, gdy nadejdzie godzina, przyznać się do tej jedynej miłości i zaprzeczyć ,,prowincji” – jak Ci, którzy mieszkali w tym klasztorze jeszcze nie tak dawno? Tych Siedmiu, którzy oddali życie za miłość do mieszkańców Tibhirine, każdej nocy zagrożonych atakami islamskich terrorystów. Tych Siedmiu, którzy nigdy nie myśleli, że nieprzyjaciele algierskiej wspólnoty trapistów są nieprzyjaciółmi Boga.
Można przecież ,,przechować się”. Mieć swoją porcję owsianki z cukrem, czerstwy wygląd, rumiane policzki. Praktykować małe posłuszeństwo, małe ubóstwo, małą czystość. Wierzyć, że nie ma piekła innych. Zachowywać tercję, sekstę, nonę. Zostać w niewoli, bo przecież istnieje statyka strachu, stagnacja strachu, jedyny ruch, jakim jest kopanie grobu dla niewielkiego talentu, zbieranie alibi na wypadek spotkania z wolnością. Sprawność dostosowania się, a potem miękkiego przechodzenia w stan, w którym oskarżamy nasze ofiary. Ale i pełna dobrych chęci niebezpieczna naiwność, która rozbudza pragnienia drugiego, a następnie wycofuje się z cudzego bólu, bo okazał się za duży. Zostawia Hioba i idzie na campus wraz z innymi pięknymi bronić życia młodych fok.
O co więc chodzi? O ustalenie horyzontu absolutnego. A jeśli już się go ustaliło, przychodzi moment, kiedy właśnie na tym horyzoncie zaczyna majaczyć męczeństwo. Nie bohaterstwo, nie odwaga, nie siła (a jeśli już, to siła bezsilnych). Ostateczna decyzja położenia głowy w obronie sumienia nie jest przypadkiem ani chwilowym przypływem mocy. Męczeństwo destyluje się powoli – dzień po dniu pokonując pokusę wyobrażonej, i dlatego niemożliwej doskonałości. Nie jest jednak dobrze, jeśli człowiek w takiej sytuacji zachoruje na powagę lub – bojąc się zdrady – ,,zachowa się jak owad, który w niebezpieczeństwie nieruchomieje”. Ludzkie serce szuka radości doskonałej.

Wigilijne Słońce
Teraz nie pozwala czytać pies Miki. Plączą mu się łapy, ale doskakuje raz po raz do filcowej cholewy. Potem układa się i leży z wyciągniętymi przednimi łapami pod ścianą obory. Jak jego przodek z XVIII sury Koranu:

„a pies ich znajdował się na progu
z wyciągniętymi przednimi łapami”


Radość, bo słońce, bo mały śmieszny pies przy ścieżce, którą szli mordercy, żeby zabrać Siedmiu.

„I będą mówić:
było ich siedmiu, 
a ósmy wśród nich był pies” .


Nie, wtedy nie było jeszcze psa. Teraz jest pies, radość i słońce. Nie muszę udowadniać sobie, że istnieję; że jestem potrzebny. 
Lecz należy wrócić do kuchni. Pokroić cebulę i pory, do garnka mieszczącego prawie trzydzieści porcji zupy wrzucić barani gnat, dodać kminku, szałwii, liść laurowy – z nim należy uważać, bo łatwo niszczy delikatne tło. Przetrzeć przez sito rozgotowane pomidory. Ma to być zupa niby wigilijna, którą zjemy razem z przyjaciółmi z Tibhirine. 
Niby wigilijna, bo do Bożego Narodzenia jeszcze dwa dni. Nie da się inaczej, bo tak nam przydzielono eskortę, która towarzyszy nam teraz zawsze z Algieru. Błogosławiony czas, kiedy mogliśmy mieszkać w górskim klasztorze, skończył się nieodwołalnie. Stąd też ta pospieszna wigilia bez pierwszej gwiazdy. 
Lecz słońce to też gwiazda, najmocniejsza. Czyż istnieje wspanialszy symbol wskazujący na Jezusa – Słońce Wschodzące nad dobrymi i złymi, bo Bóg kocha wszystkie swoje dzieci?

„Zawsze mam wybór”
W wigilię Bożego Narodzenia 1994 do klasztoru przyszedł sam emir Attya ze swoim komandem. Zażądał pieniędzy, lekarstw, chciał gdzieś dzwonić z klasztornego telefonu. Christian de Cherge, przeor klasztoru nic mu nie dał. Przystawili mu do brzucha lufę kałasznikowa: ,,nie masz wyboru!”. I wtedy padło zdanie, które dziś powtarzamy, wiedząc, jak sprawy potoczyły się w dwa lata później: „ja mam zawsze wybór”. 
Odwaga przeora zaimponowała emirowi. Dał słowo, że włos z głowy nie spadnie zakonnikom, a kiedy dowiedział się, że chrześcijanie właśnie świętują narodzenie Księcia Pokoju – przeprosił za najście. Już nie wrócił. Zmarł z ran odniesionych w potyczce z wojskiem. Przyszedł inny – młody wilk, emir Zittuni. Do egzekucji trapistów musiał sprowadzić nowe komando, bo jego ludzie odmówili wykonania rozkazu.
Tu wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą. I to wystarczy, żeby ludzi, którzy przyjdą do nas na świąteczny posiłek, nazwać odważnymi. Bo my odjedziemy z eskortą, oni zostaną na noc. Mój przyjaciel Ben Ali będzie siedział jak co noc na dachu swojego domu, wypatrując. Przez wioskę przeciągają uzbrojone po zęby komanda.
Były dni, kiedy nadlatywały helikoptery. Długo przeczesywały wydzielone strefy, wreszcie odpalały rakiety. Błysk i huk. Odlatywały i znowu wracały. W czasie obiadu, kiedy dzieci wracały ze szkoły. Były wśród nich i te, które zostały spalone w drewnianym domu blisko klasztoru w czerwcu 2000. Został w popiołach garnek i łyżka. Tuż obok nadpalony dziecięcy bucik. W Rama-Tibhirine nie ma krzyku, bo Rachel zginęła ze swoimi dziećmi.

Żywoty
Znów siedzę pod ścianą obory z książką. Widać stąd taras, na którym kiedyś stał Christian z lornetką przy oczach, a obok przejęty Mohamed w odświętnym stroju, bo jego oblubienica miała właśnie zjechać do domu oblubieńca. Dziś zobaczy ją po raz pierwszy. Jadą! Mohamed stoi z lornetką przy oczach. ,,Ładna?! Ładna?!” – nie może wytrzymać Christian. ,,Nic nie widzę, poczekaj, niech jeszcze podjedzie trochę. Nie, nic nie widzę… Ma welon na twarzy…” Obok chodził stary Luc z rozłożonymi jak do dziękczynienia rękami. „Święty, święty, święty dziś do nas przyjechał” – głosił czyjąś chwałę. Chodziło o księdza, który przywiózł mu skrzynkę piwa…
Żywoty. Ludzkość świętości, budowanie łaski na kruchej naturze. Nie starczy życia, żeby to pojąć. Ale to właśnie żywoty, kruche i ranliwe, uczą, że czas to szansa dla każdego, najbardziej sponiewieranego życia. Dawniej żywoty miały przepisany kształt – swoją moc służącą pokrzepianiu człowieka czerpały z zaplanowanego literacko podobieństwa do scen biblijnych czy ewangelicznych. Dziś zrezygnowano z kanonu – i odbiorca sam wybiera, ustala przypadki z życia innych, odnosi je do Ewangelii, aby zrozumieć siebie, siebie ostrzec, pocieszyć. 
Podąża za świadkami, za ich żywotami, aby ofiarować współczucie najbardziej pobitym… Ale przede wszystkim jest KTOŚ i Jego żywot. Dlatego tęsknota, samotność i przywoływanie Eliasza, bieg, aby ocalić przynajmniej niektórych, poranione serce lękające się wciąż ostatniego, najtrudniejszego sprawdzianu – zaprawione są radosną nadzieją. 
Czas ludzki i wieczność mieszają się jak ostre kolory. Jezus znów rodzi się na prowincji, ja dostaję paczkę z domu z suszonymi grzybami i opłatkiem, a moje życie powoli zaczyna się oplatać wokół żywotu Siedmiu – żeby struchlała moc, zbladł ogień, ściemniał blask. Bóg się rodzi nad Tamesgidą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl