Śląskie duszpasterstwo pozytywne 

Z księdzem arcybiskupem Damianem Zimoniem, metropolitą katowickim, rozmawiają Michał Okoński i Marek Zając



TYGODNIK POWSZECHNY: – Księże Arcybiskupie, czemu ludzie chcą budować pomniki Edwarda Gierka?
ABP DAMIAN ZIMOŃ: – Proszę się nie dziwić: Gierek zrobił wiele dobrych rzeczy i za jego rządów wielu Polakom się polepszyło. Jak mówi kawał: „byliśmy najweselszym barakiem w obozie”, nastąpiło jakieś otwarcie na Zachód... Ludzie już nie pamiętają, że na skutek zaciągniętych wtedy kredytów popadliśmy w tarapaty.
Wiemy, że w czasie choroby poprosił Księdza Arcybiskupa o rozmowę.
– Odwiedziłem go w szpitalu. Prosił mnie o obronę robotników przed wyzyskiem w nowej rzeczywistości. To było przejmujące spotkanie.
Miał świadomość własnej odpowiedzialności za ich sytuację?
– Moim zdaniem miał. Oczywiście, tkwił w ideologii, która nic dobrego nie mogła dać, ale myślę, że nie był karierowiczem.

Światło od Europy
Pytamy o Gierka dlatego, że chcemy mówić o pamięci. Rozmawiamy 13 grudnia – w dniu szczytu Unii Europejskiej w Kopenhadze, ale także w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego. Ostatnio okazało się, że nie ma szans na skazanie mocodawców zabójców ks. Popiełuszki. Nie będzie też wyroku w sprawie „Wujka”. Nie jest Ksiądz Arcybiskup rozczarowany?
– Dziś przed południem byłem na rocznicowej sesji IPN. O wydarzeniach w „Wujku” opowiadał pan Stanisław Płatek, jeden z rannych wówczas górników. To były bolesne wspomnienia. Ale profesor Leon Kieres mówił, że Instytut wciąż szuka dowodów na matactwo w sprawie „Wujka”, zapowiadał też dalsze badanie okoliczności zabójstwa księdza Jerzego. To dobrze, bo ból po ks. Jerzym i po zabitych górnikach nadal w ludziach tkwi.
Ten dramat dotyka zresztą obu stron. Pamiętam, jak podczas procesu zomowców oskarżonych o mord w „Wujku” przyszła do mnie matka jednego z nich. Tłumaczyła, że musiał wykonywać rozkazy. Byłem poruszony, nie chciałem zrywać tego dialogu, ale mówiłem o sprawiedliwości: niech sąd rozstrzygnie, przecież zginęli ludzie.
Ale sąd nie rozstrzygnął.
– To wszystko jest trudne. Na rocznicowych Mszach zawsze powtarzam: ta ofiara wyda owoc. Tak jak niezasłużona i niesprawiedliwa śmierć Chrystusa zaowocowała Zmartwychwstaniem. Takich problemów nie rozwiążemy w kategoriach doczesnych – musimy posłużyć się miarą nadprzyrodzoną. Wiara daje nadzieję tam, gdzie wydaje się, że nadziei już nie ma.
Inna sprawa, że młodzież nie pyta o stan wojenny, tylko o Europę. I myślę, że na Śląsku nie będzie problemów z głosowaniem za Unią w referendum. Problem tylko we frekwencji: podczas wyborów samorządowych była przerażająco niska.
Jeden z nas ma tutaj krewnych. Ojciec rodziny niedawno stracił pracę, wcześniej zmieniający się właściciele zakładu od miesięcy nie płacili mu pensji. Zapowiada, że będzie głosował przeciwko Unii i trudno się dziwić jego frustracji. Natomiast jego córka...
– ...będzie głosowała za.
Nie, stara się o niemiecki paszport.
– Zawsze powtarzam: nie narzekajmy na panujące ciemności, ale zapalajmy w nich choćby najmniejszy promyk światła. Przestałem już obliczać, kto odpadnie, kto wyjedzie (za Gierka wyemigrowało 200 tys. ludzi), przestałem śledzić badania socjologiczne – skupiłem się na zapalaniu tych świateł nadziei; na duszpasterstwie pozytywnym.
Od Europy bije światło?
– Tak, ale my też musimy przynieść światło Europie. My, Ślązacy, nie boimy się Unii, bo mamy jej wiele do dania: etos pracy, rodzinę, pełne kościoły, seminarzystów – Zachód wciąż prosi o naszych księży. Oczywiście, wiele się mówi o europejskim liberalizmie moralnym w mediach, ale z nim borykamy się i bez integracji. Zapytajmy raczej, co będzie, jeśli do Unii nie wejdziemy? Profesor Jerzy Kłoczowski mówi, że będzie katastrofa i że możemy trafić pod wpływy Rosji. Taki mamy charakter, że mobilizujemy się tylko wobec wyzwań. A bez Europy nie będzie wyzwań – tylko marazm i narzekanie. Przeciwnikom Unii nikt nie ma prawa zamknąć ust. Ale pozostaje nadzieja, że społeczeństwo okaże się od nich mądrzejsze.
Episkopat oświadczył, że nie ogłosi, jak należy głosować w referendum. Ale czy biskupi będą kontrolować zachowanie proboszczów podczas kampanii przedreferendalnej?
– Episkopat nie zajmie stanowiska, ale wypowiedzi Ojca Świętego chyba nie pozostawiają wątpliwości co do kierunku, w jakim mamy iść. Ja będę głosował za wejściem do Unii. Nie ukrywam tego, ale nikomu nic nie będę nakazywał, bo ludzie mają swoją godność.

Biskupowi nie wypada
Czy będzie Ksiądz Arcybiskup chodził w tym roku po kolędzie?
– Nie ma co z tego robić sensacji. Od razu jak zamieszkałem w domu arcybiskupów, chodziłem po kolędzie po okolicy: zwykła rzecz, trzeba przecież przedstawić się sąsiadom. Robię to co roku – albo tam, gdzie akurat jakiś ksiądz zachoruje, albo jak jestem w jakiejś parafii i mam trochę czasu. W tym roku w pierwszą niedzielę adwentu odprawiałem Mszę w Jastrzębiu, gdzie wiosną zginęło 10 górników. Po południu kolęda przypadała akurat w bloku obok probostwa, więc poszedłem.
Tu jedna uwaga: na Śląsku zaczynamy kolędę już w adwencie, żeby nie ograniczać się do szybkiego zbierania pieniędzy, tylko znaleźć czas na autentyczną rozmowę. Zresztą jeżeli idzie o pieniądze: często ksiądz je rozdaje, pomaga biednym. Pieniądze to wrażliwa rzecz w Kościele. Czasem – dyskretnie – dyscyplinuję księży, tępię niewłaściwe postawy. I sam próbuję nie dać zgorszenia w tej materii – wszyscy na nas patrzą, gdy wokół tyle biedy.
Podobno Ksiądz Arcybiskup odmówił wyjazdu na rekolekcje do Maroka…
– Dowiedziałem się, że pobyt tam kosztuje sporo dolarów. Przecież Bóg jest taki sam w Maroku, jak i na Śląsku. Jeśli ktoś chce mieć takie ekskluzywne rekolekcje – proszę bardzo. Ale biskupowi nie wypada. Proszę też środowisko, żeby mnie przestrzegało w różnych sytuacjach. Nie chcę stwarzać jakiejś feudalnej atmosfery.
Jak wobec takiej biedy mówić ludziom o radości Bożego Narodzenia?
– Boże Narodzenie, zwłaszcza w polskiej kulturze, związane jest z emocjami i symbolami: pasterką, opłatkiem, choinką. Ale nie wolno nam zagłaskać Bożego Dzieciątka, musimy wyjść z pewnej infantylności pojmowania tych świąt. Łatwo zapomnieć, że narodził się Bóg, a nie tylko człowiek. A skoro narodził się Bóg, skoro zechciał się do nas tak zbliżyć, to znaczy, że mamy skąd czerpać nadzieję i odwagę.
Taką Nowinę staram się nieść całemu ubogiemu Śląskowi. Tradycyjnie spożywam Wigilię z biednymi w mojej dawnej parafii mariackiej, potem w parafii św. Piotra i Pawła. W pierwszy dzień świąt, przed Mszą w katedrze, idę także odwiedzić więźniów – w katowickim więzieniu jest ich prawie 500. To wielkie przeżycie: modlitwa także o beatyfikację ks. Blachnickiego, który siedział w tym więzieniu skazany na śmierć podczas okupacji. A w drugi dzień świąt – to też tradycja – odwiedzam siostry karmelitanki, które są dla nas rezerwuarem modlitwy i kontemplacji. Przywiązuję do ich obecności na Śląsku wielką wagę: skoro tyle tu kłopotów z restrukturyzacją i bezrobociem, trzeba się dużo modlić.
W tym roku przygotowuję wszystkie przemówienia świąteczne tak, by mówić o bóstwie Chrystusa – skoro Bóg się rodzi, moc truchleje.
Pytanie, jak to przełożyć na język naszego pokolenia.
– No właśnie. W ramach prac komisji ds. duszpasterstwa ogólnego, której przewodniczę w Episkopacie, w tym roku skupiamy się na pogłębieniu w Polsce kaznodziejstwa. W programie duszpasterskim poruszamy problem języka w przepowiadaniu. Chodzi o to, żeby ten język był naprawdę biblijny, pełen miłości i głębi teologicznej, a jednocześnie prosty i jasny.
Programy programami, ale potem następuje spotkanie twarzą w twarz z człowiekiem. Tego, co Ksiądz Arcybiskup ma powiedzieć więźniom, nie da się zapisać w żadnym programie.
– Ten język wypracowuje się dziś łatwiej dzięki szkolnej katechezie. Widzę, jak uczniowie stawiają katechetom wymagania. Oni nie są spolegliwi; jeśli ksiądz nawiąże z nimi kontakt, zadają mu dziesiątki trudnych pytań. Najważniejsze, to nie bać się ludzi. Sam byłem przez lata duszpasterzem, wikarym i proboszczem. Uczyłem się języka z życia, także od górników, którzy mówią konkretnie, twardo, nie owijając niczego w bawełnę.

Księżoszki i grubiorze
To ciekawe, że na Śląsku właściwie nie ma antyklerykalizmu. Natomiast Ślązacy nie wstydzą się mówić, co o nas myślą. Życzliwie, ale szczerze: „Księże, kazanie było niezrozumiałe”. Albo: „Ale ksiądz śpiewa! Ucho puchnie!”. Albo do katolickiego radia w niedzielę rano zadzwoni jakaś pani i powie do księdza redaktora: „Ksieżoszku, ale zdaje mi się, że wyście się dzisiaj specjalnie nie przygotowali, co?”
Życzliwie zwrócenie uwagi to nie jest antyklerykalizm, ale wyraz identyfikowania się z księdzem. Już przed wojną mieliśmy w Akcji Katolickiej 50 tys. członków, dlatego nie ma tu barier między księżmi a świeckimi. Nie ma też problemu „sojuszu ołtarza z tronem”, bo tu element narodowy jednoczył się z religijnym w opozycji do władzy. Właścicielami kopalń byli Niemcy nie-katolicy, a ksiądz jako duszpasterz – nawet jeśli nie był Polakiem – zawsze stawał po stronie ludu. „Klasa robotnicza”, jak kiedyś mówiono, nie jest na Śląsku poza Kościołem. Przykład: na pielgrzymkę do Piekar wciąż przychodzi 100 tysięcy robotników. Niektórzy wróżyli, że w okresie gospodarki rynkowej te pielgrzymki się skończą...
To, że jako księża jesteśmy w większości dziećmi tego ludu, powoduje, że staramy się być blisko – zawsze, wszędzie i z każdym człowiekiem. Tu nie może być problemów z chrztem dziecka samotnej matki, czy z pogrzebem samobójcy. Był taki wypadek: dwoje młodych ludzi, żyjących w związku niesakramentalnym, otruło się, wcześniej oddając ciotce swoje dziecko. W takich sytuacjach, jeszcze jako proboszcz, mówiłem na cmentarzu o Bożym miłosierdziu i nikogo nie oskarżałem. A raz upomniałem proboszcza, który na pogrzeb dwóch chłopców, którzy powiesili się na cmentarzu (pewnie z satanistycznych pobudek), wysłał tylko diakona. Przecież w ten sposób tylko powiększył cierpienie ich matki.
Mówi Ksiądz Arcybiskup, że ksiądz powinien być blisko wiernych. Kiedyś klerycy ze śląskiego seminarium przez rok pracowali jako robotnicy.
– Dziś to niemożliwe: pracy brakuje także dla świeckich. Ale klerycy są wolontariuszami w szpitalach. Na początku bałem się, że niebezpieczeństwem będą pielęgniarki...
Chodzi o celibat?
– Tak, ale okazało się, że nie miałem racji. Jeden lekarz-agnostyk stawia im głupie, krępujące pytania, ale oni przechodzą nad tym do porządku dziennego, bo to nie są chłopcy, którzy spadają z nieba. Najcenniejsze są dla nich rozmowy z chorymi. Gdy byłem wicerektorem seminarium, odwiedził nas rektor z Kolonii i opowiadał o diakonie, który zachorował psychicznie, bo podczas stażu w szpitalu po raz pierwszy był przy śmierci człowieka. Naszym chłopcom to nie grozi: na Śląsku przyzwyczaili się do takich tragedii…
Z drugiej strony do seminarium trafiają bardzo różni ludzie. Sporo jest słabych psychicznie, często to dzieci wychowywane bez ojców. Jak potem ksiądz ma mówić „Ojcze Nasz”, skoro nie znał własnego ojca? Część – około jedna trzecia – odchodzi. Ale dbamy o to, by odejście z seminarium nie było kolejnym wstrząsem, by nie mieli poczucia, że zdradzili.
Kapłaństwo jest trudne, ale piękne. Ksiądz dba o wszystkich, nie tylko o rodzinę. Zresztą w rodzinie – jak w kapłaństwie – też są kryzysy. Ale tak być musi – nie da się zbawić za bezcen.

Kościół blokersów
Czy wyobraża sobie Ksiądz Arcybiskup Śląsk bez szybów?
– Tak, choć te szyby zawsze jakoś będą istnieć. Będzie mniej kopalń, to pójdziemy w usługi. Polacy są przedsiębiorczym narodem. Powstaną nowe zawody, będzie bardziej ekologicznie, będzie mniej szkód górniczych, wypadków, życie będzie spokojniejsze. Oczywiście, ta przemiana będzie nas wiele kosztować i moje pokolenie pewnie już nie zobaczy tego nowego Śląska. Im człowiek jest starszy, tym widzi wszystko lepiej, szerzej i radośniej – musi być Krzyż, ale jest i Zmartwychwstanie. Chrześcijaństwo to jest coś wielkiego, to jest światło, droga, przyszłość.
W liście pasterskim o bezrobociu pisał Ksiądz Arcybiskup: księżom nie grozi bezrobocie. Jak więc mają wiarygodnie mówić do bezrobotnych: jest Krzyż, ale i Zmartwychwstanie?
– Tego doświadczenia jeszcze nam brakuje. Z pracą jest jak ze zdrowiem: cenimy ją wtedy, gdy ją tracimy. Trzeba do bezrobotnych wyjść, trzeba z nimi rozmawiać, pocieszyć, po prostu zauważyć.
I na tym ma polegać „Kościół bezrobotnych”, o którym pisał Ksiądz Arcybiskup?
– Nie tylko na tym: trzeba też realnie pomagać. Opiekować się rodzinami, modlić się za nie. Rozmawiać z pracodawcami, by poruszyć ich sumienia. Bezrobotnym mówić: nie czekaj, rusz się, musisz szukać, nie możesz się zniechęcać. Społecznie zaangażowany chrześcijanin zawsze dostrzeże i alkoholika, i bezrobotnego, i narkomana, i prostytutkę.
Problemy Śląska nie ograniczają się tylko do braku pracy. Z jednej strony mieszkają tu ludzie o najsilniejszej w Polsce – może poza góralami – tożsamości regionalnej. Z drugiej strony są blokersi: kompletnie wykorzeniona ludność napływowa.
– W czasach PRL-u przyjeżdżali tu za pracą i mieszkaniami ludzie z całej Polski. Ale państwo interesowała tylko ich praca. Przyszli więc do Kościoła i zobaczyli żywą wspólnotę, prowadzoną przez społecznie zaangażowanych księży. Nadali jej jeszcze większą dynamikę niż ci „zakorzenieni”, mieszkający tu od lat.
Wydawałoby się, że blokersi to stracone pokolenie.
– Tylko w części. Często jestem w szkołach na wizytacji: księża i młodzi nauczyciele są niezwykle umotywowani do pracy z młodzieżą. Ostatnio na osiedlu w Pszczynie było spotkanie z nauczycielami. Biskup poświęcił duży krzyż, który stanął przed szkołą. Pod krzyżem jest pojemnik na odzież dla ubogich. W ten sposób tajemnica krzyża została w pełni wyrażona, bo krzyż, to znaczy dawać. W Pszczynie pokazali, że krzyż może społecznie wiązać i nie trzeba się go bać – także w miejscach publicznych.
Oczywiście, problemy w blokowiskach nie zniknęły, zwłaszcza teraz, gdy brakuje pracy. Zdarzają się sataniści, pseudokibice (sport na Śląsku odgrywa wielką rolę, bo jak jest ciężka praca, to musi być też intensywny wypoczynek)... Ale równocześnie mamy wiele powołań, nawet wśród blokersów. To właśnie na osiedlach rozwijają się ruchy odnowy: Oaza, Neokatechumenat, Odnowa w Duchu św., Focolari i inne – co nieraz trudno dostrzec w parafiach tradycyjnych. Powstaje coś nowego, świeżego.
Nie ma sporów między księżmi „tradycyjnymi” i np. tymi z neokatechumenatu?
– Tu i ówdzie się coś zdarzy, ale ja tego pilnuję. Jadę tam i rozmawiam.

Konstruktor nie przewidział
Ksiądz Arcybiskup często działa jako mediator: idzie do upadających zakładów, gasi strajki. W wydanej niedawno rozmowie-rzece mówi Ksiądz: „Los tutejszych ludzi to rzeczywiście praca, praca i jeszcze raz praca. Jeden z naszych współbraci mówi: Zrobić, co zrobić – i dalej robić”. Wracamy do kwestii: co robić, gdy nie ma pracy?
– Najpierw trzeba powiedzieć, że ten dramat nie jest winą rządów III RP. Śląsk przeinwestowano 30, 40 lat temu. W ZSRR było zapotrzebowanie na węgiel, więc budowano nowe kopalnie. Była praca, zarobek, mieszkanie, przywileje, deficytowe towary na kartę górniczą. Teraz wszystko się skończyło. I to jest tragedia, bo jak ktoś sztucznie wyniesiony wysoko, nagle spada, to trudno mu się podnieść.
Problem w tym, że kolejne ekipy rządowe mają różne koncepcje, jak z tego wyjść. Sprawa jest jasna: nie trzeba tyle węgla. Ale z drugiej strony w mediach przedstawia się to tak, jakby węgiel był zupełnie niepotrzebny. A to nieprawda: węgiel to najważniejsze źródło energii w Polsce. Nie mamy ani elektrowni atomowej, ani ropy.
Ale wydobycie węgla jest za drogie.
– Wszędzie na świecie kopalnie są dotowane.
Skąd się wzięły długi przemysłu węglowego? Kiedy 12 lat temu nastały ceny rynkowe, cenę węgla zamrożono, bo był potrzebny dla podniesienia gospodarki. Wtedy Śląsk pracował dla całej Polski – dlatego uważam, że teraz Polska musi pomóc Śląskowi. Oczywiście trzeba zmniejszyć ilość kopalń. Kiedyś było ich prawie 70, teraz jest już tylko 40. Wielu górników odeszło dobrowolnie z zawodu w ostatnich latach. Ale to nie wystarczyło: ze względów ekonomicznych trzeba wykonać kolejny krok. Pytanie, czy musi być tak gwałtowny. Stale przypominam, że kopalnie zamykano też w Anglii czy w Zagłębiu Ruhry. Ale tam proces restrukturyzacji trwał dużo dłużej i był prowadzony z większą konsekwencją. Nawet na Śląsku życie nie zaczęło się z odkryciem węgla. Tu także kopalnie były likwidowane, gdy kończyły się złoża, tylko że ludzie nie byli tym zaskakiwani.
A jak Ksiądz Arcybiskup przyjął ostatnie porozumienie górników z rządem? Czy nie jest tak, że robotników znowu oszukano? Że dla świętego spokoju wstrzymano konieczne reformy?
– Często rozmawiam ze stroną rządową, z pracodawcami, ze związkami zawodowymi, i powiem szczerze: wszyscy są bezradni. Sam mam w ręku tylko społeczną naukę Kościoła i czasem też nie wiem, co mówić. Tu nie ma mądrych, bo wszyscy borykamy się z błędami popełnionymi kilkadziesiąt lat temu. Gdyby nie było wojny, komunizmu, pewnie Śląsk rozwijałby się normalnie.
To porozumienie jest jednak przejawem dialogu społecznego. Dziękujmy Bogu, że taki dialog istnieje. Choć trzeba przyznać, że nie ułatwia go brak spójnej wizji reform ze strony rządu oraz nadmierna ilość związków zawodowych po stronie górniczej.
Przed laty w fabryce Fiata był 55-dniowy strajk, w którym mediatorem był Kościół. Włoscy właściciele wypowiadali się z uznaniem o protestujących, że ci nie niszczyli narzędzi pracy – co we Włoszech się niestety zdarza. Taki jest Śląsk: mój ojciec, który 50 lat pracował na kopalni, po odejściu hitlerowców wraz z innymi górnikami ratował kopalnię przed zalaniem – bez niczyjego rozkazu, a czasem pod ostrzałem. Bo górnictwo to nie tylko zawód – to sposób na życie. Kapitalnie przedstawia to film Kazimierza Kutza „Paciorki jednego różańca”.
Specyfika tej pracy bierze się choćby z zagrożenia: na kopalniach wciąż bardzo częste są wypadki, śmierci, kalectwo. Podczas wizyty Papieża w 1983 r. całą katedrę wypełniliśmy inwalidami. Tylko w tym roku zginęło już ponad 30 osób. Na Msze radiowe z okazji Barbórki jadę zawsze do tych miejscowości, gdzie były wypadki.
Ksiądz Arcybiskup mówi, że problemu górnictwa nie da się rozwiązać bez solidarności całego kraju. Ale czy to jest sprawiedliwe? Nie brak takich opinii: nie dość, że Ślązacy mieli przywileje w PRL, to jeszcze teraz mamy ich utrzymywać z własnych podatków. W innych branżach ludziom zwalnianym z pracy nie dawano tak gigantycznych odpraw.
– A skąd się wzięły te przywileje? Potrzebny był węgiel, więc ludzi zmuszano do pracy na cztery zmiany, nawet w niedzielę. W zamian, nie dbając o integralny rozwój człowieka, dawano mieszkania i talony na samochody. Przecież dzisiejsi blokersi to dzieci tych górników, którzy zapracowani nie mieli czasu dla rodziny.
Teraz III RP i odprawy. Telenowela „Serce z węgla”, nakręcona przez Irenę i Jerzego Morawskich, była bardzo jednostronna: przedstawiała głównie tych, którym po odejściu z kopalni się nie powiodło.
Chce Ksiądz Arcybiskup powiedzieć, że większość odchodzących nie roztrwoniła pieniędzy z odpraw na alkohol, zagraniczne wycieczki, samochody?
– Większość na pewno nie. Część – tak, bo była nieprzygotowana na to, co się stanie. Ale kto miał ich do tego przygotować, wychować do odpowiedniego wykorzystania tych pieniędzy?
Może Kościół?
– Kościół został tak samo zaskoczony jak górnicy.
Śląsk zawsze postrzegano jako krainę mlekiem i miodem płynącą. Ja się tu urodziłem i wiem, że to nie tak. Pomijając już wypadki na kopalni, zwróćcie uwagę na zanieczyszczenie środowiska. Piętnaście lat temu jako pierwszy biskup napisałem list o ekologii. Komuniści zrujnowali region: do dziś widać, jak pękają ściany i sufity. Na 330 kościołów szkody górnicze są w ponad 80. Niedawno w jednym z wieżowców w Katowicach przestała działać winda. Przyjechali specjaliści ze Szwecji: orzekli, że winda jest w porządku. Po prostu blok się przechylił, a tego konstruktor windy nie przewidział…
Zmiany na Śląsku są nieuniknione. A jednocześnie Ksiądz Arcybiskup przestrzega, że może tu dojść do wybuchu społecznego.
– Frustracja miesza się z marazmem i poczuciem beznadziei. Brakuje ludzi aktywnych. Staram się ich mobilizować: wy sami musicie myśleć o sobie, nie możecie liczyć tylko na państwo.
To samo powtarzam księżom, bo w Kościele też musi działać zasada pomocniczości. W czasach komunizmu przyzwyczailiśmy się, że biskup coś powie i koniec. A dzisiaj to nie wystarczy, władza zwierzchnia nie jest w stanie wszystkiego dostrzec – właśnie dlatego potrzeba oddolnej aktywności i samodzielności. Księża muszą mówić to, co myślą. U nas jest o tyle łatwiej, że kapłani dobrze mnie znają – byłem i jestem jednym z nich. Pozwoliłem, żeby w wielu sprawach parafie nie musiały zwracać się do biskupa – niech same rozwiązują problemy. Jako proboszcz widziałem, że z Kurii przychodzi za dużo papierów. Teraz staram się kontrolować wszystko, co wychodzi w teren. Dlaczego? Czasem komuś wydaje się, że można rozwiązać trudne sprawy mnożąc listy, zarządzenia i dyrektywy. Często, niestety, efekt takiego działania ma jedynie wartość słupka w statystyce. A co komu po samych statystykach?
Podczas ostatniej pielgrzymki do Polski Papież mówił o „wyobraźni miłosierdzia”. Może polega ona także na tym, by dostrzec nie tylko bezrobotnego, ale i pracodawcę – bo to on może stworzyć nowe miejsca pracy?
– Jasne, dlatego rozwijamy duszpasterstwo pracodawców.
Ale trzeba też powiedzieć górnikowi: słuchaj, restrukturyzacja jest konieczna. Tracisz pracę, ale dostaniesz pomoc socjalną, a z czasem będzie lepiej.
– Opuszczamy te wstępy, bo oni wiedzą, że restrukturyzacja jest konieczna. Nie walczą przeciw reformom, tylko chcą pracować. W rozmowach przechodzimy do rzeczy: Pytamy, czy mają z czego żyć (bardzo rozwinęliśmy działalność charytatywną). Sugerujemy, gdzie mogą szukać pracy, doradzamy; niestety sam Kościół pracy dać nie może.
Zresztą mówiąc o „wyobraźni miłosierdzia” Papież zupełnie nas zaskoczył, wspominając o naszej akcji wysyłania zboża do Afryki. Zaczęliśmy ją w archidiecezji po tym, jak rolnicy niszczyli importowane zboże: chcieliśmy pokazać, że Polacy potrafią też dawać, a nie tylko brać i żądać. Najpierw nie byłem przekonany, czy pomysł chwyci – tymczasem zebraliśmy pół miliona złotych! Kupiliśmy za nie polskie zboże, zmieliliśmy na mąkę w polskim młynie i wysłaliśmy do głodujących. W ten sposób pracę i pomoc otrzymało bardzo wielu ludzi. Niektórzy wprawdzie się zżymali: mamy takie bezrobocie, a arcybiskup pomaga Afryce. A ja odpowiadałem: jeśli pomożemy Afryce, to znaczy, że pomożemy i wam. Po prostu trzeba umieć dawać, a nie tylko czekać, że się coś dostanie.
Wystarczy nadstawić ucha, co mówią ludzie – wtedy rodzą się inicjatywy. Bo żadna władza – premiera czy arcybiskupa – nie jest w stanie zadekretować naszej skomplikowanej rzeczywistości. A gdy się ludzi słucha i ma wiarę, wiele rzeczy idzie do przodu. Św. Augustyn mówił: „Jeśli Pan Bóg na pierwszym miejscu, wszystko inne jest na swoim miejscu”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl