Profesorski Kraków i tajne służby PRL


Niepokorni

Marta Wyka



1. Zaczynam od – pozornie – dalekiego skojarzenia i równie odległego od mojego zasadniczego tematu przytoczenia. Brzmi ono jak następuje:
„W pierwszych latach obecnego stulecia Warszawa była miastem dumnym zapewne i nieposłusznym, ale podbitym i opanowanym przez wroga. (...) Ulice roiły się od mundurów. (...) Po ulicach krążyła nieustannie policja: stójkowi z numerowanym blachami na piersiach, szpicle w cywilnych ubraniach, żandarmi o fioletowych naszywkach. W razie zamieszek na ulicach ukazywali się konno kozacy w czarnych bekieszach i rozpędzali tłum nahajkami. (...) Ucisk zadawał się tym cięższy, że potęga zwycięzców nie znała granic (...) Stawianie oporu takiej potędze wymagało przede wszystkim wysiłku niezależnej myśli krytycznej: oszacowania na nowo sił wroga i wyzwolenia się z uroku jego przewagi.
»Weź trzcinę i zmierz nią świątynię i tych, którzy się w niej znajdują«, jak mówi anioł Apokalipsy. Bez nowego rozpoznania opór – jako beznadziejny – wygasłby sam. Dla tej przyczyny ośrodek oporu przeniósł się był w tych latach do inteligencji warszawskiej. Na niej też skupiła się uwaga i nacisk władz okupacyjnych. Za ciemno ubranymi panami w pince-nez snuli się szpicle, nocami odwiedzali ich żandarmi. Na nadzór i ucisk inteligencja odpowiedziała bezwzględnym ekskluzywizmem, odsunięciem się od oportunistów. Ten typ inteligencji znikł w okresie niepodległości, nie pozostawiając spadkobierców ani nawet uporządkowanej przez historyka tradycji”.
Taki obraz Warszawy przełomu stuleci jest zarazem opisem sytuacji politycznej i duchowej w pewnym sensie jednoznacznej i nie pozostawiającej żadnego jej ówczesnego uczestnika w rozterce: pozycje wroga i jego kostiumy zawodowe są dobrze widoczne, jaskrawe i wyraziste, przeciwnik i jego potencjalne ofiary bezbłędnie rozpoznawalne, można powiedzieć, iż dramat historii rysuje się w barwach, których emocjonalne zaszeregowanie nie sprawia kłopotu.
Konkluzją umysłową owej zmysłowej charakterystyki jest teza, iż wraz z II Rzecząpospolitą ten nieprzejednany inteligent, jako gatunek, istnieć przestał.
Autorem rozpoznania był Jerzy Stempowski – esej zaś nosi tytuł „Dzieci Warszawy z początkiem XX wieku”.

2. Klasyczną już dziś książką – choć napisaną przecież nie tak dawno (w roku 1985 ukazało się jej trzecie, poszerzone wydanie) – są „Rodowody niepokornych” Bohdana Cywińskiego. Z niej zapożyczam zresztą, z pełnym wyrachowaniem, tytuł tego szkicu.
Cywiński swoje rozważania historyka zaczyna w tym samym miejscu, co Stempowski. Otwiera je mianowicie rozdziałem „Edukacja niepokornych”; edukacja ta rozpoczęła się wraz z „Syzyfowymi pracami” Stefana Żeromskiego postrzeganymi jako szkolne zarzewie wszystkich późniejszych inteligenckich wystąpień przeciw zaborczym represjom i opresjom. Cywiński nazywa powieść Żeromskiego, słusznie, „zapomnianą legendą”, która niegdyś pełniła ważną rolę „legendy-matki”, a także swoistego (bo literackiego przecież...) zbioru wskazówek, jak zachować tożsamość w okresach niewoli.
To wszystko już odległa historia, lektura szkolna (w Gombrowiczowskiej konwencji), dalekie plany polskiej świadomości. Sam mistrz pisał we „Wspomnieniach polskich”, iż nic tak nie śmieszyło i nie nudziło jednocześnie młodzieńców, którzy zobaczyli fajerwerki rozpadu starej Europy (jego samego więc i rówieśników), jak sentymentalne opowieści o panach w tużurkach i melonikach, należących do epoki błyskawicznie zapominanej. Podobnie będzie świadczył młody Czesław Miłosz.
Dzisiaj ja, projektując ten mały katalog cytatów, mam jasne poczucie anachroniczności i świadomość zapuszczania się w jakieś odległe, ciemne marginesy. Kogóż bowiem obchodzą, tak dogłębnie, dawne zapisy świadczące o profesorskim uporze starszych panów i dziecinnym nieposłuszeństwie wielbicieli Winnetou, Jacka Londona oraz „Ody do młodości”?
Tropiąc jednak dalej cytaty z bliższej przeszłości i z bliższej okolicy natrafiam na Adama Zagajewskiego „Inteligencki Kraków” (w książce „Obrona żarliwości”). Ten Kraków, jeśli patrzeć nań, jak powiada Zagajewski, „zimnym okiem”, nie kryje już żadnych pobudzających sensów. Warto dogrzebywać się jego palimpsestów tylko wtedy, gdy pamiętamy, jacy zasiedlali go niegdyś artyści; powierzchnia wtłoczona pomiędzy ulice Kochanowskiego, Michałowskiego, Karmelicką, Siemiradzkiego, Łobzowską i Aleje Słowackiego, wychylającą się zaś ku ulicom Lea i Kazimierza Wielkiego, wyłącznie ze względu na nich zasługuje na uważne spojrzenie.
„...Przybysz z innego, trzeźwego, empirycznego świata mógł dostrzec tylko byle jakie, zmęczone, przedmioty” – konkluduje Zagajewski, polecając nam swoją pamięć, bardziej wyrafinowaną niż spojrzenie obcych, ale żywiącą się, mimo wszystko, opowiadaniami kuzynów i wspomagającą lekturą.
Również dom profesorski na rogu ulicy Łobzowskiej, pokryty czarnymi, kruszącymi się kafelkami, jest obojętną emocjonalnie plamą w dzisiejszym pejzażu byłej inteligenckiej dzielnicy.

3. „Byłem wychowawcą tragicznego pokolenia młodzieży” – powiedział Stanisław Pigoń na uroczystości odnowienia doktoratu w roku 1964. Dlaczego padły słowa tak gorzkie, w czasie obchodu tak z natury swojej pogodnego, jakim powinno być przecież podsumowanie trudu w dziedzinie szczególnie delikatnej: kształtowania charakteru?
„Mogło się to odnosić do uczniów z Wilna i Krakowa, którzy zginęli w czasie wojny, a także do powojennych studentów, których usiłowano przyuczać do kłamstwa i oportunizmu” – pisze Ryszard Terlecki w książce, jak sądzę, wyjątkowo ważnej, gromadzącej materiał bezcenny i otwierającej nowy, choć momentami przerażający i wciąż zawierający niejasne miejsca, akapit dziejów niepokornej inteligencji. Ta relacja historyka, oparta o akta Urzędu Bezpieczeństwa znajdujące się obecnie w Instytucie Pamięci Narodowej, dotyczy profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego, urodzonych u schyłku XIX stulecia (wyjąwszy Wacława Felczaka, historyka, który profesorem został dosłownie u schyłku życia, odebrał bowiem akt nominacyjny z rąk prezydenta Wałęsy w roku 1993, następnego dnia zmarł).
Profesor Pigoń miał jeszcze wykłady dla mojego rocznika polonistyki (który ukończył studia w roku 1963) i egzaminował nas, siejąc postrach odpytywaniem o lekturowe szczegóły. Przez rok słuchaliśmy Romana Ingardena, już tylko w domu przyjmował nas Juliusz Kleiner (nie ma go zresztą pośród bohaterów książki Terleckiego, nie należał zatem do spraw o kryptonimie „Senat” czy „Wenecja”). Inni profesorowie, uznani za spiskujących wrogów państwa, to prawnicy: Konstanty Grzybowski, Adam Vetulani, historycy: Henryk Barycz, Jan Hulewicz, Henryk Wereszycki i Wacław Felczak. Byli znanymi postaciami krakowskimi, szczególnie w środowisku, z którego się wywodzę, bo przecież sława ich należała do cichych, lokalnych, pozbawionych szerokiego rozgłosu. Jeżeli o sławie w ogóle można mówić w polskich latach 50. i 60. Wszyscy posiadali zdecydowane i jednoznaczne profile ideowe, a zatem i światopoglądy, już przed wojną, dlatego też na nich w pierwszym rzędzie skupiła się uwaga służb bezpieczeństwa; w raportach donosicieli nazywani są „figurantami”, co jest określeniem trafnym, jeśli zważyć, że ich pozycja społeczna i polityczna w sensie jawnej skuteczności działania była równa zeru – natomiast bagaż przeszłości mógł się okazać zagrożeniem.
Profesorowie w większości zasiedlali tę samą dzielnicę, co artyści, udeptywali, idąc na wykłady, tę samą powierzchnię, spiskowali w małej kawiarni „Warszawianki” przy ulicy Sławkowskiej, w pobliżu niegdysiejszej, też już nieistniejącej kawiarni Literacka. Na ich domach nie ma tablic pamiątkowych, podejrzewam nawet, iż nie ma w zajmowanych przez nich niegdyś mieszkaniach niepokornych duchów.
Ich związki przedwojenne dotyczyły ruchu ludowego (Hulewicz, Pigoń), a także powiązań z Narodową Demokracją. Mogli zatem zostać ojcami-założycielami irredenty, choć tak się nie stało. Byli na to po prostu za starzy i czas zaczął działać przeciwko nim. Szpicle, którzy śledzili ich każdy (lub prawie każdy) krok, rezygnowali, postulując umorzenie sprawy, bo ich ofiary niedołężniały: bez ogródek meldują zatem o głuchocie, ślepocie i chorobach „figurantów”, jako wystarczających argumentach zawieszających ich własną aktywność. Starcy przestają być niebezpieczni.
Tragiczne pokolenie młodzieży, o którym mówił Stanisław Pigoń, to również ci, którzy przed wojną nie tylko ukończyli studia, ale rozpoczęli uniwersyteckie kariery, stawiając pierwsze odpowiedzialne kroki w życiu zawodowym. To oni znaleźli się po wojnie na rozdrożu najbardziej dwuznacznym: musieli dokonywać określonych wyborów, a także ustępstw, aby w ogóle pozostać na wybranych niegdyś miejscach. Myślę o urodzonych w okolicy roku 1910.
Prawdziwy koniec świata – tak napisał Czesław Miłosz w „Roku myśliwego” – miał miejsce w Krakowie w roku 1945, gdzie zbiegły się szlaki wędrówek. Tutaj również w całym jego rozpaczliwym zawikłaniu objawił się katastroficzny węzeł, zasupłany przed wojną.
Jasno widać z dokumentów udostępnionych przez Terleckiego, że zagrożenie kończyło się, gdy figuranci tracili kontakt z młodzieżą. Mój rocznik polonistyki, z racji coraz bardziej ograniczanych zajęć ze starymi profesorami, wydostawał się, niejako automatycznie, spod ich wychowawczych wpływów. Jako emeryci przestawali dla nas istnieć. Jako naukowe autorytety nie zaistnieli jeszcze pośród studiującej młodzieży, bądź mieli zaistnieć o wiele później. Ich sytuacja – co jasno widoczne dopiero dzisiaj – była dramatyczna. Odbierano im, pokątnie, rację całego życia, którego koroną winno być mistrzostwo posiadające społeczną i państwową sankcję.
Oczywiście, aby tego dokonać, trzeba było dysponować odpowiednimi narzędziami perswazyjnymi. Terlecki nie rozwiązuje kryptonimów donosicieli – szkoda. Znajdowali się wszędzie i dogłębność owej inwigilacji nawet dzisiaj przeraża. Byli nimi urzędnicy rektoratu i dziekanatów, studenci, młodzi pracownicy naukowi i zapewne znajomi figurantów. Starzy profesorowie nie mieli litości dla niedouczonych ZMP-owców, co dodatkowo pogarszało ich sprawę. Podsłuch telefoniczny stał się regułą. To dziwne uniwersyteckie miasto podziemne mimo to istniało, niezależne w świecie zdominowanym, chciałoby się powtórzyć za Białoszewskim, przez szumy, zlepy, ciągi, a także – donosy rzeczywistości.
Cytowane raporty i notatki dowodzą zdumiewającego w większości przypadków prostactwa i nieuctwa piszących. Nikt od nich wykształcenia, rzecz jasna, nie wymagał, ich opinie psychologiczne i obyczajowe ujawniają natomiast, jak myślę, pochodzenie społeczne. Co bowiem mogło oznaczać w latach 50. doniesienie, iż profesor Wereszycki prowadzi luksusowy tryb życia? Kieliszek koniaku, którym poczęstował, załóżmy, swojego rozmówcę? Co było „normalne”? Profesor Pigoń, jak się dowiadujemy, był normalny, bo nie pił i nie zadawał się z sąsiadami.
Co zatem uchodziło za luksus tamtego życia – co zaś za jego nędzę? Co znaczyło wyznawać „idealistyczny światopogląd”? Za tymi ustaleniami ciemnych i małych szły, jak wiemy, konsekwencje nieodwracalne.
Zapisuję tutaj uwagi – co podkreślam – nieprofesjonalne, nie jestem bowiem historykiem. Książka Terleckiego uświadomiła mi z wyjątkową ostrością status profesorskiej i inteligenckiej starości w PRL-u. Często bowiem czytamy, w opisach tamtych lat, o zmarnowanej młodości. Status odrzuconego uczonego wydaje się stanowić niezbędne uzupełnienie owego rozdziału inteligenckiego, który Jerzy Stempowski uznał niegdyś za zamknięty.

4. Jakie korekty i uzupełnienia wniósł zatem do historycznej formacji niepokornych ten epizod, który odtworzył Terlecki? Mamy przed sobą kartę do zapisania, do uszczegółowienia, do przemyślenia. Dotyczy ona przede wszystkim jakości życia umysłowego w Polsce po roku 1945. Nie chcę tutaj bowiem mówić o ethosie inteligenckim, bo wydają mi się takie dywagacje dziś – nazbyt ogólnikowe. Dla autora książki momentem symbolicznym, ratującym – paradoksalnie – honor Uniwersytetu, jest zamordowanie Stanisława Pyjasa. Ale można tę sprawę „uniwersyteckiego honoru” postrzegać nieco inaczej, w innych proporcjach, w innych kontekstach. Jeżeli kogoś jeszcze interesuje dziś coś tak anachronicznego, jak honor.
Profesorowie krakowscy, bohaterowie książki Terleckiego, wychowani w tradycji XIX-wiecznej, właśnie z jej kodeksu honorowego czerpali siłę do przetrwania swojej osobliwej starości. Dlaczego osobliwej? Taka jest ona dla mnie, osoby, która przeczytała dokumenty ich życia poddanego presji donosicieli. Bowiem donosiciele wyglądali tak samo jak inni. Nie nosili rozpoznawalnych łatwo kostiumów, o których pisze Stempowski.
Milczenie profesorów ciążyło jak kamień i jak wyrzut, to z niego (po Norwidowsku...) można się dzisiaj dowiedzieć więcej o ich wewnętrznym, podziemnym języku. I może ono stać się ciekawsze niż podjęte potem próby głosu – jak choćby List 34.
Przewija się u Ryszarda Terleckiego, na drugim planie, wątek prowokacji, po którą czasem sięgano, aby pozyskać nowych informatorów. Co zyskiwano i kiedy, w jakich przypadkach? Tego zapewne jeszcze nie wiemy. Zapomniane zostały powieści Władysława Terleckiego, który wyjątkowo trafnie – nie znając bynajmniej archiwalnych dokumentów – diagnozował polskie choroby w historii; prowokację właśnie, donosicielstwo, główne skazy naszego politycznego umysłu. Warto właśnie teraz do tych powieści powrócić. Historia Polski i historie osobiste jej czołowych person to u Terleckiego-powieściopisarza opis cierpień klinicznych prawie (podobnie u Jerzego Krzysztonia, z jakże wyrazistą metaforą polskiego obłędu...).
Profesorski Kraków, zapomniana enklawa z życia miasta, wraca do nas teraz w postaci dość niespodziewanej: utrwalony w raportach pisanych przez wykonawców skomplikowanych operacji śledczych, którzy najpierw ustalali „czy to jest ten, o którego chodzi”. A potem obserwacja mogła się toczyć normalnym trybem. „Kraków krakauerski”, o którym wyłącznie lirycznie pisał Gałczyński, nie był bynajmniej aluzją do operetki (jak chciał poeta, cytując „Krysię Leśniczankę”).

Materiały dotyczące udziału Stanisława Mikołajczyka w konferencji moskiewskiej zostały ukryte przez profesora Pigonia „w piwnicy pod węglem w zamkniętych słoikach wekowych” – donosi informator. Jowialny profesor Pigoń (który zapytywał studentów, jak nazywała się suka księcia Radziwiłła) był bohaterem naszych młodzieńczych, niezbyt mądrych dowcipów. I musiało upłynąć wiele lat, abyśmy poznali szczegółowo zawartość jego piwnicy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl