Polska w Unii, Wschód za miedzą 

Z prof. Jackiem Rostowskim, ekonomistą
i byłym doradcą ministra finansów, rozmawia Krzysztof Burnetko



KRZYSZTOF BURNETKO: – Przeciwnicy wejścia Polski do Unii Europejskiej najpierw kreowali ją na liberalnego smoka, który – korzystając z reguł bezwzględnego, wilczego kapitalizmu – pożre polską gospodarkę. Od jakiegoś czasu Polacy są straszeni czym innym: podnosi się, że UE dlatego jest zła, bo stosuje politykę antyliberalną: pomaga zrzeszonym w niej państwom przez cła ochronne, protekcjonistyczne regulacje prawne, dotacje dla rolników. To ma być powodem, dla którego Polska straci na integracji...
JACEK ROSTOWSKI: – W Polsce panuje taki dziwny mit, że UE będzie nas dyskryminować dopiero, jak do niej przystąpimy. Przecież wszystkie bariery unijne już teraz nas dotyczą. 
Jaka jednak jest gospodarka wspólnoty: liberalna czy zsocjalizowana?
– Różnorodna. Najgorszym – bo najbardziej zsocjalizowanym działem jest rolnictwo. Obowiązują tam normy produkcyjne i sztucznie regulowane ceny. A ponieważ otoczenie jest wolnorynkowe, normy te nie są – jak za dawnych dobrych czasów – normami produkcji minimalnej, lecz maksymalnej. To rozkłada wszelką konkurencyjność. Co równie ważne: te obłędne regulacje są ujednolicone i dotyczą całej UE. Oprócz rolnictwa silnie kontrolowany i chroniony jest przemysł lekki. Wynika to z obawy przed zalaniem rynków europejskich supertanią odzieżą produkowaną w najbiedniejszych krajach Azji i Afryki. Polski więc to nie dotyczy. Wszystkie kraje UE podlegają też ograniczeniom w handlu z państwami spoza wspólnoty. Te bariery nie są jednak już tak mocno protekcjonistyczne. Generalnie zatem – poza rolnictwem i handlem zagranicznym z krajami poza Unią – gospodarka w państwach Unii jest rynkowa i otwarta. 
Na gospodarkę wpływają również obowiązujące regulacje socjalne: zwłaszcza przywileje nadane różnym grupom społecznym, co siłą rzeczy ogranicza pozostałych i swobodę obrotu. Przykładowo: przepisy chroniące lokatorów wpływają na dynamikę handlu nieruchomościami. Tego rodzaju kwestie rozstrzygane są jednak tradycyjnie, czyli na poziomie narodowym. Podobnie jest z rozwiązaniami dotyczącymi systemów emerytalnych – kwestii pierwszej wagi w starzejącej się Europie. Tu też funkcjonują różne modele. 
Szyjąc grubymi nićmi: Stary Kontynent pod kątem „liberalizm czy etatyzm” można podzielić na trzy obszary. Otóż kraje skandynawskie mają tendencje do promowania wolnego handlu, a równocześnie do wysokich podatków i wydatków socjalnych. Państwa z południa kontynentu – o tradycji romańskiej, są protekcjonistyczne: raczej niechętne wolnemu handlowi i na ogół mają dość wysokie podatki i duże wydatki socjalne. Dwa kraje anglosaskie, czyli Wielka Brytania i Irlandia, są najbardziej otwarte i mają relatywnie niskie podatki. Niemcy z kolei są mieszanką wszystkiego: ich gospodarka zawiera elementy wszystkich trzech obszarów.
Istotne jest nadto podejście do otwartości. Sama Komisja Europejska jest jak najbardziej za wolnym handlem, chciałaby uporządkować bałagan w rolnictwie itd. Równocześnie jednak uważa, że warunkiem wprowadzenia wewnątrz UE wolnego handlu, swobodnego przepływu kapitału, pracowników i środków produkcji jest ujednolicenie reguł gry w ramach Unii – czyli narzucenie krajom członkowskim identycznych regulacji. A to jest element etatystyczny w jej myśleniu. Więcej: idea harmonizacji może doprowadzić do powstania kartelu niektórych krajów przeciwko innym. Przecież te jednolite przepisy trzeba przegłosować, więc są poparte przez jakąś większość, która kieruje się własnymi interesami.
Tymczasem możliwa jest inna droga: uznanie, że rzeczywiście wolny rynek gwarantuje jedynie swobodna konkurencja między instytucjami krajów UE. Po prostu: kto stworzy lepsze warunki instytucjonalne, ten wygra. 

Równi i równiejsi
Niedawno jednak prasa ujawniła, że rząd Niemiec w zakamuflowanej formie przekazał sporą dotację koncernowi BMW, by ten tworzył nowe fabryki nie – jak zamierzał ze względu na niższe koszty pracy poza granicami kraju – tylko na terenie byłej NRD. 
– Oczywiście nie o tworzenie takich warunków chodzi. Nie mogą one polegać na dotacjach, lecz na lepszych ustawach, infrastrukturze dla biznesu itd. Nie wystarczy powiedzieć, że się jest za otwartą gospodarką – trzeba sprecyzować, jak się chce ją osiągnąć. Komisja stawia na harmonizację instytucji, a Wielka Brytania i kilka mniejszych krajów członkowskich – na konkurencję pomiędzy nimi. 
Przykład dotacji niemieckiego rządu dla BMW pokazuje, jak duże jest w UE niebezpieczeństwo, że choć teoretycznie wszyscy są równi, niektórzy mogą być równiejsi. Od powstania UE najbardziej równi są Niemcy i Francuzi. 
O ile na początku lat 90. – czyli po zjednoczeniu Niemiec – można było jeszcze bronić promowania przez Bonn rozwoju obszarów b. NRD w celu wyrównania poziomu życia i gospodarki, to okazało się, że takie sztuczne napędzanie gospodarki nie przynosi zadowalających rezultatów. 
Jeszcze bardziej lekceważący stosunek do ustaleń unijnych odnośnie otwartej gospodarki ma Paryż. Francja od pięciu lat kompletnie lekceważy choćby dyrektywy dotyczące liberalizacji rynku energetyki. Inne państwa też mogłyby je omijać, ale na ogół się podporządkowują. Co więcej: nie wynika to z presji pozostałych członków wspólnoty, ale z uświadomienia sobie, że na konkurencji mogą tylko zyskać. Chodzi nie tylko o gospodarkę, ale i stan państwa. Polityka Francji i Niemiec prowadzi bowiem m.in. do tego, że wytworzyły się tam tak silne grupy nacisku, że państwu coraz trudniej się im przeciwstawić. 
Jaka jest pozycja sektora państwowego w krajach UE? Problem jest o tyle ważny, że w Polsce sektor ten jest i rozbudowany, i wpływowy.
– Obowiązuje zasada, że żaden rząd nie ma prawa dofinansowywać sektora państwowego. Byłoby to uznane za nieuczciwą konkurencję – tak wobec własnych producentów prywatnych, jak producentów państwowych w innych krajach. W praktyce oczywiście bywa różnie: czasami niektóre ekipy rządzące przemycają pod różnymi pozorami pomoc dla państwowych firm. 
Skądinąd to właśnie ta reguła sprawia, że podczas rozmów o członkostwie nowych państw w UE, jej negocjatorzy taką uwagę przywiązywali do restrukturyzacji polskich hut i kopalń. Bruksela nie chce, by problem nierentownego państwowego hutnictwa i górnictwa przedłużał się za sprawą nowych członków i wywoływał kolejne kryzysy.
Dla Polski takie podejście oznacza nową sytuację tak dla rządu, jak mentalności społecznej. Ostatnie badania wykazały przecież, że 80 proc. Polaków jest za tym, by państwo utrzymało kontrolę (a więc de facto utrzymywało) nad tzw. strategicznymi gałęziami przemysłu. Na dodatek pojęcie to okazuje się nadzwyczaj pojemne.
– Zmiana musi być rewolucyjna, a są na nią tylko dwa lata. Jednak już to mogłoby być wystarczającym powodem, by przystąpić do UE, bo presja z zewnątrz może być pomocna w porzucaniu złych nawyków. 
W latach 90. sztandarową ideą Unii był Pakt Stabilizacji i Rozwoju. Wydaje się ona kluczowa także dla sytuacji nowych członków – bo z jednej strony wymusza dyscyplinę budżetową, a z tym mają kłopoty wszyscy, zaś z drugiej przewiduje pomoc. Jak wygląda dziś realizacja tego pomysłu? 
– Fatalnie.
Czy więc jest szansa, by Pakt wymusił ograniczenie deficytu budżetowego w Polsce – bo wedle niektórych właśnie wzrost deficytu jest problemem nr 1?
– Po pierwsze, wciąż trwa dyskusja, jak liczyć nasz deficyt uwzględniając unijne standardy. Gdyby bowiem mierzyć go wedle najbardziej optymistycznych zasad metodologicznych ministerstwa finansów, to wedle miar UE polski deficyt nie jest aż taki duży – sięgałby 3,8 proc. Produktu Krajowego Brutto i ledwie o 0,8 punktu procentowego przekraczałby limit wyznaczony przez Pakt Stabilizacji i Traktat z Maastricht. A propozycje resortu finansów w tej materii wcale nie są niedorzeczne. 
Dużo radykalniejsze są choćby pomysły Francji, która chce, by do deficytu nie wliczać, przykładowo, żadnych wydatków na obronę narodową. 
Przy nieco szybszym wzroście gospodarczym niż w tym roku deficyt poniżej 3 proc. PKB w 2005 r. powinien być osiągalny. Naturalnie pojawią się dodatkowe wydatki wynikające z przystąpienia do Unii, ale one dotkną nas głównie w roku 2004. W 2005 powinno być już łatwiej. 
Problem raczej w tym, że Polska nie tylko chce wypełnić kryteria Paktu Stabilizacji, będzie zresztą do tego zobowiązana, jeśli zamierza znaleźć się w Unii Gospodarczej i Walutowej – w naszym interesie jest jak najszybsze przystąpienie do strefy euro. 
Dlaczego?
– Złoty jest pod stałą presją aprecjacyjną, wynikającą z dużego napływu inwestycji zagranicznych. Taki wzrost wartości złotego może zmniejszyć konkurencyjność istniejącego eksportu i powoduje duży deficyt obrotów bieżących bilansu płatniczego, co groziłoby kryzysem walutowym. Możemy tych problemów uniknąć jedynie wstępując jak najszybciej do Unii Gospodarczo-Walutowej, zamieniając złote na euro. Tymczasem UGW może być podważona wskutek postępującego rozmywania się traktatu z Maastricht. 
Są ekonomiści, którzy twierdzą, że do realizacji Paktu zabrano się zbyt powierzchownie, bo zamiast zająć się źródłami deficytu, czyli cięciem wydatków na nadzwyczaj w Europie rozbudowany sektor publiczny, próbowano jedynie doraźnie łatać deficyt…
– Faktycznie, wiele badań porównawczych wskazuje, że jeżeli chcemy obniżyć deficyt, lepiej robić to zmniejszając wydatki niż podwyższając obciążenia podatkowe. Lecz przyjęta taktyka była efektem niepisanego kompromisu w UE: że nie doprecyzowano, co to za zwierzę – czy liberalne, czy socjaldemokratyczne. 
Problem polegał na czym innym – otóż Pakt Stabilizacji i Rozwoju wprowadza regułę deficytu wychodzącego średnio na zero i nie przekraczającego 3 proc. PKB. Dopuszcza się więc, że w razie recesji deficyt może rosnąć aż do 3 proc. PKB, byleby w dobrych czasach była porównywalna nadwyżka, a w średnim terminie budżet był zrównoważony. Zostawia się zatem pole dla tzw. stabilizatorów automatycznych. Oznacza to, że deficyt budżetowy rośnie podczas recesji ograniczając jej rozmiary, a w okresie szybkiego wzrostu mamy nadwyżki budżetowe, które pomagają nam uniknąć przegrzania gospodarki. Reguły traktatu z Maastricht przewidują jedynie górną granicę deficytu 3 proc. – bez względu na koniunkturę. Niektóre kraje skorzystały z dość dobrej koniunktury, by sprostać kryterium z Maastricht i dzięki temu mogły przystąpić do UGW. Nie starczyło im jednak oddechu, aby dokończyć dzieła i osiągnąć nadwyżki w latach 90. – tak, aby móc zmieścić się w wymogach Paktu Stabilizacji kiedy nadeszły gorsze czasy.
Paradoksalnie Polska doskonale wpisuje się w europejską tendencję utrzymywania wysokich wydatków na sektor publiczny. Nie zanosi się, żeby ktoś w Europie próbował je ciąć. Nawet w liberalnej Wielkiej Brytanii państwo na powrót przejmuje zarządzanie dziedzinami oddanymi swego czasu w ręce prywatne: choćby transportem kolejowym. Na redukcję sektora publicznego nie zanosi się i u nas.
– Wszystkie kraje postkomunistyczne Europy Centralnej – z wyjątkiem niektórych państw bałtyckich – jak na swój poziom zamożności mają wysoki udział sektora publicznego. Na ogół na świecie im bogatszy kraj, tym udział ten jest większy i szybciej rośnie. Nie znaczy to, że kraje, które dużo wydają na sektor publiczny dzięki temu stają się bogate. Odwrotnie: kraje stają się bogate i na skutek tego wzrasta popyt na różnego typu usługi, które tradycyjnie są świadczone przez rząd: edukację, służbę zdrowia itd., a teraz mogą być realizowane przez konkurencyjne firmy prywatne. W krajach postkomunistycznych owa relacja sektor publiczny/PKB jest wyższa niż dla krajów o takim samym poziomie PKB na głowę w reszcie świata.
Jeśli chodzi o Brytyjczyków: rzeczywiście znowu powiększa się tam zasięg sektora publicznego. Rząd zapewnia wprawdzie, że efektem ma być poprawa jakości takich usług, lecz nie jest to proste. Ostatni strajk strażaków dowodzi, że gdy mówi się zatrudnionym w państwowych firmach ludziom, iż ich firma dostanie z budżetu więcej środków, to efektem są żądania większych pensji, a nie lepsza praca. 

Niech wykupują!
Kolejnym straszakiem używanym w dyskusjach nad pozycją Polski w Unii jest wizja fali kapitału zagranicznego, który zaleje kraj, wykupi ojcowiznę i zmiecie rodzime przedsiębiorstwa. Sceptycy odpowiadają, że kto miał tu przyjechać z pieniędzmi i inwestować, to już zainwestował, panująca zaś teraz recesja inwestycjom nie sprzyja. 
– Napływ już trwa i będzie trwał – miejmy nadzieję, że coraz większy. Z tego należy się cieszyć, a nie martwić. Jeśli rodzime przedsiębiorstwa nie zostaną unowocześnione – na przykład dzięki kapitałowi zagranicznemu – szybko padną, kiedy przyjdzie im zmierzyć się z zachodnią konkurencją. To banał, a w Polsce niektórym wciąż go trzeba tłumaczyć. 
Trudno przewidzieć dokładnie, jak dużo kapitału się u nas pojawi. Kolosalne znaczenie ma wzrost gospodarczy – tak w Polsce, jak w świecie, bo to zawsze przyczynia się do napływu kapitału. Pamiętamy, że kiedy w latach 90. Polska notowała szybki wzrost, to spłynęła tu masa kapitału. Potem tempo wzrostu spadło, załamał się wzrost w Niemczech i skala inwestycji w Polsce się zmniejszyła. 
Czy możemy jednak liczyć na poprawę koniunktury?
– Możemy: poprawa będzie powolna, ale nastąpi. Napływ kapitału wywołuje wzrost wartości złotego. A ostatnio to siła naszej waluty, a nie jej słabość, jest naszym problemem. I zanosi się, że tak będzie przez długi czas. To dodatkowy powód, dla którego warto wstąpić do unii monetarnej: ona ochroni nas przed zbytnim wzmocnieniem złotówki.
Magnesem przyciągającym inwestorów mają być koszty pracy w Polsce. Inni argumentują, że wcale nie są one już tak niskie – zwłaszcza zważywszy na niską wydajność pracy. Czy właśnie wciąż nie najlepsza – w porównaniu do innych krajów – wydajność naszej pracy nie będzie najsilniejszym hamulcem w pogoni za innymi członkami Unii?
– Wydajność polskich pracowników może i nie jest najwyższa, ale istotna jest tu relacja między wydajnością pracy i jej kosztami. Ta zaś jest wciąż dla potencjalnych inwestorów korzystna, bo koszty pracy są wciąż stosunkowo niskie. 
Na decyzje inwestycyjne wpływa też otoczenie instytucjonalne i infrastruktura. Praca urzędów, funkcjonowanie systemu prawnego już teraz – jeszcze przed przyjęciem zasad unijnych – poprawia się, choć naturalnie wiele dziedzin wciąż leży odłogiem. Tak samo z wolna unowocześniana jest – m.in. dzięki pieniądzom, które Polska dostaje z Unii, pomimo że nie jest jeszcze jej członkiem – infrastruktura fizyczna: drogi, łączność itd. Przystąpienie do Unii tylko przyspieszy zmiany.
O ile Polska potrafi wykorzystać unijne fundusze na ten cel...
– ... i – paradoksalnie – o ile wszyscy nie będą od razu chcieli wykorzystać wszelkich uprawnień, jakie wynikają z unijnych regulacji. Bo, na przykład, formalnie w krajach członkowskich Unii pracownicy mają prawo wymagać od pracodawcy, by wyznaczył takie godziny pracy, które im odpowiadają. To kompletny absurd – nic dziwnego, że z wyjątkiem Niemiec nikt tego przepisu nie stosuje. Ale on istnieje i zawsze jest niebezpieczeństwo, że ktoś sobie o nim przypomni. W Polsce absurd sięgnąłby szczytu, ale na szczęście trudno sobie wyobrazić, że w sytuacji 18 procentowego bezrobocia, ktoś odważył się z tego powodu żądać od pracodawcy zmiany organizacji pracy.
Czy dostosowując się do standardów Unii natkniemy się na jakieś inne rafy i nonsensy?
– Bez wątpienia da się znaleźć wiele innych bezsensownych regulacji. Nie wiem choćby, czy wymóg, by każda krowa musiała być elektronicznie oznakowana, jest wielkim wkładem w szczęście ludzkości i gatunku krowiego.
W Polsce długo nadzwyczajną pozycję miały związki zawodowe, jako że główne centrale były oparciem dla głównych sił politycznych. Wpływ związków jednak zdecydowanie zmalał. Jak silne są dziś związki w krajach UE?
– Nie ma żadnych jednoznacznych tendencji. Pozycja związków jest więc różna. Na pewno straciły na wpływach we Włoszech. Z kolei w Wielkiej Brytanii rosną w siłę, bo rozwój gospodarczy – zwłaszcza tak gwałtowny i długo trwający, jak w Anglii – sprzyja spadkowi bezrobocia i rozbudzeniu apetytów, a to wzmacnia związki. 
Osobnym przypadkiem jest Francja, w której do związków należy wprawdzie niewielki odsetek pracowników, ale że najaktywniejsze są one w kluczowych branżach i mają silne związki polityczne, więc zdarza im się potrząsać państwem. 

UE: dalej na Wschód
Choć Polska znajdzie się w UE, nie przestanie sąsiadować z krajami powstałymi na gruzach ZSRR. Prof. Janusz Beksiak zwrócił ostatnio uwagę, że właśnie stosunki gospodarcze z szeroko rozumianym Wschodem mogą być najtrudniejszym wyzwaniem dla Polski po wstąpieniu do UE. W interesie politycznym III RP leży zacieśnianie więzi, także gospodarczych, z sąsiadami – zwłaszcza Ukrainą. Tymczasem nie dość, że relacje te są nader wątłe, to po wstąpieniu do Unii Polska stanie się jeszcze bardziej odległa dla potencjalnych partnerów ze Wschodu.
– To prawda, ale coś trzeba wybrać. Możemy naturalnie namawiać Unię, by kiedyś przyjęła do swego grona zreformowaną Ukrainę, zreformowaną Białoruś i, pewnie najszybciej, zreformowaną Rosję. Naprawdę: jest więcej niż możliwe, choć oczywiście nie na 100 proc. pewne, że za jakieś 10 lat Rosja będzie członkiem Unii Europejskiej. 
Ze względów politycznych czy gospodarczych?
– Z obu. Naturalnie Rosja wciąż walczy z wieloma problemami – tak politycznymi, jak gospodarczymi. Znamienne jednak, że w kilku sferach – choćby systemu podatkowego oraz restrukturyzacji hutnictwa i górnictwa – już dziś ma dużo bardziej liberalną gospodarkę niż Polska.
Zatem to, że w nieodległej przyszłości Rosja stanie się naszym partnerem w ramach UE, jest realną perspektywą. Wizja taka może być trudna dla wszystkich dużych krajów Unii, które uważają się za liderów wspólnoty – bo przecież Rosja nawet dla nich musi wydawać się kolosem. Dla Polski może to być wręcz paraliżujące – będziemy jednym z największych państw w Unii, a nadto mamy obciążenia historyczne w relacjach z Moskwą. Tym bardziej należy się do tego przygotować.
Jednak jeśli chodzi o nasze stosunki gospodarcze ze Wschodem, to przecież nikt nam nie przeszkadza handlować z sąsiadami. Owszem, przystąpienie do UE utrudni nieco import z tych krajów. Lecz na ogół orędownikom takiej polityki chodzi o eksport na Wschód i szukanie tam rynków zbytu dla polskich produktów. Tu dodatkowych barier nie będzie po wejściu do Unii. 
Co ważne: interesy na Wschodzie mają też inny wymiar. Wiadomo, jak silne są na Ukrainie i w Rosji związki między biznesem – czasem ocierającym się o świat przestępczy – a państwem i polityką. Chodzi nie tylko o korupcję na olbrzymią skalę, ale nawet o przechwytywanie państwa przez świat biznesu. W Polsce też mamy korupcję, a sumy, którymi dysponują panowie ze Wschodu są niewyobrażalne. Wchodząc bezkrytycznie w interesy z nimi, możemy natknąć się na ludzi, którzy są w stanie skorumpować polski system gospodarczy i państwowy, i to na skalę politycznie niebezpieczną. 
W polskim kapitalizmie zwykle wyróżnia się trzy sektory. Pierwszy – elita prywatnego biznesu, która spełnia już światowe standardy i, jak się ocenia, swobodnie daje sobie radę w otoczeniu rynkowym. Drugi – postsocjalistyczny, obejmuje wielkie branże w rodzaju górnictwa, zbrojeniówki czy hutnictwa, jest skostniały i przyzwyczajony do tego, żeby wyciągać rękę do państwa. Trzeci – szara strefa, kompletnie nieobliczalna: ma geniuszy, ale też mafiosów. Jak ta struktura polskiego kapitalizmu przełoży się na warunki unijne?
– W każdym kapitalizmie działają różni kapitaliści. Są wielcy menadżerowie i drobni przedsiębiorcy, zwolennicy skrajnie rynkowych rozwiązań i etatyści, wierzący z rolę państwa. Są biznesmeni uczciwi i oszuści. W Polsce jakość garniturów biznesmenów nadzwyczaj się przez te 12 lat rynku poprawiła. Ale uderza jedno: że sektor drobnych przedsiębiorców prywatnych, działających na pograniczu szarej strefy czuje niechęć bądź zawiść wobec sektora pierwszego – czyli też prywatnych, ale już lepiej prosperujących kolegów. 
Efektem jest jeden z zasadniczych problemów politycznych Polski: nie ma tu siły politycznej reprezentującej interesy wszystkich tych, którzy działają na rynku i nie są pod ochroną państwa. W Wielkiej Brytanii partią taką byli konserwatyści, scalający olbrzymią i różnorodną warstwę oraz walczący o jej prawa. W krajach Zachodu też zdarzało się, że drobni biznesmeni utożsamiali się z różnych powodów z partiami socjalistycznymi. Było to częste zwłaszcza w południowej Europie – we Włoszech, Grecji, Francji. Ostatnio jednak jest coraz rzadsze. 
Na szczęście w Polsce pierwszy i trzeci sektor gdzieniegdzie się zazębiają, jest więc nadzieja, że lepsze standardy przenikną w dół.

Ameryki nie dogonimy
Wśród politologów pojawiła się ostatnio teza o nowym podziale między Europą i Stanami Zjednoczonymi. Dotyczyć on ma m.in. gospodarki. Okazuje się, że choć Ameryka jest niekwestionowaną potęgą militarną, w dziedzinie ekonomii Europa podjęła rywalizację i to z niezłym skutkiem – na przykład w kwestii wydajności pracy. Jak takie wielkie gry mogą wpłynąć na gospodarkę Polski – członka Unii?
– Ciekawe skądinąd, że w latach 50. i 60., kiedy o żadnej rywalizacji nie było mowy, Europa też miała imponujące wyniki gospodarcze. Dziś płaszczyzna ekonomiczna jest jedyną – poza sferą idei – na której Europa może zmierzyć się ze Stanami Zjednoczonymi. Jednak – mimo wszystko – i w tej konkurencji Stary Kontynent nie ma chyba szans. Generalnie bowiem od początku lat 90. przepaść między Europą a Stanami Zjednoczonymi powiększa się i to znacząco. Po prostu: te dwa organizmy funkcjonują w odmienny sposób. Stany Zjednoczone mają ustalone granice i rozwijają się dzięki olbrzymiej imigracji – a to oznacza też ściąganie talentów i wzorców kulturowych z całego świata. Znaczenie ma też, że przyrost naturalny jest w Stanach znacznie wyższy niż w Europie. Bo Stary Kontynent się starzeje. 
Wprawdzie powiększanie się terytorium Europy – symbolem jest rozszerzanie się Unii – może być sposobem na odmłodzenie kontynentu i szansą na zwiększenie wydajności pracy. Czy jednak Europa jest w stanie ją wykorzystać? Na razie – z wyjątkiem Wielkiej Brytanii, Holandii i niektórych krajów skandynawskich – jest skostniała i zamknięta. Ma ogromne problemy z absorbowaniem imigrantów. Z południa to jest niemożliwe z powodów bezpieczeństwa. Byłoby możliwe ze wschodu, ale tu są bariery polityczne. Uznawana za sporą emigracja rosyjska i ukraińska na Półwyspie Iberyjskim jest niczym w porównaniu do emigracji rosyjskiej w Stanach Zjednoczonych. 
Dlatego trudno przypuszczać, by Europa mogła na dłuższą metę prześcignąć gospodarczo Stany Zjednoczone. Przeciwnie: póki nie zmieni struktury politycznej oraz nawyków i preferencji społecznych, nie ma szans.
A co do porównań wydajności pracy – to rzecz trudna do zmierzenia. W Europie wydajność wzrosła, tyle że jest to wynik m.in. wysokich kosztów pracy i co za tym idzie wysokiego poziomu bezrobocia – bo krańcowy zatrudniony musi zarobić na wiele dodatkowych obciążeń, co podwyższa przeciętną wydajność. Ci, którzy nie mogą tak wydajnie pracować po prostu w Europie pozostają bezrobotni, a w Ameryce znajdują zatrudnienie. 
Można też przypuszczać, że gdyby we Francji, która ma najlepiej wykształcone społeczeństwo ze wszystkich większych krajów Zachodu – istniał bardziej liberalny ustrój gospodarczy, wydajność pracy byłaby jeszcze wyższa. 
To, że Europa nie wygra w konkurencji gospodarczej z Ameryką, nie musi być powodem do rozpaczy. Przegranie z tak dynamicznym obszarem gospodarczym, jakim są Stany Zjednoczone, nie jest tragedią. Problemem jest co innego: że jesteśmy biedniejsi niż być musimy i że nasi biedni są biedniejsi niż być muszą. 
A pytanie brzmi: Co będzie za 20 lub 50 lat? Czy nasi biedni będą żyli lepiej, czy gorzej od biednych w Stanach? Ilu ich będzie? Niedawno Komisja Europejska wydała raport, w którym ostrzega, że bez daleko idących reform strukturalnych, w 2050 r. tempo wzrostu gospodarczego w Europie – na skutek starzenia się ludności naszego kontynentu – spadnie do połowy tempa uzyskiwanego w Stanach Zjednoczonych. O ile dziś gospodarka Europy odpowiada 80 proc. gospodarki Stanów, to wtedy skurczy się do 40 proc. amerykańskiej. Wprawdzie stopień nierówności w Stanach będzie prawdopodobnie znacznie wyższy niż na naszym kontynencie, ale wielu skrajnie dotąd biednych Meksykańczyków i Gwatemalczyków – przedostawszy się do Stanów – dojdzie do wyższego poziomu życia niż biedni w Europie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl