Recenzja znaleziona w „Tygodniku”

Paweł Potoroczyn



Drogi Trurlu, w czasie ostatniej podróży, do której tak mnie zachęcałeś, pobłądziłem nieco i trafiłem na planetę Ziemia. Pewnie nigdy bym Ci o tym nie wspomniał, ze wstydu czyli z próżności, gdyby nie to, że trafiłem tam na wielce interesujące znalezisko, które w dodatku ma niejaki związek z naszym dobrym znajomym. Pomyślałem, że opowiem ci o tym fakcie, znam wszak Twoje zamiłowanie do archeologii Wszystkiego.
Otóż podczas lądowania wznieciłem okropne tumany kurzu i wszelkich wykopalisk. Kiedy studziłem silniki, do wstecznego lusterka rakiety przyczepił się strzęp ziemskiej gazety o bohaterskiej - jak pamiętam z podręczników galaktycznej historii idei – nazwie „Tygodnik Powszechny”, datowanej na koniec roku 2002, który już na pierwszy rzut oka wydał mi się interesujący. Traktował bowiem o ekranizacji powieści – tak jest! – Stanisława Lema. (Zgaduję, że od tej chwili cieszę się Twoją całkowitą i niepodzielną uwagą). Nieznany Ci z pewnością bliżej niejaki Pravanoga dyskutuje tam prawo do adaptacji oraz industrialne aspekty własności intelektualnej we wczesnej epoce Szumu.
Wielkie to wyzwanie i osobliwie niebezpieczne, recenzować kolejną ziemską ekranizację „Solaris”, znając niechęć Lema (ówczesnego arcykolegi Pravanogi z łamów „Tygodnika”) do felietonizacji i wideoklipizacji jego prozy. Jak zresztą wiesz, do dziś mu nie przeszło. Męstwo to czy tupet – dość, że pisze Pravanoga: „Antycypuję gniew Lema i na Soderbergha, i na autorów wszelkich pochlebnych recenzji”. 
Następny akapit musze pominąć, bo go umazałem towotem. Za dużo molekuł wycisnęło mi się z tubki. Ale już w kolejnym czytam: „Nie znam autora, który byłby zadowolony z filmowej adaptacji. Prywatnie wygłaszane opinie Kundery czy Konwickiego nie dają się publicznie zacytować. Możemy się tylko domyślać co o Hasie miałby do powiedzenia Schulz, że nie wspomnę o Potockim”. Kompletnie nie rozumiem o co mu chodziło, uczony przyjacielu, ale generalnie się zgadzam.
Dalej jest chyba coś o kompleksach: „Zainteresowanie przemysłu filmowego jakimkolwiek naszym twórcą wywołuje natychmiastową sensację. W zainteresowaniu Lemem nie ma nic sensacyjnego. Raczej dziwić się trzeba, że tak rzadko i tak późno. Większość powieści Lema to gotowe scenariusze i to zdecydowanie lepsze od tego, co na co dzień można zobaczyć w pobliskim multikinie. Pamiętać jednak trzeba, że roczna podaż scenariuszy w samym tylko Hollywood to trzysta tysięcy sztuk. Po odjęciu weekendów i świąt – tysiąc dziennie. A filmów powstaje niewiele ponad tysiąc rocznie. To nie jest kultura, to jest kultura marketingu”. Będziesz mi musiał, Trurlu, objaśnić parę słów jak wrócę. Wygląda mi na to, że jakaś kupiecka rachuba na małej tej planetki jednym końcu, pociesznie zwanym Hollywood, budzi wrzawę niesłychaną na jej końcu drugim, równie pociesznie zwanym Planty.
O samym filmie pisze Pravanoga ciepło i przychylnie: „Jak skromnie i elegancko wypada na tym tle »Solaris« Soderbergha: żadnych orgii efektów specjalnych, czego można było spodziewać się w związku z obecnością Camerona (czy to przypadkiem nie ten sam, który mimo Twych poważnych ostrzeżeń przed terminatorami uczynił ich rozrywką dla ziemskiej gawiedzi?) Mimo obaw, że cała para pójdzie w cyfrowy gwizdek, film jest nadzwyczaj wstrzemięźliwy, w kategoriach Hollywood wręcz ascetyczny. Cały ciężar estetyczny i fabularny spoczywa na aktorach i samej fabule. Ta recepta sprawdza się niemal do końca filmu. Mimo »europejskiego« tempa, co w tutejszym mniemaniu bynajmniej nie jest komplementem, utrzymuje się atmosfera metafizycznej trwogi. Natasha McElhone (Rheya) jest dziwna, nieobecna i samobójcza. George Clooney (Kelvin), w niezwykłym dla siebie wcieleniu jest tak boleśnie wiarygodny, jak tylko wiarygodny może być psycholog, którego żona popełnia samobójstwo. Objawieniem jest Jeremy Davies jako Snow: odjechany, motorycznie na pograniczu paranoi i epilepsji, wystraszony, przebiegły czubek, który finezyjnie egzekwuje chwilową przewagę nad świeżo przybyłym Kelvinem”. Nieźle, przyznasz mój drogi, zważywszy, że ani autor recenzji, ani żaden z jej bohaterów nigdy na prawdziwym Solaris – ani nawet w pobliżu – nie byli. 
Następny kawałek pomijam, bo mi się stół kiwał, wiesz, że tego nie znoszę, musiałem coś podłożyć pod krótszą nogę. Dalej szło tak: „Asceza jest posunięta do tego stopnia, że – po odjęciu galaktycznej podróży – niewiele wydaje się łączyć film z science fiction. Ziemskie wnętrza nie mają w sobie nic na tyle nowoczesnego, czego nie można by znaleźć w domu Billa Gatesa, kostiumy bohaterów nie odstają od tego, co można zobaczyć na wybiegach dość konserwatywnych kreatorów mody, w naszych lodówkach trzymamy te same warzywa, co Kelvin. Z jednej strony uważam to za bardzo lemowskie z ducha – w umieszczonej choćby w najbardziej odległej przyszłości czy galaktyce scenerii zawsze odnajdujemy coś znajomego: kiwający się stół, poplamioną towotem gazetę, rakietę ze wstecznym lusterkiem. Z drugiej strony, czyż nie jest to czytelna wskazówka, że Solaris nie jest o lata świetlne stąd – wskazówka, że Solaris jest bliżej niż myśleliśmy, bardzo blisko, może nawet w nas, jak podświadomość (...) Jest tylko tak blisko, jak to, czego się boimy i aż tak daleko, jak to, czego pragniemy”. 
Z następnego fragmentu wnoszę, że ów Pravanoga pisał swoją relację z jakiejś szczególnej perspektywy, bo co chwilę uderza w ton dydaktyczny i próbuje oświecić czytelnika: „Prasa tutejsza przyjęła film życzliwie, nie widziałem ani jednej defintywnie złej recenzji, jedna była może nader powściągliwa, inna nieco ironiczna. »Solaris« istotnie nie okazała się przebojem kasowym, co przewidział krytyk »New York Times’a« podając aż nadto jasną tego przyczynę. Wchodzący do kin pod etykietką »science fiction« film jest niemal całkowicie pozbawiony tego, co przyciąga widzów tego gatunku – efektów specjalnych. W Hollywood trzeba mieć dużo charakteru, determinację prawdziwego artysty i ogromną władzę, żeby móc pozwolić sobie, by poświęcić kasę na rzecz estetycznej wizji. Już samo to jest wielkim hołdem dla Lema: jego powieść okazała się dla kilku wybitnych i wpływowych twórców warta walki z demonem ekonomii, z księgowym i akcjonariuszem”.
Tak się tym wzruszyłem, że musiałem sobie narwać ziela z donicy, którą przy iluminatorze zawsze trzymam. Opuszczam dwa akapity, niestety, aż tyle papieru trzeba na jednego zacnego skręta. Dalej czytam: „Soderbergh przez cały okres produkcji unikał prasy zbywając wszystkich odpowiedzią, że jego film będzie skrzyżowaniem »Odysei kosmicznej« i »Ostatniego tanga w Paryżu«. Pierwszych wywiadów zaczyna udzielać dopiero w okolicach premiery i w jednym z nich wylicza filmy, które stały się jego inspiracją. Nie ma tam już »Ostatniego tanga«, musiało się źle kojarzyć komisji Motion Pictures of America nadającej filmom kategorie wiekowe, od których film jest dozwolony. Różnica między »dozwolone od lat 14« a »dozwolone od lat 18« oznacza potencjalnie kilkanaście milionów widzów. Któż chciałby dobrowolnie z nich zrezygnować? »Ostatnie tango« zastępuje »Hiroszima, moja miłość«”.
Pamiętam, Trurlu, jak w Twojej własnej dysertacji o Lemie (zabieram ją w każdą podróż) pisałeś: „Najrozumniejsi Ziemianie powiadają, że prawdziwie wielka sztuka traktuje tylko o dwóch rzeczach (ich wiek dwudziesty dorzucił jeszcze jeden fundamentalny temat: wolność)”. Jak bardzo się z Tobą zgadzam, mądry druhu! Zmieniała się scenografia, zmieniały się konteksty i techniki narracyjne, zmieniały się planety i czasy, ale wątki ich największej literatury nieodmiennie pozostawały te same. „Soderbergh podąża za odkryciem Lema – kontynuuje Pravanoga – że dramat miłosny można umieścić w dekoracjach s-f. Tak jak wielkością Borowskiego (masz go może w swojej bibliotece, bo chętnie przeczytam?) jest odkrycie, że miłość można otoczyć drutem kolczastym i zagazować, a ona nadal będzie wielka i nieśmiertelna. Miłość, ta wielka i nieśmiertelna, jest najważniejsza na świecie, na tym, na tamtym, w obu naraz. Dla kina z jego technologicznym zaawansowaniem już od dawna nie dekoracje się liczą, bo te można wydigitalizować jakie dusza zapragnie, ale historia. Dla literatury i kina nie ma, nie było i nie będzie większego tematu, niż miłość i śmierć”.
Dalej Pravanoga wywodzi, że z Lema można wydestylować wszystko to, co jest jądrem każdej wiekopomnej literatury, bez znaczenia czy jest to science fiction, epicki romans, czy rapsodyczny kryminał: „W każdej interpretacji »Solaris« będzie wielką powieścią. I bez tej egzystencjalnej paraboli, bez metafizycznego lęku, bez psychoanalitycznych zaklęć, bez solipsyzmu bojaźni i drżenia będzie RÓWNIEŻ powieścią o monumentalnej miłości, bez względu na to, jak ważny czy nieważny był ten wątek dla Autora na początku pierwszego rozdziału i pod koniec ostatniego. Zamierzona, biblijna mnogość interpretacji wraca do Autora przebrana za wyrafinowaną love story”. Jako porte-parole Lema (zawsze Cię o to podejrzewałem) na pewno spotykasz go częściej. Przekaż mu, proszę, wyrazy otuchy.
Nie wiem jak się skończyła wersja Soderbergha, bo mi przebiegający opadal szczotkozaurus wyrwał kawałek gazety. Nie wiem nawet, czy Pravanoga streszcza zakończenie. Ale też, gdybym wiedział, nie powiedziałbym, żeby Ci nie psuć zabawy. Ostatni akapit u Pravanogi zaczynał się tak: „Boli zakończenie filmu, a właściwie jego brak, a właściwie nadmiar. Ma bowiem »Solaris« Soderbergha zakończenia trzy, według mojej miary – o dwa za dużo. Ani to Lem, ani Tarkowski, ani nawet rzetelna, hollywoodzka sacharyna. W ostatniej chwili tajemnica, wszechobecna groza i porywająca namiętność rozmieniają się na deja vu i coś w rodzaju taniej kieślowszczyzny, tak jakby reżyser spieszył się, żeby jednak coś sknocić”.
Nie wiem czy wypada nam, mądrzejszym o nieudaną ekranizację Einbergha (parodia hermeneutyki), mającym w pamięci mądrą adaptację Zweibergha (kafkowską z ducha) i wciąż dyskutującym wersję Dreibergha (na myśl przychodzą Swift i Cervantes), czy wypada nam szydzić z Pravanogi, że w jego czasach tumultu bez drogowskazów uznał za wartościową interpretację Soderbergha, który z całej powieści wybrał i sfilmował tylko tragiczny romans? I czy godzi się powiedzieć – „tylko”?
Wszystko razem, uczony przyjacielu, sprawia, że mam przeochotę w drodze powrotnej wpaść na Solaris i zobaczyć, jak to naprawdę tam wygląda.

Pozdrawiam serdecznie, Klapaucjusz

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl