Polska długa droga ku Zachodowi dobiega powoli końca.
Kto nam na niej pomagał, kto jest naszym sojusznikiem? 


Dziękujemy wam, przyjaciele!

Olaf Osica



A więc Polska wchodzi do Unii Europejskiej! W takiej chwili warto zadać pytanie: czy w biegu do członkostwa w zachodnich strukturach – najpierw przez wyjście z komunizmu, potem wejście do NATO i wreszcie do Unii – wypracowaliśmy sobie kapitał polityczny, który umożliwi nam wykorzystanie pojawiającej się dziś szansy? Czy Polska ma prawdziwych sojuszników – a więc czy jest również sojusznikiem dla innych krajów? Czy też, będąc w Unii, będzie musiała szukać szansy jedynie w dołączaniu się do doraźnych ,,koalicji”, w zależności od swych interesów?


Najdłuższy bieg w historii III RP dobiega końca. Po latach drążenia w unijnej skale, Polska usłyszała w końcu, że ,,Piętnastka” gotowa jest przyjąć ją do swego grona. Wszyscy jednak czujemy podskórnie, że ów koniec jest w istocie początkiem czegoś poważniejszego: dotąd Polska negocjowała członkostwo, teraz nadchodzi czas na mocne usadawianie się w Unii, czyli w polityce europejskiej. Tu zaś nasze miejsce będzie nie tylko funkcją pozycji w instytucjach brukselskich, ale i umiejętności współdziałania ze stolicami Europy, z którymi – jeśli wierzyć powtarzanym przez lata zapewnieniom – łączą nas więzi przyjaźni i długofalowe interesy. Pytanie o sojuszników nabiera szczególnego znaczenia, jeśli wziąć pod uwagę temperaturę finiszu negocjacji, które mogły zapewne zachwiać wiarą wielu, iż Polska może mieć w Europie solidnych i wiernych partnerów. 
Sojusze są nieodłącznymi towarzyszami naszych dziejów. Polska znikała z mapy Europy albo w wyniku spisku fałszywych sojuszników – z reguły byli to nasi mocarni sąsiedzi – albo wskutek zdrady tych, którzy przyrzekali pomoc. Zrodził się nawet mit „sojusznika”, który miał być niczym najbardziej oddany przyjaciel, gotów poświęcić życie dla wypełnienia zobowiązań – tak pojmowano bowiem rolę Polski w historii Europy. W sojusznikach chcieliśmy bardziej widzieć swe odbicie, niż dostrzec ich rzeczywiste możliwości i polityczne uwarunkowania. Bycie sojusznikiem Polski jawiło się zatem jako jedno z bardziej niewdzięcznych zadań, jakie można było sobie wyobrazić.

1989: sukces i nadzieje 
Z tym bagażem polityka polska weszła w lata 90. Choć odzyskaliśmy niepodległość, to jej podatność na zewnętrzne wstrząsy zmuszała do szukania partnerów, którzy mogliby przyczynić się do jej utrwalenia. Także dla tradycyjnych partnerów – Anglii i Francji – oraz sojusznika in spe, Republiki Federalnej, koniec ,,zimnej wojny” był zarówno czasem nowego rozdania kart, jak i pojawienia się nowych obaw: lata 1989-90 oznaczały załamanie się wpływów jednych państw i ogromny wzrost znaczenia innych, a triumf wolności w Europie środkowej i Wschodniej mógł, paradoksalnie, przynieść jej destabilizację. Tak jak my potrzebowaliśmy sojuszników, tak oni – choć z różnych względów – zainteresowani byli nami.
Problemem numer jeden było wówczas zjednoczenie Niemiec, które – także dla Polski – zakończyło się sukcesem. Jego źródłem (warto o tym dziś pamiętać) nie była siła, w znaczeniu potęgi państwa, lecz posiadanie wyznaczonego celu i umiejętności uczynienia go wspólnym z resztą Europy. Chcieliśmy Niemiec zjednoczonych, które zostaną w NATO, a jednocześnie będą stabilizować i wzmacniać polityczną spójność kontynentu. Dzięki temu Polska zyskała wdzięczność sporej części niemieckiej klasy politycznej, a kapitał ten z powodzeniem wykorzystano później przy staraniach o członkostwo w NATO i UE. Choć proklamowana wówczas polsko-niemiecka „wspólnota interesów” wydaje się być dziś eksponatem muzealnym, do pewnego momentu pełniła rolę zawołania, za pomocą którego można było rozwijać ponadprzeciętne stosunki z Niemcami i przypominać strategiczne cele współpracy. Drugi postulat zbliżył nas – niestety, na krótko – do Paryża, a także Londynu, z których wsparcia korzystaliśmy przez cały okres rokowań „2 + 4” (o warunkach jedności Niemiec).
Efekty były zatem – biorąc pod uwagę wyjściową pozycję Polski – bardzo dobre. Warszawie udało się zaistnieć w Europie jako partnerowi wartościowemu i interesującemu, czego potwierdzeniem było uruchomienie dyskusji o rozszerzeniu NATO, a także zakończone sukcesem starania o uzyskanie statusu kraju kandydującego do Unii. Nadzieje wiązano też z narodzinami Trójkąta Weimarskiego, który miał stać się wyrazem nowego myślenia o konstelacji Europy. Już pod koniec pierwszej połowy lat 90. sytuacja zaczęła się jednak komplikować. 

Kohl-Chirac-Jelcyn 
Zaskoczeniem – jeśli wspomnieć historię wzajemnych stosunków – było praktyczne zniknięcie z polskiej polityki zagranicznej Wielkiej Brytanii. Była to konsekwencja postawy Londynu, która aż do momentu objęcia władzy przez Tony’ego Blaira w 1998 r. wyrażała się daleko posuniętym brakiem zainteresowania sprawami kontynentu. Jako unijny outsider i strategiczny partner USA w Europie, Londyn bardziej pilnował równowagi w łonie NATO niż prowadził aktywną politykę, zwłaszcza w Europie środkowej. Paradoksalnie, dzięki pozostawaniu w cieniu europejskich sporów, polityka brytyjska zyskała opinię sprzyjającej polskim aspiracjom do NATO i UE. W rzeczywistości Londyn przez długi czas był przeciwnikiem przyjęcia do Sojuszu nowych państw i twierdził, że spowoduje to osłabienie potencjału militarnego NATO i spadek jego znaczenia. Z tego samego powodu Brytyjczycy wspierali rozszerzenie Unii, w którym widzieli szanse na osłabienie tendencji integracyjnych i zatrzymanie rozwoju UE na etapie wspólnego rynku.
Coraz trudniej układały się natomiast relacje Polski z Niemcami i Francją. Problemy zaczęły się, gdy po okresie szoku wywołanego upadkiem komunizmu i rozpadem ZSRR nadszedł czas tworzenia nowych projektów. Gdy oferowany przez politykę polską produkt – stabilność polityczna wsparta na koniunkturze gospodarczej i nie obarczone konfliktami stosunki z sąsiadami – opatrzył się, wyszło na jaw, że pod wieloma względami Polskę łączyła z Francją i Niemcami bardziej chęć likwidacji starego porządku niż zgoda co do kształtu nowego. 
Przykładem tego były odmienne poglądy na temat roli i miejsca Rosji w bezpieczeństwie europejskim. Francji i Niemcom zależało na wypracowaniu nowej formuły kontaktów z Rosją. Wynikało to nie tylko ze względów ekonomicznych, ale i przekonania – głównie polityków niemieckich – że rozszerzaniu NATO musi towarzyszyć gotowość zrozumienia obaw rosyjskich i wyjścia im naprzeciw. Stąd plany wzmocnienia roli Konferencji (obecnie Organizacji) Bezpieczeństwa w Europie, a także – ku niezadowoleniu Warszawy – obojętność na działania Rosji wobec Ukrainy. W Polsce postawa ta była odbierana jako wyraz podatności obu państw na propagandę Kremla, lub też dążenie do odnowy tradycyjnych relacji między dawnymi partnerami, co politykom polskim nie mogło kojarzyć się dobrze. Choć słynne spotkania w trójkącie Kohl-Chirac-Jelcyn stanowiły dla Polski bardziej problem psychologiczny niż polityczny, niewielka skłonność obu sojuszników do wzięcia go pod uwagę była już sygnałem zdecydowanie politycznym.

Francja: „ani franka!”
Najszybszy i najgłębszy był proces rozchodzenia się perspektyw Warszawy i Paryża, choć równie dobrze można by przekonywać, iż problemem było to, że nigdy się one na dobrą sprawę nie zeszły. Od początku lat 90. nad Sekwaną wyczuwalna była obawa, iż zmiany w Europie po 1989 r. nie tylko wzmocnią pozycję Niemiec kosztem Francji, ale i osłabią dynamikę politycznej integracji kontynentu. Paryż starał się wprawdzie jak mógł, by utrwalić w Polsce sympatię wobec siebie (pamiętne przemówienie Chiraca w Sejmie, w którym podał on 2000 r. jak datę członkostwa Polski w Unii), ale francuskie zaangażowanie w sprawy rozszerzenia nigdy nie dorównało wysiłkom na rzecz silniejszego związania Niemiec z Unią oraz zachowania jej elitarności.
Listę problemów uzupełniły rozbieżności w sprawach bezpieczeństwa. Polska, gdy tylko zorientowała się, że tzw. „królewska droga” – od UE przez Unię Zachodnioeuropejską (UZE) do NATO – nie ma wyraźnego początku, nie mówiąc o końcu, wyraźnie postawiła na współpracę z Waszyngtonem. Choć była to decyzja racjonalna, towarzyszyło jej zapomnienie o symbolizowanym przez UZE europejskim wymiarze Sojuszu, a zatem i obawach Francji związanych z wpływem rozszerzenia NATO na przyszłość tego projektu. Paryż z kolei bezskutecznie forsował przyjęcie do Sojuszu Rumunii, co w Warszawie odebrano jako próbę opóźnienia procesu rozszerzenia. Skończyło się to niefortunną (źródła polskie) lub zniekształconą (źródła francuskie) wypowiedzią ministra obrony Francji na szczycie w Madrycie w lipcu 1997, że Francja nie da ani franka na rozszerzenie NATO. Podobny scenariusz rozegrał się 2 lata później na szczycie UE w Helsinkach, kiedy Polska wyraziła zaniepokojenie (źródła polskie) lub sprzeciw (źródła francuskie) wobec budowy postulowanej przez Francję europejskiej polityki bezpieczeństwa i obrony.

Niemcy: pragmatyzm i spory
Kontakty między Warszawą a Berlinem układały się zdecydowanie lepiej. Ale po przystąpieniu Polski do NATO, w czym była ogromna zasługa koalicji chadecko-liberalnej, a zwłaszcza ministra obrony Volkera Rühe, temperatura opadła. Nie zmienił tego krótki okres niepewności, związany z powstaniem rządu SPD-Zieloni Gerharda Schrödera. Różnice zdań w sprawie doktryny NATO – nowy szef MSZ Joschka Fischer zaproponował, by Sojusz zrezygnował z prawa do użycia jako pierwszy arsenału atomowego – a także przyszłości Sojuszu i relacji z Rosją zaginęły szybko w ferworze przygotowań do interwencji w Kosowie. Współpraca stała się wprawdzie bardziej pragmatyczna – skoncentrowano się na sprawach wojskowych – ale widoczny był brak pomysłów na znalezienie wspólnego projektu, który swym znaczeniem dorównywałby rozszerzeniu NATO. Nie mogło nim być drugie rozszerzenie NATO, które dla Niemiec nie było tak ważne jak dla Polski; rozwój europejskiej polityki obronnej wyznaczały Londyn i Paryż, a wobec tarć między Europą a USA oba państwa prezentowały odmienne punkty widzenia. 
Zdecydowanie gorzej kształtowało się natomiast polsko-niemieckie współdziałanie w rozszerzaniu UE, które stawało się ofiarą narastającej po obu stronach irytacji. Jej źródłem było tempo negocjacji i kwestie związane z przepływem siły roboczej, zakupem ziemi oraz zasad finansowych rozszerzenia. Politykom niemieckim, którzy przyjęli rolę adwokata Polski, coraz gorzej przychodziło wywiązywanie się z niej. Liczba sprzeczności, w jakie Berlin popadł, była imponująca. Z jednej strony starano się zachować równowagę między procesem otwierania Unii a pogłębianiem integracji. Jednocześnie jako warunek przyjęcia nowych państw kanclerz Kohl postulował głęboką reformę funkcjonowania Wspólnoty. A wszystko to miało zadowolić i Polskę, jako głównego partnera na wschodzie, i Francję, bez której żadna z reform nie mogła się dokonać. 
Dla Polski sprzeczności te były oczywiste, ale wiara w siłę polityki niemieckiej (i przekonanie, że Niemcom zależy – także ze względów historycznych – na wywiązaniu się ze swych obietnic) była niezachwiana. Okazało się jednak, że Berlin nie był w stanie przeprowadzić do końca żadnego ze swych zamierzeń, a powodem było nie tyle wspomniane rozdarcie, ile problemy wewnętrzne. Niemcy chciały reformować Europę, ale nie własne państwo – tymczasem jedno zależało od drugiego. W efekcie motor francusko-niemiecki krztusił się, a na linii Warszawa-Berlin rosło zniecierpliwienie. 
Gdy w końcu nastąpił przełom i Schröder porozumiał się w październiku z Chirakiem w sprawie finansów rozszerzenia, kompromis ten nie spotkał się (najdelikatniej mówiąc) z przychylnym przyjęciem Warszawy. I trudno się temu dziwić. Konia z rzędem temu, kto pojmie sens przyjętej przez Berlin strategii oszczędzania na rozszerzeniu (by uczynić je strawniejszym dla swych obywateli) przy jednoczesnym podnoszeniu u siebie podatków (co obywatele i tak odbiorą jako jeden z efektów rozszerzenia). Z kolei stoicki spokój Francji, która – podobnie jak kraje południa Europy – popiera każde rozszerzenie, byle nie stracić na tym finansowo, nigdy nie miał nad Wisłą dobrej opinii. Z „francuską arogancją, brytyjskim eurosceptycyzmem i hiszpańską bezwzględnością” Polska grała zatem do końca va banque, traktując kompromisową propozycję Danii, na którą nie chciały zgodzić się Niemcy i Francja, jako... punkt wyjścia do dalszych negocjacji. Był to finisz na miarę całej minionej dekady.

Sojusznicy, jakich trzeba
Nauka, jaka wydaje się płynąć z powyższych rozważań dowodzi, że choć posiadanie sojuszników nie gwarantowało sukcesu, to bez nich Polska nie mogłaby osiągnąć żadnego ze swych najważniejszych celów. Stwierdzenie banalne, ale warto o nim pamiętać. Finalizowaniu wchodzenia do Unii towarzyszy bowiem fala zwątpienia w sens całego przedsięwzięcia. Nawet słuszne niekiedy oskarżanie Europy o małoduszność i postrzeganie rozszerzenia przez pryzmat kwot mlecznych nie ma jednak sensu. W końcu to nie wina Berlina czy Paryża, że wejście do Unii ma nam zrekompensować coraz większe przekonanie o wszechobecnej beznadziei w naszym własnym kraju, niechęć do jego reformowania. 
Tymczasem od tego, jak zinterpretujemy korzyści i straty wywołane członkostwem, zależy przecież nie tylko nasze samopoczucie, ale i możliwość oddziaływania w Europie. Jeśli nie będziemy potrafili oprzeć się pokusie wzięcia rewanżu za pozbawienie nas sporych pieniędzy, trudno będzie o odbudowę nadwerężonych relacji z Niemcami czy stworzenie wreszcie szansy na współdziałanie z Francją (a być może i Wielką Brytanią, gdy ta przekona się, iż Europa jest jej przeznaczeniem). Bo choć formalnie sojuszników w Europie mamy wielu, dla zwiększenia naszego politycznego znaczenia potrzebujemy głównie tych nad Szprewą i Sekwaną. 
Tak jak potrzebowaliśmy ich na początku lat 90., gdy członkostwo w NATO i Unii wydawało się jeszcze poza naszym zasięgiem.

Olaf Osica jest politologiem i publicystą, współpracuje z Centrum Stosunków Międzynarodowych w Warszawie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl