Niechciane książeczki Dr. Seussa


Perły w chlewiku

Joanna Olech



Trzej mądrzy angliści zapytani, jak należy wymawiać nazwisko Dr. Seuss, udzielili trzech różnych odpowiedzi. Wybieram „doktora Zojsa”. Nie śmiem zgadywać, jak Amerykanie wymawiają nazwisko „Barańczak” – być może na więcej niż trzy sposoby...


W mojej głowie te dwa trudne nazwiska zespoliły się na zawsze. Amerykanin wychowany w rodzinie niemieckich imigrantów i Polak wykładający na amerykańskim uniwersytecie – każdy z nich genialny na swój sposób, a razem pomnażający geniusz w dwójnasób...
Dr. Seuss, a właściwie ukrywający się pod tym pseudonimem Theodor Geisel, urodził się na początku ubiegłego wieku w amerykańskim stanie Massachusetts. Jako nastolatek wyjechał na studia do Oxfordu, gdzie wkrótce pogrzebał nadzieje rodziców na akademicką karierę. Poniechawszy studiów przywiózł z Anglii żonę – późniejszą autorkę książek dla dzieci i wydawcę w jednej osobie. Po powrocie został gazetowym rysownikiem satyrycznym, a z czasem zajął się projektowaniem reklam dla producenta środków owadobójczych. 

Samozwańczy doktor
Przekroczywszy trzydziestkę napisał swoją pierwszą książkę dla dzieci pod tytułem „And To Think That I Mulberry Street”. Do swojego drugiego imienia (Seuss) dodał literki Dr., spełniając poniekąd ambicje mamy, i tak uzbrojony ruszył na poszukiwanie wydawcy. Odrzucona przez 28 (!) wydawców książka ukazała się na koniec w oficynie Random House. Jak twierdzi blisko 70 lat później szef wydawnictwa – była to najszczęśliwsza decyzja w historii przedsiębiorstwa. Do dnia dzisiejszego książki Dr. Seussa wydrukowano w przeszło 200 milionach egzemplarzy. 
Wiadomość o dwudziestu ośmiu nie dość przewidujących wydawcach jest dla mnie źródłem nieustającej otuchy. Wyobraźnia podsuwa mi taki oto obrazek – przemądrzałe mole wydawnicze pochylają się nad dziwnymi, antyestetycznymi rysunkami Dr. Seussa, mamroczą na głos jego absurdalne frazy i na koniec orzekają: „To się nie spodoba, nikt tego nie kupi!”. Lis nie jest dla nich dość lisi, kot nie dość koci, a język... toż to język można sobie złamać na takiej oto strofce: „Knox in box. / Fox in socks. / Knox on fox / in socks in box...” 
Tymczasem wbrew zdrowemu rozsądkowi wydawców z książki na książkę Dr. Seuss osiągał coraz większą sławę, aż został amerykańskim Brzechwą, o tyle szczęśliwszym od naszego, że wydawanym w 20 językach. Wkrótce dostrzeżono także edukacyjne walory książek Dr. Seussa – zostały one napisane językiem prostym, prymarnym, zawierającym niewiele ponad 200 słów, tyle właśnie, ile pomieści głowa sześciolatka, podejmującego pierwsze samodzielne próby czytania. Dr. Seuss żongluje tymi dwustu słowami ze zręcznością Kota Prota, który tak oto się przechwala:

Skąd ten lęk, Rybko Złota?,
Zabrzmiał bas Kota Prota. 
– Spójrz, co robię z twym słojem:
Z niewzruszonym spokojem
Umiem go w rytmie polki
Wziąć na szpic parasolki,
Stojąc przy tym na piłce,
I o żadnej omyłce
Mowy nie ma w tej sprawie,
Choć zarazem się bawię
Książką w sztywnej oprawie – 
Zwłaszcza kiedy postawię
Na cylindrze ze dwie
Filiżanki z fajansu
Dla lepszego balansu:
Nic prostszego, no nie?


A to jeszcze nie wszystko! 
– rzekł nam słynny Kot Prot.
– Całe to widowisko
Zaraz urozmaicą
Garnek zupy z kopystką, 
Taca, fikus z donicą, 
Druga książka, tort, młot,
Puszka groszku i szprot:
Puszczę w ruch wszystko razem,
Posilając się zrazem, 
Popijając też kefir, 
Tańcząc zwiewnie jak zefir
I tłumacząc zjawisko
Zórz polarnych. To wszystko, 
Pomyśleliście? Skąd! 
Taki wniosek to błąd!


Syjamscy bracia
Autor nie dożył dnia, kiedy Stanisław Barańczak sięgnął po jego książki i spolszczył je genialnie (notabene przekraczając ramy języka prymarnego). Odtąd Barańczak i Dr. Seuss, czy tego chcą, czy nie – stali się rodzeństwem syjamskim (jak Alan Alexander Milne i Irena Tuwim). 
Dzięki wydawnictwu Media Rodzina of Poznań w latach 1995-96 ukazały się u nas dwie najsłynniejsze książki Dr. Seussa – wspomniany wyżej „Kot Prot” („Cat in the Hat” – 1957) i „Słoń, który wysiedział jajko” („Horton Hatches the Egg” – 1940) w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka. W obu książkach wydawca zamieścił na końcu tekst oryginalny, co daje okazję do emocjonujących porównań. 
I tak na stronie 16 „Słonia...” wersja angielska (z zaznaczonymi akcentami) brzmi:

But Mayzie, by this time, was far beyond reach,
Enjoying the sunshine way off in Palm Beach, 
And having such fun, such a wonderful rest, 
Decides she’d NEVER go back to her nest!


Co tłumacz przełożył następująco:

Grzebieluchę jednakże w tym dokładnie momencie
Pochłaniało odmienne najzupełniej zajęcie, 
Mianowicie leżenie pod palmami Florydy
Oraz kontemplowanie swej moralnej ohydy:
„Tak mi dobrze na plaży! Dość mam słoniów i jaj!
Po co wracać do gniazda i opuszczać ten raj?...”


Nawet ja, głąb lingwistyczny, dostrzegam różnicę pomiędzy prostą rymowanką oryginału a wyrafinowaną składnią Barańczaka. I dzięki mu za to, bo gdyby tłumacz trzymał się konsekwentnie języka sześciolatka, nigdy nie powstałby wers o kontemplowaniu przez ptaka Grzebieluchę własnej moralnej ohydy. 

Absurd i prostota
Jak zatem powtórzyć amerykański sukces książek Theo Geisela? Wzięłam pod lupę magnetyczny wdzięk Dr. Seussa i wyłuskałam dwie kardynalne zalety. Pierwsza to absurdalny humor, druga to prostota. Od lat powtarzam jak papuga, że ABSURD jest witaminą i zdrową żywnością każdego dziecka. Absurd na potrzeby dzieci wynaleźli Anglicy – bez absurdu nie byłoby Dziesięciorga Murzyniątek, ani Alicji w Krainie Czarów, ani Pana Leara i jego Dżambli pływających w sicie. Dzieci w lot chwytają absurdalne żarty i na nich uczą się zasad literackiej przenośni, poetyckiej metafory. 
Druga zaleta Dr. Seussa to prostota. Proste koncepty, prosty rysunek, czytelna zasada książeczek. Wszystkie zaczynają się niewinnie, w jakiejś znanej dzieciom rzeczywistości. Dwie kartki dalej pojawiają się pierwsze znamiona głupstwa, bzdury, niedorzecznej przygody... Bzdura mnoży się, narasta, absurd nadyma jak balon, a kiedy stężenie andronów osiąga masę krytyczną – balon nie pęka z hukiem, tylko upuszcza powietrze i autor podsuwa nam zabawną, paradoksalną puentę. Seuss jest moralizatorski, ale jego pedagogiczne ambicje są dobrze zamaskowane, nie trącą dydaktycznym smrodkiem, tylko słodką perfumą tolerancji. 
„Słoń, który wysiedział jajko” to opowieść o skrajnie nieodpowiedzialnym ptaku Grzebielusze (zwanym też Podpuszczajką), który powierza swoje jajko koledze i oddala się niefrasobliwie na długie, wielomiesięczne wakacje. Wrobiony w niechciane ojcostwo słoń znosi wszystkie niedogodności związane z wysiadywaniem, puszcza mimo uszu niewybredne żarty, marznie i moknie na deszczu, a nawet ryzykuje życiem dla powierzonego swojej opiece jajka... Kiedy na koniec skorupka pęka i już, już ma się wykluć pisklę – wredna Grzebielucha pojawia się i upomina o swoją progeniturę. Ale oto pisklę okazuje się mieć słoniową trąbę, kły i wielkie uszyska... Grzebielucha odfruwa jak niepyszna, a słoń z pisklęciem – słoniątkiem żyją długo i szczęśliwie.
Moralizatorskie intencje Dr. Seussa nie są wyłożone wprost, zdradza je jedynie zwrotka, powtarzająca się jak refren: „Ale ja dałem słowo... / A gdy słowo słoń da, / Na sto procent dotrzyma / Albo nawet sto dwa!”. 
Osobną kategorię książek Dr. Seussa stanowią „wierszyki łamiące języki” (że posłużę się sformułowaniem Małgorzaty Strzałkowskiej) – kapitalne rymowanki złożone z wyrazów o podobnym brzmieniu – amerykański odpowiednik naszego „chrząszcza, co brzmi w trzcinie”, tyle że w dziesiątkach komicznych wariantów. „Fox in Socks” jest takiej rymowanki najwybitniejszym przykładem i powinien być lekturą obowiązkową wszystkich szkół, gdzie dzieci uczą się języka angielskiego. Książka zawiera karkołomne zbitki prostych wyrazów. Nie bez powodu autor poprzedził ją adnotacją: „Take it Slowly. This Book is Dangerous”. 

Doktor niechciany
Mamy oto skarb – kapitalne książki w genialnym spolszczeniu. Mamy odpowiednik „Kubusia Puchatka” w przekładzie Ireny Tuwim – mariaż idealny. Żeby użyć żargonu Złych Marketingowców – mamy fantastyczny produkt, który miał szansę zaistnieć jako zbawienna odmiana na zmurszałej liście lektur szkolnych. Z całym szacunkiem dla Ani z Zielonego Wzgórza, ale mogłaby się posunąć i zrobić miejsce koledze, co wysiedział jajko!
Tymczasem gdzie znajdziemy Kota Prota i Słonia Konstantego? Na wysypisku książek niechcianych, w młynach papierni, które mielą z tą samą bezwzględnością grafomanów i wieszczy. Wydane przez Media Rodzinę książki Dr. Seussa nie znalazły nabywców i zniknęły z oferty wydawnictwa! To jest horrendum! To jest blamaż, to jest skandal i groza! 
Rynek książki dla dzieci spetryfikował się w kształcie dawno minionym. „Gazeta Wyborcza” chwalebnie stara się go obudzić ze snu stuletniego, uruchamiając program promowania książek dla dzieci. Ale ilekroć, w szlachetnej intencji, wyciągnie jakiegoś docenta dzieciologii z rękawa, ten bredzi koszałki opałki o Sierotce Marysi. Czy można mówić o żywym rynku książki odwołując się stale do lektur ze stuletnią brodą? Dr. Seuss jest w grobie, ale zza grobu fika żwawiej niż nasi literaccy nieboszczycy. W Polsce ukazują się ciągle nowe książki dla dzieci... i przechodzą bez echa. Mamy swojego Seussa – nazywa się Jeremi Przybora. Kto z państwa czytał jego znakomite libretto do musicalu „Piotruś Pan”? Dlaczego nie ma go w księgarniach? Dlaczego autor książki dla dzieci nie doczeka się nominacji do Nike, choćby żył wiek?
Zza dobrze prosperującego rynku książek dla dorosłych nie widać smutku i tandety rynku książek dla dzieci – nie widać marnych tekstów, koszmarnych okładek i głupiej redakcyjnej cenzury, która każdy psikus autorski bierze pod lupę i obraca w solenną, pedagogiczną nudę. Dr. Seuss, choć stuletni i martwy – wedle polskich standardów powagi jest nadal zbyt frywolny. Dobrze wam tak, nudziarze – wychowujcie małe, nudne dzieci, a one z czasem przyłożą wam pilotem od telewizora!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl