Piwo Thomasa Mertona

Stanisław Obirek SJ



Tak naprawdę piwo było dla Mertona tylko pretekstem do nawiązywania kontaktów z ludźmi. Niekiedy wyrzucał sobie, że za dużo wypił czy zjadł, ale w istocie ogarnięty był jedną pasją – Bogiem.
Można nawet powiedzieć, że był pijany Bogiem, pragnął Go ujrzeć za wszelką cenę. To pragnienie zostało zaspokojone w zetknięciu ze skalnym wizerunkiem Buddy.



Poznałem jego książki późno, już w czasie studiów. Pamiętam, że mnie zaciekawił, ale nie mogę powiedzieć, żeby mną wstrząsnął albo żeby mnie ukształtował.
Poza tym jego „Dziennik” był jeszcze wówczas niedostępny. Dopiero później dowiedziałem się, że sam Merton miał duży dystans do swoich ascetycznych książek, prawie w całości się od nich odżegnywał, wyrzucając sobie duchową próżność, a nawet swoiste poczucie wyższości, wcale niedalekie od pychy...
Tak więc nieświadom tego przewartościowania, w dobrej wierze czytałem „Siedmiopiętrową górę”, „Nikt nie jest samotną wyspą” czy „Znak Jonasza”. Te książki „dało się czytać”. Ich autor nie uciekał w czczą i irytującą nowomowę pobożnych dywagacji. Pisał o szczęściu, które daje poczucie obecności Boga, odwoływał się do Biblii, tradycji monastycznej i klasyków mistyki chrześcijańskiej. Nie moralizował, lecz dzielił się tym, co dla niego w tej tradycji było ważne.
Wtedy zajmowały mnie jednak książki mniej pobożne, wszak głębiej, jak mi się wydawało, zanurzone w rodzimą tradycję i bliższą mi historię. Zbyt bolesne i nazbyt odczuwalne konsekwencje poczdamskich i jałtańskich decyzji sprawiły, że instynktownie niemal szukałem głosów nazywających to, czym żyliśmy. Problemy Tomasza Mertona nie były moimi problemami.
Dopiero niedawno powróciłem do jego pisarstwa za sprawą „Dzienników”, poezji i esejów literackich, a nade wszystko Mertonowskiej fascynacji Wschodem, zwłaszcza buddyzmem. Nie mogę nie wspomnieć o jego korespondencji z Czesławem Miłoszem. Nie jestem pewien, czy jest to ten sam Merton, mnie jest on w każdym razie bliższy. To Merton szukający, zagubiony, skłócony ze swoim przełożonym, z Kościołem hierarchicznym, nie rozumiejący niezbędnych jakoby kompromisów. A jednak trwający i w zakonie, i w Kościele. 
„Dziennik” Mertona jest bogaty, dlatego musiałem na coś się zdecydować. Wybrałem dwa wątki: pragnienie Boga i napięcie wobec instytucji Kościoła. Śledząc zmagania Tomasza Mertona, zwłaszcza w ostatnich latach, jesteśmy nie tylko świadkami jego przerwanych przedwczesną śmiercią poszukiwań, ale zaczynamy sami zadawać sobie pytania, kim jesteśmy, kim jest dla nas Bóg i jaką rolę w naszym życiu odgrywa Kościół.

Dotknąć Rzeczywistości
Patrick Hart, sekretarz trapisty-myśliciela słusznie sądzi, że poszukiwanie samotności „jest przewodnim motywem wszystkich pism Mertona, a zwłaszcza jego »Dzienników«”, wszak nie o samotność mnichowi chodziło, ale o Boga. Zacznę może od końca, od iluminacji, jaką Merton przeżył na sześć dni przed śmiercią. Zwiedzając Polonnaruwę na Cejlonie, kontemplując posągi Buddy zaskoczony był przeżyciem odmieniającym jego spojrzenie na otaczającą rzeczywistość. Pisał: „Gdy tak patrzyłem na te posągi, zostałem nagle, niemal przemocą, odarty ze zwykłego, na wpół ograniczonego sposobu widzenia rzeczy i jakaś wewnętrzna klarowność, przejrzystość, eksplodująca jakby z wnętrza samych skał stała się widoczna i oczywista. (...) Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek w życiu miał tak silne poczucie piękna i mocy duchowej, połączonych ze sobą w estetycznej iluminacji. Jest oczywiste, że dzięki Mahabalipuram i Polonnaruwie moja azjatycka pielgrzymka znalazła wyjaśnienie i oczyszczenie. To znaczy, wiem i zobaczyłem to, czego w niejasny sposób szukałem. Nie wiem, co jeszcze pozostaje, ale zobaczyłem i przebiłem się przez powierzchnię i dotarłem w głąb, poza cień i przebranie. To jest Azja w całej swojej czystości, nie zagrzebana pod śmieciami, ani azjatyckimi, ani europejskimi, ani amerykańskimi, i jest oczywista, czysta, kompletna. Mówi wszystko, nie brak jej niczego”.
Powtórzmy raz jeszcze: „Nie wiem, co jeszcze pozostaje, ale zobaczyłem i przebiłem się przez powierzchnię i dotarłem w głąb, poza cień i przebranie”. Czy przesadą będzie stwierdzenie, że w tym momencie Merton osiągnął cel życia? Wydaje mi się, że właśnie tak się stało. Przypomina mi to inne przeżycie mistyczne, o którym mówi św. Ignacy Loyola w swojej autobiografii: „I kiedy tak szedł zatopiony w swoich modlitwach, usiadł na chwilę zwrócony twarzą ku rzece, która płynęła głęboko w dole. I gdy tam tak siedział, zaczęły się otwierać oczy jego umysłu. Nie znaczy to, że oglądał jakąś wizję, ale że zrozumiał i poznał wiele rzeczy tak duchowych, jak i odnoszących się do wiary i wiedzy. A stało się to w tak wielkim świetle, że wszystko wydało mu się nowe. To, co wtedy pojął, nie da się szczegółowo wyjaśnić, choć było tego bardzo wiele”. Ignacy dodaje bardzo znamienny komentarz do swojej wizji, która tak naprawdę (jak u Mertona zresztą) wizją nie była: „Otrzymał wtedy tak wielką jasność dla umysłu i do tego stopnia, że jeśli rozważy całe swoje życie aż do 62 roku życia i jeśli zbierze razem wszystkie pomoce otrzymane od Boga, i wszystko to, czego się nauczył, i choćby to wszystko zebrał w jedno, to i tak nie sądzi, żeby to wszystko dorównywało temu, co wtedy otrzymał w tym jednym przeżyciu”.
W jednym i drugim przypadku mamy do czynienia z nowym spojrzeniem na dotychczasowe życie. Wiemy, dokąd spojrzenie to doprowadziło Ignacego Loyolę – późniejszego założyciela zakonu jezuitów. Co do Mertona, pozostają domniemania. Ale obydwaj, aby przeżyć to szczególne doświadczenie, musieli przebyć długą drogę. 

Kościół przyjaciół
Gospodarz niedawnej lubelskiej sesji poświęconej duchowemu dziedzictwu Tomasza Mertona abp Józef Życiński postawił w swoich „Zamyśleniach” (Plus Minus, 5-6 października br.) wcale nie retoryczne pytanie: „Co sprawia, że nasze pokolenie tak żywo interesuje się przesłaniem artysty, który po nawróceniu się na katolicyzm przyjął surowe zasady życia w klasztorze trapistów w Kentucky?”
Myślę, że chodzi tu nie tylko o zaciekawienie egzotyką życia pustelniczego, tak różnego od współczesnych wyobrażeń o sukcesie życiowym, ale o autentyczny pokój serca, jakim promieniują teksty Mertona, w tym również fascynujący „Dziennik”. Zaciekawia nie tylko liczba pozycji poświęconych Mertonowi, zdumiewa również mnogość stron zapisanych przez niego samego.
„Swoich gości wypytywał Józio o to, co słyszeli, czytali, widzieli. Był żarłocznie ciekawy wszystkiego. Był uosobieniem ciekawości, doskonałym wcieleniem ciekawości” – tak o Józefie Czapskim napisał Adam Zagajewski. Te słowa można odnieść do Tomasza Mertona. Tak go sobie wyobrażam: w zakonnej celi pochłania czasopisma; interesujących go pisarzy zasypuje listami; chce jak najwięcej wiedzieć, rozumieć; nie może spokojnie usiedzieć; pisze, komentuje, irytuje się, niecierpliwi, fotografuje, rysuje, maluje. A potem ma do siebie pretensje, że zły z niego mnich, żaden eremita. „To wszystko stawia problem prawdziwej samotności: nie mam jej tutaj. Tak naprawdę nie żyję jak prawdziwy eremita. Spotykam zbyt wielu ludzi, zbyt dużo pracuję, to miejsce jest zbyt głośnie, za łatwo dostępne. Ludzie ciągle tu przychodzą, a ja zbyt łatwo godzę się na odwiedziny, wywiady itd., zbyt często jeżdżę do miasta, za dużo bywam u ludzi, za dużo piję i to wszystko” – zanotował 18 kwietnia 1968 roku.
A przed podróżą na Wschód, po której tak wiele sobie obiecywał, zapisał pod datą 9 września: „Jestem całkowicie otwarty, mam nadzieję bez specjalnych iluzji. Po prostu cieszy mnie tak daleka podróż, chciałbym wiele skorzystać, uczyć się, zmienić i być może znaleźć coś lub kogoś, kto pomoże mi w moich duchowych poszukiwaniach”.
Jestem przekonany, że właśnie owo poczucie niewystarczalności i braku czyniło z Mertona tak wdzięcznego i poszukiwanego partnera rozmowy. Nie przypadkiem Daisetz Teitaro Suzuki włączył go do grona najlepiej rozumiejących wschodnią duchowość. Sam Merton tak opisał swoje z nim rozmowy: „Dwie długie i dobre rozmowy z Suzuki. Ma on teraz 94 lata, zgięty, powolny, głuchy, ale żywotny i niezwykle wrażliwy. (...) Te rozmowy były niezwykle przyjemne i niezwykle ważne dla mnie – zobaczyć i doświadczyć, że rzeczywiście istnieje głębokie porozumienie pomiędzy mną i tym nadzwyczajnym i prostym człowiekiem, którego książki z wielką uwagą czytam od dziesięciu lat” (20 czerwca 1964 r.).
Podobnie głębokie były relacje Mertona z Czesławem Miłoszem, którego „Zniewolony umysł” podziwiał. Pisał do niego: „Przede wszystkim chciałbym powiedzieć, że Pańską książkę uważam za jedną z najinteligentniejszych i najbardziej pobudzających, jakiej przeczytanie szczęśliwie mi się przytrafiło pierwszy raz od bardzo długiego czasu”. I dodawał: „To ważna książka, która sprawia, że większość innych książek na temat obecnej sytuacji człowieka wydaje się skrajnie niemądra”. Ten pierwszy list do Miłosza z 6 grudnia 1958 roku rozpoczął dziesięcioletnią przyjaźń. 15 marca 1968, roku pisał trapista: „Absolutnie nie możesz powiedzieć o Kościele nic takiego, co by mnie potrafiło zaszokować. Jeśli pozostaję w Kościele, to z powodu zawiedzionej miłości i ze świadomością, że ja nie mógłbym być szczęśliwy poza nim, choć nie mam też żadnej pewności, że będę szczęśliwy wewnątrz niego. W rezultacie moje »szczęście« nie zależy od żadnej instytucji czy firmy. Jeśli idzie o Ciebie, to stanowisz cząstkę mojego »Kościoła« przyjaciół, którzy pod wieloma względami są dla mnie ważniejsi niż instytucja”. Jedną z ostatnich pocztówek w życiu wysłał Merton 21 listopada 1968 r. właśnie do Miłosza...

Wielość dróg
Zapewne rację ma Patrick Hart utrzymując, że Merton nigdy nie myślał o opuszczeniu zakonu, niemniej jednak jego zbliżenie do mnichów buddyjskich jest niewątpliwe. Czuł, że doświadczenie duchowe przekracza granice wyznaczone przez podziały religijne. Być może jest to testament, który pozostawił Tomasz Merton nam, czytelnikom jego pism. Oto jak podsumowuje czas pobytu w Indiach: „Te dni spędzone tutaj [w Dharamsali – przyp. S.O.] były dobre. Miałem dużo czasu, by czytać i medytować, miałem też kilka niezwykłych spotkań [z Dalaj Lamą – przyp. S.O.]. Dotychczasowe spotkania z buddystami były otwarte i szczere, rozumieliśmy się całkowicie na naprawdę głębokim poziomie. Rozpoznawaliśmy w sobie pewną głębię duchowego doświadczenia i to jest pewne. Miałem wrażenie, że na tym poziomie buddyści mają większe doświadczenie niż kontemplatycy katoliccy” (6 listopada 1968 roku).
Można chyba mówić o dotknięciu Rzeczywistości, o początku rozdziału, którego nie dane było Mertonowi dopisać do końca. Jedno jest pewne. Od jakiegoś momentu znacznie istotniejsze były dla Tomasza Mertona impulsy płynące z otaczającego go świata, niż z książek i tradycji Kościoła. Stosunek do wojny w Wietnamie i ruchu pacyfistycznego, do teologii wyzwolenia i poezji Trzeciego Świata, do pisarzy tworzących za żelazną kurtyną, podziw dla innych tradycji religijnych stały się istotnymi bodźcami określającymi Mertonowskie spojrzenie na własne powołanie zakonne i na sam Kościół. „Świat”, który wtargnął do zakonnej celi, był już dla niego tajemniczo przemieniony i zbawiony.
W przedziwny sposób trapista wyprzedził najnowsze intuicje teologiczne, próbujące z powodzeniem pogodzić powszechność i jedyność zbawczego dzieła dokonanego w Jezusie Chrystusie z wielością religii, a więc i z mnogością uprawnionych dróg do Boga. Wystarczy wspomnieć takie nazwiska jak Jacques Dupuis czy Wacław Hryniewicz. Ten ostatni pisze: „Wyznawcy innych religii zbawiają się za pośrednictwem tradycji religijnych, które wyznają. Zbawcza moc ich własnych dróg nie stanowi konkurencji dla zbawczej mocy Chrystusa. Różne religie prowadzą do tego samego Boga. Choć drogi się różnią, cel ostateczny jest wspólny dla wszystkich. Jest nim zjednoczenie z Bogiem takim, jaki objawił się w Jezusie Chrystusie”. I wreszcie ważny fragment książki Dupuis „Chrześcijaństwo i religie”: „Chrześcijanie mogą skorzystać na dialogu. Odniosą dzięki niemu podwójną korzyść. Z jednej strony wzbogacą własną wiarę. Dzięki doświadczeniu i świadectwu innych będą w stanie odkryć głębsze aspekty i pewne wymiary tajemnicy Bożej, z których zdawali sobie sprawę w stopniu niezbyt jasnym w tradycji chrześcijańskiej. Jednocześnie oczyszczą swoją własną wiarę. Zderzenie sprowokowane spotkaniem wzbudzi często pytania, zmusi chrześcijan do rewizji poglądów i do przezwyciężenia uprzedzeń głęboko zakorzenionych albo do zmiany pojęć i wizji zbyt wąskich, ekskluzywnych i negatywnych w stosunku do innych tradycji. Korzyści płynące z dialogu stanowią jednocześnie wyzwanie dla partnera chrześcijanina”. Te słowa najpełniej streszczają przesłanie życia i dzieła Tomasza Mertona.

Płakać czy pouczać? 
W okresie wojny wietnamskiej dotknął Mertona zakaz publikowania. Interesujące, że właśnie pacyfistyczna działalność autora „Siedmiopiętrowej góry” stała się jednym z najważniejszych źródeł jego popularności w Stanach Zjednoczonych. W Europie komunistycznej budziła ona mieszane uczucia. Nie do końca podzielał ten pacyfistyczny zapał Czesław Miłosz, który zbyt dobrze znał pokojową politykę sowieckiego imperium. Dla mnie jednak działalność pacyfistyczna Mertona to znak znacznie głębszego napięcia, towarzyszącego mu w kontaktach z instytucją: przełożonymi zakonnymi i z Kościołem hierarchicznym.
Fragment „Dziennika” z 3 marca 1964 r. jest zarówno opisem trudności, na jakie natrafiał Merton, jak i sposobu, w jaki na nie reagował: „Miałem nadzieję, że będę mógł ponownie opublikować kilka artykułów na temat wojny nuklearnej, które ukazały się wcześniej za zgodą Dom Gabriela – myśląc, że to wystarczy, gdy raz uzyskałem zgodę. Ale to nie tak. Nowy Generał, Dom Ignacy, grzebiąc w papierach, zwołał spotkanie doradców i zadecydował, że te artykuły się nie ukażą. Tak oto nie wolno mi powiedzieć tego, co papież Jan powiedział w encyklice »Pacem in Terris«. Powód: »To nie jest sprawa mnicha, to zadanie biskupów«. Istotnie ma to swoje podstawy w tradycji monastycznej. »Monachi plangentis non docentis est officium« [Obowiązkiem mnicha jest płakać, a nie pouczać]. Ale – biorąc pod uwagę tutejsze sprawy: naszą produkcję sera i inne zadania »opłakiwania«, jakie podjęliśmy – wydaje się rzeczą dziwną, że mnichowi zabrania się bronić prawdy, zwłaszcza kiedy prawda (w tym przypadku) jest straszliwie zaniedbana.
Ponury wgląd w ociężałość Kościoła, mimo wszystkich wysiłków, by go obudzić! To wszystko wpada w próżnię. Papież Pius XII i żydzi, Kościół w Ameryce Południowej, traktowanie czarnych w USA, katolicy wobec praw Francji w Algierii, katolicy niemieccy pod Hitlerem. To wszystko układa się w większy obraz i nasze kontemplacyjne skupienie nie robi wrażenia, jeśli widzieć w nim jeszcze jeden mały fragment pasujący do mozaiki. To wszystko jest zbyt smutne i zbyt poważne, by powodować rozżalenie. Mam wrażenie, że moja nauka się zaczyna – dopiero się zaczyna i że będę musiał poznać wiele strasznych rzeczy nim zrozumiem prawdziwe znaczenie nadziei.
To żadne pocieszenie, tylko poczucie bezsilności w myśli, że człowiek jest męczennikiem sprawy. Nie jestem żadnym męczennikiem, tylko się obawiam. Chcę się zachowywać jak rozsądny, ucywilizowany i odpowiedzialny chrześcijanin mego czasu. Nie mogę tego robić, i powiedziano mi, że powinienem zrezygnować z tego – dobrze. Na rzecz czego? Na rzecz milczenia, które jest w głębokiej i całkowitej zmowie z siłami, które niosą ucisk, niesprawiedliwość, agresję, wyzysk, wojnę. Inaczej mówiąc, milcząca zmowa jest przedstawiana jako »większe dobro« niż uczciwy i zgodny z sumieniem protest – ma ona być częścią życia ślubami, życia dla »chwały Boga«. Oczywiście odrzucam zmowę. Samo moje milczenie jest protestem, i ci, którzy mnie znają, mają tego świadomość. W końcu mogłem napisać wystarczająco dużo, by uczynić to rzeczą jasną. Ale nie mogę opuścić tego miejsca, by protestować, gdyż znaczenie każdego protestu zależy od mego bycia właśnie tutaj. W każdym razie ostatecznie zostałem uciszony w sprawie wojny nuklearnej”. 
Oczywiście jest to sytuacja wyjątkowa, graniczna wręcz. Mogła doprowadzić do zerwania, do opuszczenia murów klasztornych. Tak się nie stało, choć lata Soboru Watykańskiego II i okres posoborowy to czas największego od czasów reformacji kryzysu życia zakonnego. Merton wytrwał z pełną świadomością słuszności wyboru. Wiedział, że pozostając mnichem, staje się wiarygodnym świadkiem wartości, o które walczył, a które pragnął urzeczywistnić nade wszystko we własnym życiu.
Widać to wyraźnie w refleksjach zapisanych w dniu pięćdziesiątych urodzin, 25 stycznia 1965 roku: „Tak naprawdę to chciałbym po prostu w jakiś sposób »umrzeć«. Potraktować te pięćdziesiąte urodziny jako punkt zwrotny i żyć bardziej zdany na wolę Bożą, mniej zajęty projektami i inicjatywami (które być może mają jakiś związek z Jego wolą). Bardziej oderwany od dzieł i wydarzeń, bardziej samotny. Być jednym z tych, którzy w zupełności oddani są kontemplacji, by po prostu iść za Chrystusem. Ale kimże ja tak naprawdę jestem?”
Tak naprawdę Mertona tylko to obchodziło: prawda o nim samym. Odpowiedzi nie mógł znaleźć poza klasztorem i poza wspólnotą. Choć nie wszystko mu się w życiu klasztornym podobało, choć z przenikliwością odnotowywał słabości i przywary przełożonych, nie potrafił wyobrazić sobie życia poza zakonem. Był głęboko przekonany, że jego miejscem jest Gethsemani. Potwierdza to jego sekretarz: „Prawdę mówiąc, był bardzo czuły na punkcie swego statusu mnicha z Gethsemani, ponieważ krążyło wiele nieodpowiedzialnych plotek na temat jego rzekomego zamiaru zerwania zakonnych ślubów. W jednym z wcześniejszych listów, jakie od niego dostałem po wyjeździe, wspomniał o pogłoskach, które do niego dotarły: »Pozdrów ode mnie całą bandę – mam nadzieję, że nie słychać zbyt szalonych plotek. Powtarzaj proszę, wszystkim, że jestem mnichem z Gethsemani i że mam zamiar nim pozostać do końca moich dni...«. Później, w liście z New Delhi z 9 listopada 1968 roku, zaledwie na miesiąc przed śmiercią, Tomasz Merton pisał między innymi: »Mam nadzieję przywieźć ze sobą do mojego klasztoru coś z tej azjatyckiej mądrości, którą mam szczęście tu poznawać«”.
Nie było to przywiązanie do klasztoru czy wspólnoty zakonnej jako takiej. Dla Tomasza Mertona zarówno klasztor jak i wspólnota były drogą do zjednoczenia z Bogiem. 7 grudnia 1965 roku pisze w poruszający sposób: „Co jest najważniejsze? Samoobjawienie Boga dla mnie w Chrystusie i moja odpowiedź wiary. Konkretnie oznacza to dla mnie moje obecne życie w samotności, akceptację jego prawdziwej perspektywy i oczekiwań oraz powolną pracę nad właściwym kierunkiem, która postępuje. Każdego dnia po trochu zdaję sobie sprawę, że moje dotychczasowe życie pęka i rozsypuje się w kawałki. Co dalej? Moja samotność nie jest skierowana, tak jak u Rilkego, ku poetyckiej eksplozji. Nie jest też całkowicie uzależniona od religijnej świadomości. Czym więc ona jest? To, co do tej pory było tylko teologiczną koncepcją albo obrazem, winno być poszukiwane i kochane. »Połączenie z Bogiem!« Jest to takie tajemnicze, że w końcu człowiek chciałby zrobić wszystko, by tego uniknąć, gdy raz zda sobie sprawę, że to oznacza koniec jego egotycznej samorealizacji, raz na zawsze. Czy jestem gotów? Oczywiście, że nie. A jednak moje życie jest skierowane w tym kierunku”.
Wydaje mi się, że mamy tu przykłady mistyki w stanie czystym. Merton to dziecko swego czasu. Jest po lekturze Nietzschego, Freuda, Sartre’a; jest nie tylko uważnym czytelnikiem literatury XX wieku, on ją na swój sposób współtworzy. Jego tęsknota za zjednoczeniem z Bogiem jest opatrzona wielokrotnym cudzysłowem i licznymi znakami zapytania. Ale być może dlatego do nas przemawia, dlatego szukamy w niej potwierdzenia i dla naszych nieśmiałych intuicji. 
I jeszcze jeden zapis, cztery lata później, z 26 marca 1968 roku: „Jestem posłuszny autorytetowi Kościoła, gdyż ufam, że Bóg wyprowadzi dobro zarówno z jego błędów, jak i jego dobrej woli. Ponieważ wszyscy jesteśmy grzesznikami, wszyscy popełniamy błędy, i jeśli będziemy miłosierni i pokorni wobec siebie nawzajem, to Duch dokona reszty. Wszak jest coś takiego jak idolatria urzędu, a ja nie wierzę, że Papież jest kolejnym wcieleniem!”
Trudno komentować te nader wyraziste teksty. Ukazały się, zgodnie z wolą autora, 25 lat po jego śmierci. Gdyby dzisiaj żył, może byśmy ich nie znali. Może Merton – jak św. Ignacy Loyola – znalazłby drogę, by prawdę o Kościele włączyć w twórczą tkankę posoborowej rzeczywistości. Bóg chciał, by stało się inaczej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl