„F”


Miłe życia drobiazgi

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ



W roku 1831 Adam Mickiewicz był na pasterce w drewnianym łukowskim kościółku, który do dziś jeszcze stoi. Wigilię Bożego Narodzenia – a więc i swoje imieniny – obchodził poeta w domu Józefa Grabowskiego, właściciela Łukowa. Jak pisze prof. Jarosław Maciejewski („Mickiewicza wielkopolskie drogi”, Wyd. Poznańskie 1972), to w tym właśnie gościnnym domu Mickiewicz sporządził z opłatka łódeczkę; należało ją zawiesić nad stołem na długim włosie najpiękniejszej z obecnych pań. (Tego wieczoru wybór padł na Helenę Turno). Obyczaj, wprowadzony przez znakomitego gościa, przeobraził się w długoletnią tradycję w rodzinach Turnów i Grabowskich. W należącym do Turnów Objezierzu przetrwał aż do ostatniej wojny.
W tej samej książce prof. Maciejewski cytuje dziennik Adama Turno, który przybył do Łukowa 26 grudnia 1831 i zastał tam „naszego sławnego Poetę Mickiewicza” (całymi godzinami grał z nim potem „w Arcaby”). Poeta – zanotował pan Turno – „lubi zwyczaje narodowe aż do przesady – uważał, aby w czasie wigilii B. Narodzenia jedzono na sianie, aby słoma w kącie stała, żeby gwiazdka na włosie wisiała”.
No, to gwiazdka czy łódeczka?
A może jedno i drugie?
Śledztwo, wszczęte po domowych mickiewiczianach, nie przyniosło odpowiedzi. Gwiazdka? Łódeczka? Raczej gwiazdka – to pewnie bliższe litewskiej tradycji. (U Billewiczów w „Potopie” też nad kominem kręciły się gwiazdki, zrobione z opłatków!)
Udałam się do antykwariatu w nadziei, że znajdę jeszcze coś, czego nie mam. Odkryłam „Miłe życia drobiazgi” Stanisława Pigonia, które kupiłam przede wszystkim dla ślicznego tytułu, oraz z powodu jednego ze szkiców: „Mickiewicz wśród ludzi”.
Nic tam nie było o Wigilii w Łukowie, lecz szkic okazał się tak interesujący, że gwiazdki i łódeczki przestały mnie nękać. Dużo ważniejsze bowiem kwestie zniknęły raz na zawsze z ludzkiej pamięci – na przykład to, co Mickiewicz mówił do ludzi, których spotykał. Rozmówcy poety nierzadko pozostawali pod potężnym wrażeniem jego osobowości, bywali wstrząśnięci głębią jego myśli, rozległością horyzontów, siłą ducha i „mądrą prawością moralnej natury” – jak pisze prof. Pigoń. Niestety, niemal nikt nie uznał za stosowne zanotować treści takich poruszających wypowiedzi Mickiewicza. Przetrwały ogólniki, wersje naiwnie zniekształcone albo pojedyncze zdania, jak choćby to, rzucone Aleksandrowi Chodźce i przez niego zapisane: „Zrób pierś swą na kształt dzwonu; póki serce dzwoni, niech usta mówią, gdy zamilknie – i ty zamilcz”. Bohdan Zaleski, przyjaciel, odwiedzany całymi latami, zapisywał tylko, na przykład:
„3 sierpnia 1851. Adam przyszedł na obiad. Był mowny i pogodny. Wiele spostrzeżeń głębokich i mądrych o ludziach i rzeczach. 11 maja 1852. Rozmawialiśmy o Prezydencie, Norwidzie itp”.
A Henryka Ankwiczówna zanotowała: „Język jego poezyjny zmienia się w uwagi proste i zwyczajne, lecz raptem zachwycony – staje się w myślach tak wielki i nowy, że chciałabym zawsze pisać wszystko, co powiedział, byleby nic z pamięci nie stracić”. – Niestety, nie zapisała prawie nic – stwierdza, nie bez bólu, prof. Pigoń.
Łatwo się domyślić, jak dotkliwa dla tego właśnie badacza musiała być konstatacja, że tyle wielkich myśli, ważnych sądów i błyskotliwych opinii genialnego poety przepadło bezpowrotnie. Żeby zrozumieć to nastawienie, wystarczy przeczytać przedmowę do „Miłych życia drobiazgów”, która sama w sobie jest dziełem literackim: profesor tłumaczy w niej, dlaczego w podtytule umieścił słowo: „pokłosie”. „Ziarna zebrane w pokłosiu są co do jakości takie same jak i owe szczęśliwsze, zebrane w pełnym żniwie; dojrzewały przecież na tym samym zagonie, tyleż samo wymagały uprawy i trudu, tejże samej są konsystencji. Pokłosie – to nie poślad”.
Następnie prof. Pigoń przygląda się wyrazowi „pokłosie” i stwierdza, że stał się on zdawkowy, że nie przywołuje już przed wyobraźnię samej istoty rzeczy, i że właściwie jego znaczenie „straciło swą dawną pełną wyrazistość. Dzisiaj pokłosia po żniwie już się zapewne nie zbiera i na ogół nie wiadomo chyba także, jak się to robi. Obawiam się, że zanika nawet sama postawa psychiczna, z której ów trud pokłosia w praktyce się wywodził. Wyrażała się zaś ona w poszanowaniu plonu choćby najdrobniejszego, osiągniętego rzetelnym trudem”. W dzieciństwie profesor Pigoń widywał, jak gospodarz, ujrzawszy na swej drodze kłos czy ziarno, podnosił je i całował, po czym kładł do kieszeni. „Ocalał przed zmarnowaniem, a zarazem jakby przepraszał za poniewierkę plon powszedniego, znojnego trudu”. Z takiej postawy wziął się zwyczaj zbierania po żniwobraniu pojedynczych, ułamanych kłosów. Zadanie to powierzano dzieciom: matka dawała im kosz i wysyłała po pokłosie. Był to ciężki trud. „Młoda ostra ściernia raniła bose stopy, grzbiet bolał od ustawicznego pochylania się, (...) słońce prażyło, a zagony nie przeszukane – jakby się wydłużały”.
Dzieci same suszyły zebrane kłosy, wybijały ziarna, odsiewały plewy – a czysty plon odnosiły matce. „Mełła go i starym prawem zwyczajowym z mąki tak uzyskanej piekła osobne bocheneczki, którymi obdarzała ubogich, chodzących po prośbie”.
„Ten z domu wyniesiony szacunek dla rzetelnego mozołu, pracy – sic vos non vobis – nie dla siebie przecież tylko podejmowanej, nie wykrętnej, ale najuczciwszej, tę w niej sumienność niewyrachowaną nauczyłem się uważać za wartość, za gwiazdę przewodnią życia, pragnąłem jej dochować wierności, a w ramach zawodu mego starałem się zobowiązywać do niej także innych. (...) We własnej też praktyce naukowej starałem się nie żywić obojętności dla żadnego kłoska, (...) z chęcią schylałem się po każdy napotkany. Nie chciałem tracić z uwagi i pamięci tego bochenka, na który złożą się kiedyś uzbierane drobne ziarna i który komuś potrzebującemu może się kiedy przyda. Miałem to sobie za powinność w stosunku do całego rozległego łanu naszej pracy dziejowej, nikomu przecież nie obojętnego. Starałem się nie tracić z pamięci mądrego i głębokiego orzeczenia Norwida:
Drobiazgowość w rzeczach sądu – wielkie imię ma: Miłość.
Tom niniejszy z takiej właśnie wyrósł troski: zrodziła go miłosna sumienność wobec wszelkich, nawet drobnych przejawów przeszłego życia literackiego. W każdym z nich mieści się przecież jakiś, choćby nikły, odłamek prawdy żywiącej, który stanowi tworzywo kultury duchowej narodu”.
Od czasu, gdy profesor Pigoń pisał te słowa, minęło już około czterdziestu lat. Przez ten czas kraj się zmienił jeszcze bardziej. Plonu nie osiąga się dzisiaj „rzetelnym trudem własnych rąk”, gdyż wielkie obszary pól obsługują szybkie kombajny. Kłosy, które ułamały się pod własnym ciężarem pozostają, przez nikogo nie podniesione, na ściernisku. Jest ich przecież tak wiele!
Zresztą i tak mnóstwo chleba marnuje się codziennie w supermarketach.
A ja jeszcze pamiętam i prawdziwe żniwa, i prawdziwych rolników; jako dzieci jeździliśmy z bratem na wakacje do Bielewa, wioski położonej w pobliżu Krzywinia i Choryni. (W tym samym Bielewie, jak z zaskoczeniem przeczytałam u prof. Maciejewskiego, Mickiewicz był na polowaniu z Kalikstem i Ksawerym Bojanowskimi. Bracia hałaśliwie się sprzeczali o zalety swoich chartów!) Otóż, myśmy pomagali przy żniwach; było to w latach pięćdziesiątych i nie pamiętam, by istniał obyczaj zbierania pokłosia, choć przecież zboże koszono ręcznie, a snopy wiązano i ustawiano bez żadnej mechanicznej pomocy.
To musiało się zacząć już wtedy.

Małgorzata Musierowicz


PS. W poprzednim felietonie („Popatrz wstecz” TP 48) opuściłam nazwiska tłumaczy. Naprawiam to teraz: Senekę przełożył Stanisław Stabryła, a Marka Aureliusza – Marian Reiter. Otrzymałam tylko jeden list, piętnujący moje przeoczenie!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl