Teologia upośledzonych Jeana Vaniera


Sztuka schodzenia w dół

Anna Mateja



Ludzka wrażliwość objawiła się w odkryciu wcielenia Chrystusa jako istoty małej i słabej. Bo Mesjasz przyszedł na świat odrzucony, ubogi i kruchy. Jak mówi Jean Vanier – podatny na zranienie. Niby Bóg wszechmocny, a jednak bezsilny i oczekujący ludzkiej pomocy. Dla wspólnoty „Arka” to sedno wiary: Bóg przyciąga ludzi swoją słabością. Czy może więc istnieć pewniejsza droga do Niego, jak nie w roli towarzyszy upośledzonych i wykluczonych?


Lubił żyć w strukturach, które jasno określały, kto komu jest posłuszny, a kto wydaje rozkazy. Był poważny: zrobił doktorat z filozofii, wykładał na uniwersytecie w Toronto, służył w marynarce wojennej. A potem zostawił to wszystko i zamieszkał z Raphaelem i Philippem – dwoma upośledzonymi mężczyznami, których zabrał z zakładu dla upośledzonych. Oni odkryli w Vanierze dziecko, które lubi się z siebie śmiać i świętować.
Zakupiony w połowie lat 60. dom w Trosly-Breuil, 80 km na północny-wschód od Paryża, nadawał się przede wszystkim do remontu. Masę czasu pochłonęło stworzenie na strychu łazienki i pokoi. Dom prowadzony przez trzech mężczyzn na pewno nie był uosobieniem gospodarskich cnót. Jedna pani z sąsiedztwa przynosiła zupę, inna – jabłka. Kiedyś pocztą przysłano im cielęce kotlety. W zamieszkaniu razem nie chodziło jednak wyłącznie o porządek w kuchni, uprane skarpetki, czy stworzenie każdemu „domowych warunków” życia.
Raphael i Philipp potrzebowali przyjaźni i poczucia bezpieczeństwa. W zakładach traktowano ich jak pacjentów. Troszczono się raczej o to, żeby byli zdrowi, mieli czysto i ciepło. Czy komuś przyszło do głowy, że niesprawny intelektualnie może o czymś marzyć, mieć ludzkie aspiracje albo domagać się większej uważności, która pozwoli usłyszeć niewypowiedziane? „Musiałem nauczyć się szacunku dla ludzi, konieczności wewnętrznego wyzwolenia i cierpliwości” – napisał po latach w książce „Wspólnota”. Również tego, że ludzkie życie niekoniecznie musi opierać się na współzawodnictwie, wspinaniu na coraz wyższe szczeble awansu zawodowego czy społecznego i fascynacji władzą. W tamtym pierwszym wspólnym życiu Vanier dowiedział się sporo o sobie, m.in., że życie z ludźmi nie toczy się na lotniskowcu. Nie zawsze musi być tak, że ktoś komuś podlega, a ktoś musi kogoś słuchać. Czasami można żyć we wspólnocie. Takiej jak Raphael, Philipp i on. Bez niepotrzebnej władzy i dominacji, gdzie słaby ma naturalne, przynależne sobie miejsce, jakie zyskuje każdy człowiek, który przyszedł na świat bez upośledzenia. Vanier nazwał wspólnotę „Arką” – miejscem, które łączy osoby uważane za „nienormalne” z tymi, którzy z tą narzuconą słabszym nienormalnością się nie zgadzają. Dlatego porzucają swoje sprawy, niezrealizowane ambicje i, jako asystenci, decydują się z tymi „innymi” zamieszkać.
Wspólnot „Arki” jest na całym świecie kilkadziesiąt: na Wybrzeżu Kości Słoniowej, między zwaśnionymi plemionami Hutu i Tutsi, w Indiach, na Bliskim Wschodzie, w USA, ale też w Śledziejowicach pod Krakowem, Poznaniu i Wrocławiu. Równie liczny jest założony przez niego i Marie-Helene Mathieu w 1971 r. ruch „Wiara i Światło” dla osób z upośledzeniem umysłowym, ich rodziców i przyjaciół.

Duże dzieci tworzą wspólnotę
Ten zwyczaj zapoczątkowała wspólnota „Arki” w Liverpoolu. W któryś Wielki Czwartek uzgodniono, że wszyscy członkowie umyją sobie nawzajem nogi. Asystenci osobom upośledzonym, a później muminki opiekunom tak, jak zrobił to Chrystus swoim uczniom w Wieczerniku na dzień przed męką i śmiercią. Paraliturgiczny, nie praktykowany powszechnie w Kościele gest, zakończył się prawie mistycznym skupieniem i poczuciem braterskiej więzi między zgromadzonymi. Bardziej dosłownie nikt z nich nie mógł wyrazić, że jest sługą drugiego, a w zgromadzeniu nie ma miejsca na podziały: na słabych i silnych, dowodzących i podporządkowanych. W następnych latach zwyczaj umywania nóg przyjmowały kolejne wspólnoty, znalazł się też w programie międzynarodowej pielgrzymki ruchu „Wiara i Światło” do Lourdes w 1991 r., stał się tematem jednej z książek Vaniera, która miesiąc temu ukazała się w „Znaku”.
Dla Jeana Vaniera gest Chrystusa z Ostatniej Wieczerzy jest przełomowy i szokujący. Był takim dla wzbraniającego się Piotra, który widział w swoim Mistrzu przywódcę rozmnażającego chleb i karmiącego tysiące, wypędzającego złe duchy, uzdrawiającego, rozmawiającego jak równy z równym z faryzeuszami i uczonymi w Piśmie, wjeżdżającego do Jerozolimy wśród wiwatujących tłumów. I kiedy wydawało się, że następnym krokiem może być tylko wyzwolenie Izraela spod władzy rzymskiego okupanta, on zdejmuje suknię i umywa uczniom nogi jak sługa lub niewolnik. Z władczego i triumfującego staje się słaby. Taki nie poprowadzi Izraelczyków do powstania, nie wypędzi faryzeuszy ze świątyni jerozolimskiej, nie uczyni z uczniów grona doradców, którzy będą sprawować władzę w wyzwolonym kraju. Na dodatek przykazuje apostołom, że mają czynić podobnie wobec tych, którzy staną się ich uczniami, a Jego wyznawcami.
A czy dla nas – ludzi żyjących z zegarkiem w ręku i ukrywających własną kruchość pod maską opanowania – taki gest nie będzie szokujący? Po co mamy się uniżać i służyć aż tak dosłownie, skoro są instytucje „do tego powołane”, zajmujące się upośledzonymi, bezdomnymi i innymi kategoriami wykluczonych, profesjonalnie?
„Spotkanie z biednym jest jednym z najważniejszych w naszym życiu – mówi w rozmowie z „Tygodnikiem” Vanier. – Ludzie silni i bogaci odkrywają swoje człowieczeństwo dzięki upośledzonym i wszystkim, z którymi świat się nie liczy, spycha na margines, rezerwując mniejszą lub większą sumę pieniędzy na doraźne potrzeby socjalne. Jego znakiem wcale nie jest kompetencja, tylko czułość. Zależnie od stopnia naszego współodczuwania w obliczu ludzkiego cierpienia i wykluczenia możemy uczynić nasze serca twarde jak kamień albo je otworzyć. Nie ma nic złego w tym, że ktoś jest z natury indywidualistą, na dodatek dobrze wykształcony i zarabiający. Złe jest to, że zamykamy się na innych i myślimy tylko o sobie. Wtedy ta nasza kompetencja służy jedynie współzawodnictwu, żeby mieć jeszcze więcej rzeczy. Czy jest w tym, chociaż gdzieś na horyzoncie, drugi człowiek? Obawiam się, że nie”.
Całkiem zwyczajne rzeczy 
W jednej ze wspólnot pracuje od 20 lat psychiatra, który nie uważa się za chrześcijanina. Swój zawód wykonuje jednak perfekcyjnie i służy pomocą we wszystkich skomplikowanych przypadkach. Życie, zdaniem Vaniera, jest przechodzeniem od czegoś do czegoś. Na pewnym etapie powinniśmy obumrzeć, jak ewangeliczne ziarno u św. Jana, i zdystansować się od tego, co robimy. Zauważyć niebezpieczeństwo zamknięcia się we własnej grupie, budowania murów oraz chęci władzy i uznania. Niełatwo przychodzi nam uznać, że różnorodność jest wartością, a Boga łatwiej znaleźć w kimś, kto jest inny niż my, np. w niesprawnym intelektualnie.
Współzawodnictwo istnieje nawet w Kościele. I to niekoniecznie w gorliwości spełniania uczynków miłosierdzia.
„Kościół to nie tylko struktura, to przede wszystkim Ty i ja – twierdzi Vanier. – To straszne, jeśli z powodu religii zamykamy się na innych i używamy jej, np. dla zdobycia władzy. Nie zwalnia nas to jednak z szukania odpowiedzi na pewne pytania: w jakim stopniu moja kultura, moja wiara katolicka otwierają mnie na innych? Czy moje życie nie sprowadza się do tego, że jest lepiej, bo mnie się poprawiło? Co zrobiliśmy, żeby ten świat uczynić lepszym albo chociaż znośniejszym?”.
Jedna z ekumenicznych wspólnot „Arki” istnieje w Belfaście, w Irlandii Północnej. Protestanci chodzą do swoich kościołów, katolicy do swoich. Do spotkań nie dochodzi. Kiedyś poproszono go o wygłoszenie tam rekolekcji. Grono słuchaczy składało się w połowie z katolików, w połowie z prezbiterian i metodystów. Prawie nikt nie miał wcześniej możliwości spotkania kogoś z drugiego wyznania. Na wspólnym spotkaniu prezbiteriańska diakonesa oświadczyła: „Rozmawiałam z katolicką zakonnicą. Ona kocha Chrystusa bardziej niż ja”. „Boże, co za pokora!” – pomyślał Vanier. Po całonocnej modlitwie podeszła do niego katolicka zakonnica i oświadczyła: „Nie wiedziałam, że protestanci potrafią się tak modlić”. W mieście jest jeszcze wielki zakład dla upośledzonych umysłowo. Tam nikt nikogo nie pyta, skąd pochodzi i jak wierzy w Boga. Ludzi łączy upośledzenie – jedna ze skromnych dróg na zaprowadzenie pokoju.
W pewnej wiosce na północy Serbii społeczność jest w połowie katolicka, w połowie prawosławna. Prawosławni mają swoją cerkiew, szkołę, przychodnię, sklepy, warsztaty. Katolicy – podobnie. „Czy wy się w ogóle ze sobą spotykacie?” – pytał Vanier. „Nie, nigdy”. Coś podobnego spotkał kilka lat wcześniej, gdy w połowie lat 90. pojechał do Rwandy. Dopiero co zakończone walki między plemionami Hutu i Tutsi nie dawały szans na rychłe porozumienie. „Twórzcie małe grupy skupione wokół tych, którzy najbardziej potrzebują pomocy. Stwórzcie powody, dla których będziecie się ze sobą spotykać i rozmawiać” – usłyszeli od Vaniera.
W Kalkucie „Arkę” tworzą muzułmanie, hinduiści i chrześcijanie. Upośledzonych zabiera się tu wprost z ulicy. Podobnie jak w Belfaście nie ma tam miejsca na podziały. W Kalkucie ci, których każda kultura z reguły odrzuca właśnie dlatego, że są słabi i zdani na czułość i opiekę opiekunów, jednoczą, bo przyciągają do siebie innych niezależnie od ich pochodzenia czy wyznania.
„Pamiętam wszystkie tego rodzaju »cudowne« wydarzenia – mówi Vanier „Tygodnikowi”. – Czy można w takiej sytuacji twierdzić, że tworzenie więzi między zwaśnionymi narodami to zadanie wyłącznie dla dyplomatów, a ekumenizm jest stratą czasu? Nie wiem, czy kiedykolwiek zapanuje jedność i pokój na ziemi. Jesteśmy tak przekornym i krnąbrnym stworzeniem, że chyba nie. Nie jesteśmy tacy sami i nie możemy ignorować różnic, ale czy to znaczy, że ja nie mogę być Twoim bratem, a Ty moją siostrą? Świat potrzebuje zmiany, bo staje się coraz bardziej niepewny. Łatwiej sięgnąć po broń nie tylko terrorystom, także tym, którzy z nimi walczą, a nawet tzw. zwykłym ludziom broniącym swojego życia, rodziny czy dobytku. Nawet w Kościele i teologii siła była przez wieki najlepszą drogą do nawrócenia. Potrzebujemy teologii obecności – bycia z innym – opierającej się na bezsłownej relacji na poziomie ludzkich serc i myśli. Relacji podobnej do tej, która istnieje między matką i dzieckiem”.
Bycie u władzy czy bycie silniejszym jest sztuką schodzenia w dół. Od zaszczytów i honorowych miejsc do spełniania najprostszych posług przy potrzebujących.

Siła środków ubogich
Słowa twórcy „Arki” wydają nam się tak samo szokujące, jak umywanie nóg słabszym od siebie, którym w ten sposób najdobitniej możemy powiedzieć, że jesteśmy po to, by im służyć. Vaniera szokuje co innego. W latach 60., aby dowiedzieć się ile zarabiają najbogatsi wystarczyło pomnożyć przeciętne dochody najbiedniejszych przez 7, teraz – przez 28. W USA upośledzeni pracują jako kelnerzy, wykonują nieskomplikowane czynności w innych zawodach, we Francji zdarza się mu być wypraszanym z kawiarni, do której wszedł z upośledzonymi. Wiele lat temu coś takiego spotkało go w kościele, gdzie poszedł z nimi na Mszę św. Dopiero po jakimś czasie pomyślał, że ludzie, których oburzał widok śliniących się i krzyczących osób z upośledzeniem, nie byli na takie spotkanie przygotowani. 
Szokują Vaniera spotkania z młodymi dziewczynami z katolickich szkół, które oświadczają, że gdyby „nosiły w brzuchu potwora” – zabiłyby go, i liczby kobiet faktycznie dokonujących aborcji. Spokojnie jednak czyta doniesienia prasowe o tym, ile kosztuje państwo utrzymanie upośledzonych. Nie denerwuje się. Wierzy, że istnieją na świecie ludzie, którzy takie nieoczekiwane dziecko przyjmą i pokochają. Wszystko jest kwestią mentalności. Gdy prawie 40 lat temu rozpoczynał pracę z upośledzonymi traktowano ich jak chorych psychicznie, nie dawano odpowiednich leków, wielu umierało młodo. Nawet Kościół nie dopuszczał ich do sakramentów.
Opisywana często przez Vaniera teologia upośledzonych, w której pojęcie obecności jest jednym z ważniejszych, ma być antidotum na Kościół triumfujący, teologię, w której dominują „środki bogate”, a siła, jak pokazała wielokrotnie historia, nie należy do odosobnionych. „Rozłożenie akcentów jest inne” – zdaje się mówić. „W centrum znajduje się najmniejszy. Gdyby miało być inaczej, jaki sens miałoby mycie apostolskich stóp w Wieczerniku?”.

Pisząc tekst korzystałam z książki Jeana Vaniera „Kochać aż do końca. Skandal umywania nóg” (Znak 2002) oraz zapisu spotkania, jakie odbyło się z animatorem ruchu „Wiara i Światło” w Krakowie 19 listopada br. (za jego udostępnienie składam podziękowania Państwu Katarzynie i Piotrowi Wierzchosławskim).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl