Dyskretny urok chrześcijaństwa

Jarosław Makowski



Skąd bierze się nasza nieufność wobec religii? Jaką przyszłość ma przed sobą chrześcijaństwo? Czy zdoła ono przekonać współczesnego człowieka, że prawda, którą niesie, jest odpowiedzią na najważniejsze ludzkie niepokoje? Pytania te stawia w swej najnowszej książce ks. Wacław Hryniewicz. 


O przyszłość chrześcijaństwa lękać się nie musimy, gdyż – jak powiedział kiedyś ks. Tomasz Węcławski – przyszłością chrześcijaństwa jest Bóg. To Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba jest gwarantem tego, że chrześcijanie mogą z nadzieją i ufnością oczekiwać jutra w tych burzliwych i niespokojnych czasach. To sam Jezus Chrystus zapewniał swoich uczniów, że nie powinni przesadnie troszczyć się o szczególne dla Kościoła przywileje, gdyż „bramy piekielne go nie przemogą”. 
Jednak mimo tych swoistych gwarancji ze strony Boga, ludzie nie przestają stawiać pytań o przyszłość chrześcijańskiej wiary. Czy wynikają one z lęku, że nasza planeta wymyka się Bogu „z ręki”, szczególnie dziś, w obliczu wojen i zbrodni, jakie gotowi jesteśmy czynić drugim? Czy może jest to owoc wrodzonej pokusy, która drzemie w człowieku, by już teraz wiedzieć, jak się potoczą przyszłe losy świata? A może po prostu przeczuwamy, że chrześcijaństwo mamy dopiero przed sobą, że owe 2000 lat były zaledwie zapowiedzią tego wszystkiego, co dopiero ma nadejść, że całe to bogactwo wiary, miłości i nadziei, które nazywamy chrześcijaństwem, czeka wciąż na swych odkrywców? Z takiej perspektywy o przyszłość wiary pyta ks. Wacław Hryniewicz w swojej najnowszej książce „Chrześcijaństwo nadziei”.

Teologia w samolocie
Punktem wyjścia swej refleksji czyni ks. Hryniewicz trwogi i nadzieje współczesnego człowieka. Nie jest to przypadek. Jeśli teologia ma wpływać na ludzkie życie, jeśli ma towarzyszyć człowiekowi wierzącemu w jego oglądaniu i czytaniu świata, jeśli w końcu chrześcijaństwo chce twórczo uczestniczyć w debacie o kształcie naszego globu, myśl religijna nie może chować się za abstrakcyjnymi rozważaniami. Dziś stało się jasne, że teolog musi wsłuchiwać się w to, co o Bogu mówią ludzie na ulicznych targach, podczas długich rejsów samolotowych czy uczestnicząc w internetowych czatach. Obecnie to nie sale wykładowe wydziałów teologicznych oddają atmosferę religijnych niepokojów, ale owe przypadkowe miejsca postoju, które zmuszają zabieganego i samotnego człowieka do wzięcia głębszego oddechu. Paradoksalnie to wówczas homo sapiens stawia pytania, które – mimo spychania ich gdzieś głęboko w podświadomość – nie przestają go uwierać i drażnić, a z którymi musi się zmierzyć teologia: czy aby cały ten wysiłek, znój i pot towarzyszący wspinaniu się po szczeblach kariery, ma jakiś głębszy sens? Dlaczego chrześcijaństwo, które – jak większość ludzi cywilizacji zachodniej – wyssałem z mlekiem matki, przestaje mnie intrygować? Dlaczego religie kojarzą się z nienawiścią i cierpieniem niewinnych ludzi? Dlaczego prawda religijna tak często przekuwana jest na młot, którym okłada się obcych, wzywających imię innego, niż mój, „Boga”?
Powyższe pytania odsłaniają współczesny stosunek człowieka do religii, a więc i do chrześcijaństwa. Człowiek ów wzbrania się przed przyjęciem tego wszystkiego, co chrześcijaństwo przechowuje i czego naucza. Boi się przyjęcia i uznania za swoje prawdy, o które spierały się i nadal spierają Kościoły chrześcijańskie. Bo który z tych Kościołów jest lepszy, skoro wszystkie twierdzą, że głoszą Dobrą Nowinę o zbawieniu człowieka? Który jest prawdziwszy, skoro wszystkie się zaklinają, że wyznają wiarę w Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego? Podejrzliwy człowiek współczesny nie bez racji, o czym przekonuje Hryniewicz, dostrzega w postawie chrześcijańskich Kościołów doktrynalną zaciekłość, brak ekumenicznego zaangażowania. Zarazem jednak nie chce odesłać wiary swych ojców na śmietnik historii. Chrześcijaństwo, mimo swych ciemnych kart historii, podziałów i zbrodni popełnianych w imię „Boga”, wciąż stanowi dla niego poważne wyzwanie. Głosi bowiem, iż zna prawdę o człowieku i jego ostatecznym losie – odpowiedź na fundamentalne pytania: skąd pochodzę, kim jestem i dokąd zmierzam? 

Posiadacze magicznego oka
Teolog z Lublina wie jednak, że słowo prawda nie najlepiej się kojarzy. Isaiah Berlin w 1981 r. pisał: „Niewiele jest rzeczy, które wyrządziły światu tyle szkód, co przekonanie różnych jednostek czy grup (plemion, państw, narodów, Kościołów), że tylko oni lub one są wyłącznymi posiadaczami prawdy – zwłaszcza, jeżeli chodzi o to, jak żyć, czym być lub, co robić – i że ci, którzy się różnią, nie tylko błądzą, ale są dzikusami lub szaleńcami i trzeba ich skować lub unicestwić. Jest straszliwą i niebezpieczną arogancją wierzyć, że tylko ty masz rację, że posiadasz magiczne oko, którym widzisz prawdę, i że inni, jeśli są odmiennego zdania, nie mają racji”. Uwaga Berlina, kreślona w końcu nie tak dawno, raz jeszcze pokazuje, że prawda może równie dobrze wyzwalać, jak i zniewalać. Jak zatem rozumieć prawdę, którą chrześcijaństwo głosi? 
Nie jest to prawda w takim znaczeniu, w jakim znaczeniu prawdą dla wyznawców Adolfa Hitlera była jego absurdalna teza o wyższości rasy nordyckiej nad pozostałymi, ani w takim znaczeniu, że dwa plus dwa to cztery. Istotne jest przede wszystkim to, że prawda ta, jak głosi św. Jan, posiada moc wyzwalającą. Od czego? Pisze ks. Hryniewicz: „Kto prawdziwie pozna prawdę, tego wyzwalać ona będzie od złudnego poczucia, iż jest jej jedynym posiadaczem i dysponentem. Pomoże zrozumieć, że trzeba poszukiwać jej wspólnie. Ileż naszych wyznaniowych prawd okazywało się pobożną iluzją?”. Ale natychmiast rodzi się pytanie: jak dotrzeć do „prawdy prawdziwej”, do tej, która otwiera, a nie zamyka, do prawdy, która uczy tolerancji, a nie nienawiści? Czy chodzi o poznanie i przyjęcie wszystkich dogmatów, które Kościół ogłaszał i do wierzenia podaje? Czy poznać prawdę chrześcijaństwa to znać wszystkie encykliki Jana Pawła II?
Bynajmniej! To wszystko, co znajdujemy w dokumentach i nauczaniu kościelnym, można zakwestionować. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę Simone Weil, kiedy mówiła, że zarówno twierdzenie: „Bóg istnieje”, jak i „Bóg nie istnieje”, jest tak samo prawdziwe. Czym zatem jest prawda chrześcijaństwa? Hryniewicz przytacza wypowiedź Nikolausa Lobkowicza, który – jak się zdaje – trafia w sedno: „W dzisiejszych czasach mało kogo porusza religia, wiara religijna, która nie potrafi wzbudzić nadziei, że zna odpowiedź na nasze najgłębsze potrzeby i najskrytsze tęsknoty. Nie odpowiedzi, lecz odpowiedź. Taką odpowiedzią może być jedynie osoba. Albowiem każdą wypowiedź można zrelatywizować, natomiast za osobą można tylko postępować – albo ją zanegować”. Dla chrześcijaństwa taką osobą jest Chrystus. I On pokazał, że prawda nierozerwalnie wiąże się z dobrem. W Piśmie czytamy: „przeszedł dobrze czyniąc”. Chrześcijaństwo przyszłości musi przeobrażać się w religię ludzi, którzy idąc, dobrze czynią, którzy naprawdę kochają bliźnich.

Duch wieje, kędy chce
Już po tym, co zostało tu powiedziane widać, że w omawianej książce nie znajdziemy dokładnego scenariusza rozwoju chrześcijańskiej wiary. Ks. Hryniewicz nie zamierza prowadzić analiz przemian religijności, by na ich podstawie mówić, jak będzie wyglądać oblicze wiary chrześcijańskiej za kilkanaście lat. Wie bowiem, że duch Boży wieje, kędy chce, że działa w miejscach, w których się Go nie spodziewamy, że często mówi poprzez ludzi odsuniętych na margines widzialnego Kościoła. Paradoksalnie historia zbawienia w ujęciu Hryniewicza jest nauczycielką, która podpowiada, że w sprawach dotyczących jutra nikt nie może mieć pewności. „Można jedynie dzielić się swoimi odczuciami, przewidywaniami, nadziejami – pisze. – Rzut oka na minione dzieje chrześcijaństwa poucza jednak, że potrafi ono przetrwać najtrudniejsze próby dziejowe, zmagając się z własną słabością, nieumiejętnością przekazywania Ewangelii i dawania jej świadectwa”.
Ale pytanie o chrześcijaństwo przyszłości rozgrzewa umysł, serce i wyobraźnię. Podpowiada, by jutrzejsze oblicze wiary kształtować poprzez wydobywanie z mroków historii tych sposobów przeżywania chrześcijaństwa, które z trudem przebijały się do oficjalnego nurtu Kościoła. Dlatego ks. Hryniewicz sięga do Ojców Kościoła (np. Klemensa Aleksandryjskiego, który mówił o Bogu współczującym), mistyków (np. Julianny z Norwich, która mówiła, że „grzech jest nieuchronny, ale wszystko będzie dobrze”) czy niestrudzonych poszukiwaczy Boga, także w innych tradycjach religijnych (np. Tomasza Mertona, który głosił solidarność duchową między ludźmi odmiennych tradycji religijnych). Dlaczego właśnie taka strategia myślenia ma odsłonić to, co może stać się udziałem chrześcijan jutro?
Strategia opisu rzeczywistości, którą proponuje ks. Hryniewicz, jest świadomym przedsięwzięciem. Lata ekumenicznej pracy, której towarzyszyły niejednokrotnie rozczarowania, podpowiadają, że w dialogu między wyznaniami chrześcijańskimi ochrona kościelnych struktur i wpływów wciąż jest ważniejsza niż wola pojednania i współpracy. Nie znaczy to, że mamy rezygnować z wysiłku reformowania religijnych instytucji. Nie przestała obowiązywać soborowa zasada: Ecclesia semper reformanda. Kłopot jednak w tym, że chrześcijańskie Kościoły (nie wyłączając katolickiego) z dużym dystansem podchodzą do wszelkich reform instytucjonalnych. Kiedy ks. Hryniewicz mówi o konieczności zmiany pojmowania chrześcijaństwa, to mówi przede wszystkim o przemianie sfery duchowej wierzących. „Skłonny jestem wątpić, że przeżywamy obecnie przede wszystkim kryzys wiary w Boga – pisze. – Kryzys ten dotyka raczej samego sposobu rozumienia chrześcijaństwa oraz jego doktryny i duchowości”. Innymi słowy: jeżeli zmieni się nasze duchowe podejście do świata, swe oblicze zmienią także nasze kościelne struktury. Oto, jak się zdaje, centrum sporu o przyszły kształt wiary. Pytanie tylko, co w sferze duchowości miałoby na przykład ulec przemianie? 

Dowód na istnienie Boga
Nie od dziś ks. Hryniewicz przekonuje, że ludzie muszą zdać sobie sprawę z długiego procesu przezwyciężania w chrześcijaństwie zachodnim pesymistycznego poglądu o niewielkiej liczbie zbawionych i bankructwie odkupienia. Decydujący wpływ na taką wizję dziejów świata miał św. Augustyn. To on pisał w „De civitate Dei” (XXI,12) o potępionej masie ludzi („massa damnata”). Jakie były konsekwencje tej doktryny, łatwo przekonać się na podstawie wnikliwego studium Jeana Delu-
meau „Grzech i strach. Poczucie winy w kulturze zachodniej, XIII-XVIII w.” (Warszawa 1994). Doktryna ta przekształciła chrześcijaństwo w religię strachu, niepokoju i agresywności wobec ludzi grzesznych. W samym człowieku widziano istotę zbrodniczą i godną pożałowania. Śmiech został usunięty z życia wierzących.
Chrześcijaństwo przyszłości musi uwolnić się od tego utrwalanego przez wieki pesymizmu. Czyż w tym kontekście nie miał racji Nietzsche, kiedy pisał: „Lepsze pieśni musieliby śpiewać, abym uwierzył w ich Zbawiciela; na bardziej zbawionych musieliby mi wyglądać jego uczniowie”. Bóg ludzi odkupionych i zbawionych, nie jest Bogiem średniowiecznych teologów przedstawiających Go jako surowego Władcę grożącego piekłem. Nie jest również Bogiem kaznodziejów opowiadających się za duszpasterstwem strachu. Przed takim Bogiem nie można ani tańczyć, ani paść na kolana, by się do Niego modlić. To nie jest również Bóg proroków i Ewangelistów. 
Dlatego chrześcijaństwo musi zdobyć się także i na to, by przestać kojarzyć się z cierpiętnictwem, biczowaniem i worem pokutnym. Winno raczej pokazać, że wiara rodzi uśmiech, że podtrzymuje radość, że jest wezwaniem do tańca na chwałę Stwórcy. Pisze ks. Hryniewicz: „Paschalne przesłanie Ewangelii nie jest odłączne od radości. Radość może wyrażać się poprzez śmiech. (…) Śmiech ten ma charakter symboliczny. Jest symbolem nadziei na ostateczne zwycięstwo życia nad śmiercią”. Śmiech, jak przekonuje francuski filozof René La Senne, może być swoistym dowodem na istnienie Boga: „Głównym dowodem istnienia Boga jest dla mnie radość, którą odczuwam na samą myśl o Jego istnieniu”. Chrześcijaństwo musi przeobrażać się w religię tych, którzy naprawdę potrafią cieszyć się swoją wiarą, którzy choć trochę będą przypominać ludzi odkupionych i zbawionych.

Czy zatem możemy sensownie twierdzić, iż chrześcijaństwo mamy wciąż przed sobą?
Dyskretny urok chrześcijaństwa, z takim wyczuciem pokazany w książce Hryniewicza, polega m.in. na jego nieprzewidywalności. Bo chrześcijaństwo – na tym polega również jego siła – będzie wciąż zaskakiwać tych wszystkich, którzy odważą się szukać w nim duchowej strawy; zdobędą się na trud czytania Biblii czy studiowania wielowiekowej Tradycji Kościoła. Gdyż dopiero wówczas może się okazać, że człowiek usłyszy i zobaczy to, czego „ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało…”.

Wacław Hryniewicz, „Chrześcijaństwo nadziei”, Wydawnictwo „Znak”, Kraków 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl