LISTY





Bogowie istnieją

Czesław Miłosz napisał w eseju „Upadek Cesarstwa Rzymskiego” („TP” nr 48/2002), że według Lukrecjusza bogowie nie istnieją. Tymczasem w głównym dziele tego epikurejczyka „O naturze wszechrzeczy” (na które powołuje się Miłosz) czytamy:

„Taka już jest i być musi natura wszystkich bogów, 
Że obca dla spraw ludzkich, wzniesiona ponad ogół,
Używa w pełnej ciszy nieśmiertelnego bytu.
Wolna od bólów naszych w przestrzeni górnych błękitów,
Własną potęgą można, na nas nie pragnie polegać
I ani modłów nie słucha, ani bluźnierstwa dostrzega.”


Tak więc bogowie ponad wszelką wątpliwość istnieją, tylko że nie mają nic wspólnego z ludźmi, w szczególności nie karają ich ani nie nagradzają. Świat bogów nie ma punktów stycznych ze światem ludzkim, ponieważ bogowie nie doznają wrażeń zmysłowych:

„Również uwierzyć trudno, aby bogowie święci
Mieli siedziby w jakiejś naszego świata części.
Zwiewna natura bogów, z dala od zmysłów stojąc, 
Ledwie naszym umysłem chwycić się da i pojąć.
Jeśli dotykowi naszych się rąk wymyka,
Sama też żadnym sposobem rzeczy 
nie może dotykać,
Które są dla nas uchwytne, bo temu, 
co samo dotknięte
Zostać nie może, jest także dotykanie odjęte.”


Lukrecjusz dowodzi też, że bogowie nie stworzyli naszego świata i nie mają z nim żadnego związku. Nie obchodzą ich ani ludzkie modlitwy, ani bluźnierstwa. Nie ma nic, co skłoniłoby ich do porzucenia spokoju i zaangażowania się w nasze problemy. Przypomina to słowa Jeana-Paula Sartre’a z „Much”: „Cóż mnie i tobie, Boże?; przepływamy obok siebie jak dwa okręty, nie dotykając się nawzajem”. Wniosek Lukrecjusza jest prosty: bogów nie należy się lękać. Ale że istnieją, to pewne.

JERZY BUKOWSKI
(pracownik katedry filozofii Akademii Ekonomicznej w Krakowie)


PS. Wszystkie cytaty z „De rerum natura” w tłumaczeniu Edwarda Szymańskiego.


JACEK KWAŚNIEWSKI
(Warszawa)






Misja „obok Kościoła”

W tekście Piotra Sikory „Wątpliwości” („TP” nr 43/2002) stwierdzenie amerykańskich uczonych: „W świetle przekonania, że Żydzi trwają w wiecznym przymierzu z Bogiem, wyrzekamy się misjonarskich wysiłków zmierzających do nawracania Żydów na chrześcijaństwo”, autor komentuje następująco: „Rezygnacja z misji do Żydów, która wynika z racji teologicznych, jest niesłuszna, zarówno gdy neguje się powszechność zbawczego znaczenia Chrystusa, jak i gdy neguje się wartość świadomości owego znaczenia”. Z przykrością muszę stwierdzić, że Piotr Sikora nie doczytał listu św. Pawła do Rzymian (na który zresztą się powołuje), a zwłaszcza jego rozdziału 11. Św. Paweł nakreśla tam „scenariusz” historii Izraela, kończący się happy-endem: „Cały Izrael będzie zbawiony” (Rz 11,26). Według apostoła historia jest w toku, ale z pewnością zakończy się dla Izraela szczęśliwie. Tyle że taki finał będzie wynikiem interwencji Boga i będzie tak spektakularny, że św. Paweł porównuje go do zmartwychwstania (Rz 11,15). Do czasu tej interwencji Boga Żydzi mają specyficzną misję, którą zna Bóg (i którą ujawnia nieco św. Paweł). Chyba można powiedzieć, że jest to misja „obok Kościoła”. Nie można więc mówić o prostym nawracaniu Żydów, ale raczej o potrzebie szukania przez Kościół woli Bożej, która jest ciągłym »stawaniem się«”.
Jednym słowem: nie takie to proste, jak młodemu teologowi się wydaje; który w swojej wypowiedzi trochę „zmumifikował” żywą historię.

Ks. GRZEGORZ RAFIŃSKI
(Gdańskie Seminarium Duchowne)


Zainteresowanych dyskusją nad dokumentem amerykańskich teologów zapraszamy na naszą stronę internetową: www.tygodnik.com.pl/archiwum
– „Od »Dabru emet« po »Święty obowiązek«”.

BARBARA KOSSOWSKA
(Südstadt, Austria)






Wojenny adwent

Tamten czas zapamiętałem z detalami. Trwała czwarta, wojenna zima. W „Danziger Vorposten”, partyjnej gazecie codziennej gdańskich hitlerowców, coraz częściej pojawiała się nazwa „Stalingrad”. Na pierwszej stronie pisano o zwycięstwach Wehrmachtu, na ostatniej pojawiało się coraz więcej wojennych nekrologów. Właśnie wtedy, pewnego mrocznego poranka, stanął pod naszymi drzwiami młodszy brat taty – wujek Janek, który zbiegł z hitlerowskiego obozu. Mama ubrała go w czystą odzież, nakarmiła z zaoszczędzonej na święta żywności. Miłosierny Bóg czuwał nad naszą rodziną, bo w ciągu zaledwie dwóch tygodni, przy pomocy polskich księży, których kilku uchowało się na Wybrzeżu, znaleziono dla wujka ukrycie w Borach Tucholskich. Pewnego wieczora w przedświątecznym tygodniu mama nakarmiła go jego ulubionymi plackami ziemniaczanymi, zapakowała na drogę kilka skibek chleba z margaryną i zaopatrzyła w nasz najlepszy ręcznik oraz kawałek mydła. Pamiętam, że tata dał wujkowi swój ulubiony scyzoryk. Tak wyposażony ruszył do partyzantki. Wszyscy przeżyliśmy wojnę, a wuj za partyzancką działalność otrzymał nawet jakieś odznaczenie.
Pamiętam, że w tamtą wigilię były kartofle „w mundurkach” i opiekany dorsz w occie, którego dostarczyła nam ciocia mieszkająca w pobliżu portu. Kolędy śpiewaliśmy z żarliwością. Niemieckie – głośno, polskie – cichutko, aby nie usłyszeli nas niemieccy sąsiedzi. Były też prezenty. Od mamy dostałem wełniane rękawice z jednym palcem, od starszej siostry – grubą jak kciuk i długą na 20 cm czerwoną kredkę. Od tego czasu wszystkie moje dziecięce „malunki” miały kolor czerwony. Nawet choinka i las. Innych kolorowych kredek przecież nie miałem, a ta jedna, wigilijna, była dla mnie w dodatku bardzo ważna – przypominała mi wujka Janka, ukrywającego się gdzieś w pomorskich lasach.

MICHAŁ SIKORA
(Gdynia) 






Ludzka i dobrowolna

Pracuję w służbie zdrowia i chcę opowiedzieć pewną historię. W pewnym szpitalu, na jednym z oddziałów młoda pielęgniarka, matka dwójki dzieci, wykonała sobie rutynowe prześwietlenie płuc. Na zdjęciu rozpoznano guz – szybka operacja, potem czas pełen nadziei i, niestety złudnego, spokoju, że wszystko będzie dobrze. Choroba wróciła za kilkanaście miesięcy. Przeprowadzono kolejną operację, tym razem usunięcia płuca, rozpoczęła się chemioterapia i dalsze leczenie. Nie będę tego opisywać szczegółowo. Ta dziewczyna walkę z rakiem przegrała. W stanie terminalnym, gdy rodzina nie radziła sobie z opieką w domu, chora zgodziła się pójść do szpitala, ale tylko na oddział, na którym pracowała. I tam jej koleżanki dobrowolnie i poza godzinami pracy, opiekowały się nią do końca. Chciałabym podkreślić solidarność: zawodową i zwykłą, ludzką. Te dziewczyny nie czyniły tego dla rozgłosu, pieniędzy, czy poprawy samopoczucia, ale dlatego, że czuły, że tak być powinno. Tą drogą wyrażam uznanie zarówno dla rodziców, że je tak wychowali, jak nauczycieli zawodu.

(czytelniczka z Rymanowa, nazwisko i adres do wiadomości redakcji)


PS. Czytelniczką „TP” jestem od kilkunastu lat. Był dla mnie przewodnikiem na krętej drodze przemian w ojczyźnie, a i teraz sięgam po niego chętnie i zawsze znajdę coś ciekawego. W zalewie codziennej prasy i kolorowych periodyków pozostajecie właściwą miarą rzeczy, nawet jeśli z niektórymi Waszymi artykułami można polemizować.







Do przyjaciół niepełnosprawnych

W dniu św. Mikołaja – patrona dobroczynności, 6 grudnia 2002 r., ulicami Krakowa przeszło blisko 500 osób: niepełnosprawnych i ich opiekunów. Protestowali w ten sposób przeciwko projektowi nowelizacji ustawy o rehabilitacji społecznej i zawodowej niepełnosprawnych, który przewiduje, że ze środków PFRON nie będą dofinansowywane koszty uczestnictwa w warsztatach terapii zajęciowej niepełnosprawnych przebywających m.in. w domach pomocy społecznej. Zakaz uczestnictwa mieszkańców domów stałego pobytu w warsztatach dotyczy tysiąca osób niepełnosprawnych w całym kraju. Dla budżetu państwa to oszczędność zaledwie 1 miliona zł miesięcznie. Dla ludzi natomiast to dramat, ponieważ warsztaty nie tylko wypełniają im czas i dają możliwość pracy, ale są też miejscem spotkań z kolegami spoza domów pomocy. Bez nich domy staną się gettami, w których niewiele się dzieje.
Niepełnosprawni z domów pomocy społecznej po wejściu projektu ustawy w życie mogliby uczestniczyć w warsztatach, ale pod warunkiem, że gminy lub powiaty sfinansowałyby ich zajęcia. Przepełnione i borykające się z chronicznymi brakami finansowymi domy pomocy nie stworzą jednak nowych miejsc terapii. W wielu domach już teraz terapia zajęciowa jest fikcją, ponieważ nie starcza pieniędzy nawet na podstawowe potrzeby. Oburza nas również brak konsultacji projektu nowelizacji ustawy z działaczami organizacji pozarządowych.
Wszystkich zainteresowanych szczegółami protestu, którzy chcieliby nam pomóc w niedopuszczeniu do opisanej zmiany prawa, zapraszamy do odwiedzenia strony internetowej: www.albert.krakow.pl

Podpisali: niepełnosprawni mieszkańcy domów pomocy społecznej, uczestnicy warsztatów terapii zajęciowej oraz wolontariusze i pracownicy organizacji pozarządowych, m.in. z: Aleksandrowa Kujawskiego, Chrzanowa, Katowic, Kielc, Krakowa, Łodzi, Poznania, Radwanowic, Rudy Śląskiej, Sosnowca, Śledziejowic, Torunia, Warszawy, Wrocławia, Zakopanego.

PIOTR CIEŚLAK
dyrektor Festiwalu Festiwali Teatralnych „Spotkania”





Dla ciekawych Biblii

Wydział Pedagogiczny Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej IGNATIANUM w Krakowie organizuje korespondencyjny kurs biblijny, którego celem jest lepsze poznanie ksiąg Pisma Świętego. W kursie może brać udział każdy zainteresowany Biblią. Dodatkowe informacje można otrzymać, a także składać zgłoszenia uczestnictwa, pod adresem:
Ks. Zbigniew Marek SJ ul. Zaskale 1
30-250 Kraków, z dopiskiem: „Kurs biblijny”.

Organizatorzy kursu proszą o dołączanie do korespondencji koperty z podanym adresem zwrotnym i naklejonym znaczkiem pocztowym.

Ks. prof. ZBIGNIEW MAREK SJ
(dziekan Wydziału Pedagogicznego IGNATIANUM)

















LISTY – apele o pomoc

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl