Po zamachu na Dubrowce rosyjskie władze,
społeczeństwo i media zwierają szeregi


Sznur ukręcimy sobie sami

Anna Łabuszewska z Moskwy



sKilka zmarzniętych kwiatów, posypany piaskiem chodnik, cytat z okolicznościowej mowy prezydenta i prowizoryczny barak ekipy remontowej: tak wygląda dziś moskiewska Dubrowka, gdzie pod koniec października rozegrał się dramat kilkuset ludzi sterroryzowanych przez czeczeńskich fanatyków. Tu: cisza i zimny wiatr, trochę dalej: tętniące życiem miasto. Pamięć marznie w nim szybciej niż czerwone płatki goździków.



Naczelne zadanie, jakie postawiły sobie władze Rosji w dniach kryzysu „Nord-Ost” (zamach na Dubrowce nazwano od tytułu musicalu, przerwanego przez atak Czeczenów) brzmiało: „Ratować państwo!”. Nawet kosztem życia obywateli; ci przecież nigdy się w Rosji nie liczyli. Przemiany ostatniej dekady nie wniosły w tym względzie korekty w tradycyjne rosyjskie myślenie.

Władza na straży państwa
Po unieszkodliwieniu – strzałem w głowę – uśpionych gazem terrorystów, władze zdają się być całkowicie zadowolone obrotem spraw i nie zamierzają podejmować dyskusji ani o przyczynach, ani o skutkach tragedii. Problemy pozostają zatem nierozwiązane, w tym najważniejszy: Czeczenia. Oficjalnie nie mówi się, że u źródeł czeczeńskiego „nieposłuszeństwa” stoi rosyjska agresja – i ta sprzed dwóch wieków, i ta sprzed kilku lat. Obowiązująca figura propagandowa każe łączyć zamach na Dubrowce z międzynarodową siatką islamskich ekstremistów. Choć trudno kategorycznie odrzucić domniemanie o finansowym wsparciu czeczeńskich terrorystów z zagranicy, to wrzucanie ich do jednego worka z Al-Kaidą jest wygodnym uproszczeniem, stosowanym przez władze nie tylko na użytek wewnętrzny, ale także – może przede wszystkim – „na wynos”.
Eksperci wskazują, że perspektywa rozwiązania czeczeńskiego ,,węzła” oddala się z każdą kolejną decyzją Kremla. Trudno uznać za dobry prognostyk deklarację o odrzuceniu rozmów pokojowych z przedstawicielami bojowników, a tym bardziej przymusowe przesiedlenia Czeczenów z obozów dla uchodźców w Inguszetii, do „czyszczonej” przez siły federalne Czeczenii.
Konsekwencją wydarzeń na Dubrowce jest powracający motyw wzmocnienia sił bezpieczeństwa przez utworzenie jednego ,,resortu siłowego” na wzór zdemontowanego kiedyś KGB. Co ciekawe, żaden z generałów nie usłyszał złego słowa za to, że wyposażone we wszelkie niezbędne przepisy i instrumenty służby specjalne „nie zauważyły” przygotowań do zamachu i nie potrafiły mu zapobiec. Prezydent Putin niechętnie podejmuje decyzje, w tym decyzje kadrowe – szczególnie, gdy dotyczą armii czy spec-służb. Przypomnijmy: za katastrofę okrętu podwodnego „Kursk” pociągnął do odpowiedzialności kilku admirałów dopiero po roku, a potem i tak obdarował ich wygodnymi synekurami.

Społeczeństwo na straży spokoju
Zamach na Dubrowce zburzył na chwilę błogość rosyjskiej „małej stabilizacji”, z powodzeniem lansowanej przez Putina. Wojna w Czeczenii, nawet wiadomości o ofiarach wśród żołnierzy już od dawna nie naruszały spokojnego snu obywateli, zajętych trudną sztuką przystosowywania się do warunków życia w epoce żarłocznego neokapitalizmu. 
,,WWP” – jak familiarnie nazywają prezydenta prasowi komentatorzy – doskonale wyczuł społeczne zapotrzebowanie na stworzenie pozorów stabilności w państwie targanym konfliktami i walką o podział dóbr. Teraz społeczeństwo odpłaca się przywódcy poparciem. W przeprowadzonych „po Dubrowce” badaniach opinii prezydent osiągnął zawrotny wskaźnik społecznej aprobaty: 83 proc. Co ciekawe, wszystkie gazety ogłosiły tylko ten wynik, a tylko jeden tytuł (opozycyjny) ujawnił dane dotyczące pytań szczegółowych. Otóż na pytanie, czy popierasz politykę wobec Czeczenii, 73 proc. odpowiedziało negatywnie; blisko 80 proc. źle ocenia realizację obietnicy prezydenta rozbicia bojowników czeczeńskich. I jeszcze: ponad połowa pytanych stwierdziła, że prezydent nie radzi sobie z polityką bezpieczeństwa. 
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to kolejne świadectwo społecznej paranoi: z jednej strony społeczeństwo bezapelacyjnie popiera Putina, a z drugiej – zdecydowanie krytykuje. Jeśli jednak uważnie przeczytamy, które dziedziny nie zyskują aprobaty (sposób prowadzenia wojny w Czeczenii, stan bezpieczeństwa wewnętrznego), to wszystko złoży się w logiczną całość: ludzie są niezadowoleni, że gdzieś daleko toczy się jakaś wojna, ale dlatego że jest to wojna kosztowna i stwarza zagrożenie dla ich życia. Popierają zaostrzenie metod walki z „czeczeńskim czyrakiem”, bo po prostu chcą mieć spokój. I tyle.
Większość moich moskiewskich rozmówców już miesiąc po zamachu wzruszała ramionami na pytanie o Dubrowkę: po co mówić, najlepiej zapomnieć, jak najszybciej, nie pytać, nie drążyć, przecież i tak nic się nie zmieni, nie mamy żadnego wpływu na politykę. Jedyną wyczuwalną zmianą w nastrojach społecznych jest zdecydowana radykalizacja postaw wobec sprawy czeczeńskiej i Czeczenów. Krótko po zamachu w prasie ukazały się artykuły nawołujące do wygnania ich z Moskwy, „bo wszyscy są podejrzani”. Nieoczekiwanie jeszcze bardziej radykalne opinie spotkałam w środowisku młodych ludzi, studentów, przyszłej elity: „Jedynym sposobem na rozwiązanie kwestii czeczeńskiej jest wybicie Czeczenów do nogi i wypalenie Czeczenii do gołej ziemi, bo Czeczeni są wojowniczy z natury, zawsze będą się buntować”. Jednocześnie wszyscy wyrażają przekonanie, że zamachy będą się w Moskwie powtarzać.
Jedyną grupą, która głośno upomina się o swe prawa i nie pozwala zapomnieć o tragedii „Nord-Ost”, są rodziny zakładników: nie tylko złożyły pozwy o rekompensaty finansowe, ale zadają publicznie trudne pytania. Władze nie mają jednak ochoty dzielić się wiedzą o okolicznościach szturmu, a zatrwożone o swój status media niechętnie informują o szczegółach akcji.

Media na straży porządku
„– A we wtorek, towarzysze, powiesimy was. 
Milczenie. Ciche westchnienia. 
– Czy są pytania? 
– Owszem: czy sami mamy przynieść sznur, czy też dostaniemy na miejscu?”.
Taki dowcip – arcydzieło radziesckiego czarnego humoru – tygodnik „Nowoje Wriemia” przypomniał na marginesie rozważań o przełomie, którym dla mediów była Dubrowka. Władze – przerażone tym, że telewizje pokazały za dużo – uruchomiły dyspozycyjną Dumę Państwową, przed którą postawiono zadanie nowelizacji ustawy o mediach. Deputowani wykonali 200 proc. normy i wprowadzili tak drakońskie poprawki ograniczające wolność słowa, że dziennikarze postanowili zaprotestować. Ale jedyną rzeczą, którą wymyślili, było... napisanie listu do prezydenta, dokładnie w duchu dobrej carskiej tradycji: wiernopoddańczy list do monarchy z prośbą o światłą interwencję, bo źli bojarzy narozrabiali, a więc jedyna nasza ucieczka to ukochany przywódca, który nie pozwoli nas skrzywdzić... 
Następnie odbyło się spotkanie prezydenta z przedstawicielami mediów. I „WWP” pokazał, kto tu rządzi. Zamiast najpierw porozmawiać z dziennikarzami, prezydent przyszedł na spotkanie już po podjęciu decyzji: oświadczył, że zawetował nowelizację, a potem sformułował jeszcze kilka pretensji pod adresem tych czy innych mediów. Teraz ma powstać komisja, która opracuje nowy tekst ustawy; warto zauważyć, że ustawa nie nazywa się „O wolności słowa”, ale „O środkach masowego przekazu”. 
Ale i tak głównym czynnikiem kształtującym obecną politykę mediów są nie tyle dyrektywy z „góry”, ile wewnętrzne regulacje, których autorem i egzekutorem jest na ogół redaktor naczelny, działający w porozumieniu z właścicielem tytułu. Obowiązuje zasada: „nie wychylaj się”. W tej chwili zawarto tymczasowy konsens: na liście tematów zakazanych znajdują się Czeczenia i zakładnicy „Nord-Ostu”. Ale w każdej chwili mogą się na niej znaleźć inne tematy. A to – oczywiście – nie będzie zależało od dziennikarzy, tylko od Kremla.
Rezultat jest taki: dziennikarze odrzucili kaganiec nałożony przez władze i teraz mają sobie zrobić kaganiec własnymi rękami, i sami go sobie nałożyć. Naturalnie w porozumieniu ze służbami specjalnymi – prezydent nakazał prowadzenie konsultacji przedstawicieli mediów z Federalną Służbą Bezpieczeństwa! 
Jeśli system się sprawdzi, to może następną tak „zreformowaną” dziedziną będzie więziennictwo: przepełnieni poczuciem obywatelskiego obowiązku więźniowie będą pilnować się sami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl