Prawo przed demokracją?

Marcin Król



Po raz kolejny Instytut Nauk o Człowieku w Wiedniu i Project Syndycate z Nowego Jorku zorganizowali wielką konferencję, tym razem na temat moralności i gospodarki. Spośród wielu znakomitych mówców, intelektualistów i polityków, zwróciłem uwagę na – jak zwykle – wyjątkowo jasną i dobrze skonstruowaną wypowiedź Lorda Ralfa Dahrendorfa. 
Dahrendorf przedstawił jedną, ale ważną tezę. A mianowicie, przy całym przywiązaniu do demokracji, za równie ważne uznał istnienie rządów prawa. Niemal banał. Dahrendorf zwrócił jednak uwagę na fakt, że istniały kraje, w których niewątpliwie można było mówić o rządach prawa, ale nie o demokracji, na przykład Prusy, oraz takie, w których demokracja bez wątpienia jest ważniejsza niż rządy prawa, jak współczesne Stany Zjednoczone. Z tego zaś wynika, że związek demokracji i rządów prawa nie jest tak oczywisty, jak się często sądzi.
Dahrendorf jest jednak pilnym obserwatorem sytuacji w krajach, które odzyskały niepodległość po 1989 roku i na tej podstawie sformułował obserwację dalej idącą. Przyznał, że przez długi czas uważał zbudowanie demokracji za najważniejszy cel. Jednak teraz sądzi, że wprowadzenie formalnej czy instytucjonalnej demokracji jest stosunkowo proste i następuje w miarę szybko, natomiast wprowadzenie rządów prawa jest znacznie trudniejsze i postępuje powoli lub niemal wcale. Dlatego (i to jest jego teza): gdyby dziś miał cokolwiek radzić, zalecałby wprowadzenie rządów prawa zanim nastąpi rozwój demokracji, bo potem jest często za późno i za trudno.
Kiedy obserwujemy stytuację polityczną i społeczną w Polsce i w innych krajach, które przechodzą przez proces przemian, musimy się zgodzić z Dahrendorfem. Stan rządów prawa jest, co wie każdy, gorszy niż mogliśmy byli sobie wyobrażać i nic nie wskazuje na to, by szybko oraz bezboleśnie nastąpiła w tym zakresie poprawa sytuacji. Jednak słuszna teza Dahrendorfa nasuwa jedną, ale za to bardzo poważną wątpliwość. Jak można wprowadzić najpierw rządy prawa, a dopiero potem demokrację? Przykład Prus nie jest tu w niczym pomocny. Innego precedensu nie znamy. Rzeczywiście doświadczenia wielu, nie tylko europejskich krajów, dowodzą, że wprowadzeniu formalnej demokracji towarzyszy bardzo często dynamiczny rozwój korupcji, a także nierządu w instytucjach powołanych do strzeżenia prawa, w tym – niestety – także w sądach. Zjawisko to z kolei wpływa na jakość demokracji i często obniża tę jakość tak bardzo, że zniechęca obywateli, co z kolei powoduje osłabienie samej demokracji.
Czy istnieje jakikolwiek sposób na przerwanie tego błędnego koła? Naturalnie można sobie wyobrazić oświeconego despotę, który wprowadza rządy prawa, a jego następcy dopiero zajmują się demokracją, ale jest to pomysł czysto teoretyczny, a oświeconych despotów, którzy gotowi byliby oddać władzę demokracji, jakoś nie bywa. Wydaje się zatem, że jedyny sposób na wprowadzenie równoczesne rządów prawa i demokracji to rozpoczęcie obu procesów od niesłychanie daleko posuniętego rygoryzmu w dziedzinie wymiaru sprawiedliwości. 
W Polsce i w wielu krajach znajdujących się w podobnej sytuacji zwracaliśmy wiele uwagi na lustrację w zakresie dotyczącym współpracy z tajnymi służbami dawnego reżimu. Okazuje sie, że – nie lekceważąc owej lustracji – co najmniej równie istotne było radykalne przemeblowanie sądownictwa, prokuratury i wszystkich innych pobliskich środowisk. Tym razem jednak nie chodziło o lustrację, lecz po prostu o usunięcie wszystkich tych, którzy gorliwie (lub choćby tylko bez protestu) służyli dawnym panom. Wiem, że wielu sędziów starało się zachowywać uczciwie, jednak każdy, kto choćby raz naruszył zasady rządów prawa, powinien odejść, chociaż rzadko można go obwiniać o rażące wykroczenia. Jeszcze dzisiaj jest to możliwe i chyba konieczne. 





 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl