Bogu niech będą dzięki: wchodzimy do Unii

Krzysztof Kozłowski



Naprawdę, Bogu niech będą dzięki. Są chwile, kiedy uzasadniona wydać się może nuta nostalgii za dawnymi czasami, gdy Kościół nie był rozdzielony od państwa, i kiedy nasi przodkowie znajdowali proste, nie wymagające wielkich słów i czytelne dla każdego formy dla wyrażenia narodowej satysfakcji. 
Pisał Paweł Jasienica, kiedyś redaktor „Tygodnika”: „O szóstej wieczorem [dnia 3 maja 1791 roku], wezwany zgodnym, chóralnym okrzykiem stu dziesięciu posłów, olbrzymiej większości arbitrów i całego wojska z podwórza, Stanisław August zaprzysiągł odczytany już tekst Konstytucji. Zaraz też ruszył do katedry Św. Jana, by powtórzyć to przed ołtarzem”. Tam odśpiewano dziękczynne „Te Deum laudamus” – gest pieczętujący, wykonywany w momentach dziejowych. Dziś, gdy państwo to rzeczywistość świecka, brakuje czasem w tej naszej demokracji gestów dla wyrażenia takich emocji. 
Kiedy więc wiemy już, że od 1 maja 2004 roku możemy przystąpić do Unii Europejskiej – podziękujmy, również sobie nawzajem. Za to, że wytrzymaliśmy nerwowo, że wypowiedzieliśmy w sumie nie za wiele głupstw. Że nawet natrętne roszczenia i lękliwe opory poszczególnych grup społecznych były cennym, w ostatecznym rozrachunku, elementem wspólnej gry. Że premier Leszek Miller, późno bo późno, na ostatniej prostej przestał jednak być przede wszystkim przywódcą partyjnym, a wszedł w rolę reprezentanta całej Polski, odwołując się nie tylko do ciągłości polityki zagranicznej Trzeciej Rzeczypospolitej po 1989 roku, ale także do solidarności, także tej historycznej, przez duże „S”, oraz do Papieża. 
Tak należy grać, tak należy zawierać u celu rozsądny kompromis. Nie przejmujmy się, że wielkie, decydujące batalie z natury rzeczy składają się z mnóstwa na pozór chaotycznych, małych starć, gdzie chodzi o przysłowiową piędź ziemi, a w naszym przypadku o umiarkowane dodatkowe korzyści, wynegocjowane w ostatniej chwili w Kopenhadze, które i tak za kilka lat przestaną mieć znaczenie. Wygraliśmy przecież nie jakieś wielkie pieniądze, choć i one są ważne, ale naszą przyszłość, w Unii Europejskiej. I szansę dla tych, którzy przyjdą po nas. 
Dokładnie 21 lat temu, 13 grudnia 1981 roku, byliśmy – my, naród polski, obywatele tego kraju – dosłownie na dnie. 13 lat temu, w wolnej już Polsce, ruszały zasadnicze przemiany gospodarcze. Prawie cztery lata temu weszliśmy do NATO. Dziś natomiast przestajemy być jakąś niedookreśloną, wymazywaną z mapy przez trzy ostatnie stulecia, odciętą przez Teheran i Jałtę od reszty świata Europą Środkowo-Wschodnią. Razem z sąsiednią Litwą i Słowacją, które kilka tygodni temu zostały zaproszone także do NATO, razem z sąsiednimi Czechami oraz z pozostałymi sześcioma dzielnymi krajami stajemy się częścią historycznej całości.
Przy tak ogromnym przyspieszeniu aż trudno zdać sobie sprawę z tego, co się w istocie dzieje na naszych oczach. A przecież trzeba będzie nadal trzymać tempo – i „ostroga” Unii Europejskiej, naszej już Unii, będzie nam w tym wyścigu wręcz niezbędna. 
Na razie jednak piłka jest na naszym polu. To my, wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, mamy za pół roku, w referendum – jak nigdy w naszej najnowszej historii – zadecydować o kształcie Europy. Nie mówmy, że „za duży wiatr na naszą wełnę”. Uwierzmy w siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl