Votum separatum

Daleko od Betlejem

JÓZEFA HENNELOWA



Jest wiele takich miejsc na ziemi, więcej niż można zliczyć. I nie chodzi o odległość geograficzną. Chodzi o człowieka. Im mniej znaczy w świecie, w którym żyje, tym dalej temu światu do miejsca, gdzie Bóg przyszedł jako człowiek, by odkryć przed nami wszystkimi, że wartość każdego z nas, na przestrzeni całej historii i na każdym miejscu ziemi, jest niewyobrażalnie wielka. Że ma niepojęte znaczenie dla samego Boga, skoro zechciał stać się jednym z nas. Ale im bardziej zaprzecza temu praktyka świata, tym dalej mu wtedy do nadziei i radości Betlejem.
Niczego człowiek nie pragnie tak bardzo, jak być potrzebnym. W jakikolwiek sposób. Bo to jest znak potwierdzenia, że jest wartością on sam, jego egzystencja i to, co ją wyraża. Idzie za uwodzicielami, którzy dla swoich celów potrafią wmówić, że jest im niezbędny. Ulega manipulacjom posługującym się wołaniem go po imieniu, złudzeniem użytego „ty”, jak w reklamie chociażby.
Buntuje się z najwyższą goryczą, gdy spotyka go okrucieństwo odtrącenia jego pracy jako już niepotrzebnej, nikomu do niczego nieprzydatnej. Nie chce pogodzić się z przewrotnym faktem nadmiaru: rąk, inicjatyw, ofert, realizacji, podaży – ale także z nadmiarem samych ludzi po prostu. Usiłuje bezskutecznie przekraczać strzeżone granice, wyrywać się z obozów dla uchodźców, odnaleźć miejsce, gdzie on i jego świat wewnętrzny będzie po coś, tak jak mówi mu to jego osobista, nieskłamana prawda. Jedną z największych prób naszego czasu będzie – wobec starzenia się społeczeństw naszego kręgu – ocalenie potrzebności ludzi starych, samotnych, nieraz już jakby zawieszonych w próżni. Ocalenie dla nich samych, jeżeli jeszcze zdają sobie z tego sprawę, ale także, w świetle prawdy Betlejem, ocalenie dla nas wszystkich jako rodzaju ludzkiego. 
Daleko od Betlejem jest tyle miejsc na ziemi, więcej niż moglibyśmy zliczyć. I staje się paradoksem, gdy odkrywamy, jak może im być blisko do stajenki Narodzenia. To między innymi szpitale. Miejsca, gdzie sednem egzystencji człowieka jest cierpienie, do gruntu upokarzające „dosłowności biologiczne” (Białoszewski). Mogłyby ostatecznie zagrażać znaczeniu człowieka, mogłyby je, zdawałoby się, unicestwić. A oto człowiek staje się najważniejszy. Pierwszoplanowe jest teraz wszystko: każdy jego pojedynczy ból, każdy sygnał organizmu, każdy znak poprawy i pogorszenia, każda potrzeba chorego i każda pomoc, jaka na nią odpowiada.
To tylko kwestia odzewu: uwagi, cierpliwości, gotowości wysłuchania i interwencji. Ludzie w białych fartuchach rozporządzają władzą nieustannego potwierdzania człowieczej ważności i to niezależnie od zakresu nadziei, jaką zapewnić mogą w sensie czysto ludzkim. Tutaj liczy się wszystko: brak pośpiechu w przechodzeniu od łóżka do łóżka i tonacja głosu, cierpliwość i uwaga, gotowość i wyobraźnia. Świat szpitalny może być światem, w którym najbardziej schorowany odzyska znaczenie wtedy także, gdy nic tego w sensie medycznym potwierdzić jeszcze albo już nie może. Utopia? Nieprawda, także doświadczenie osobiście przeżyte.
Daleko od Betlejem? Chyba nie. Jest późny ranek. Siostra Bożena po raz dziesiąty reguluje uwierającą kroplówkę. Na korytarzu stawiają niepewne kroki chorzy podtrzymywani przez cierpliwe dziewczyny o ślicznych włosach. Któraś siostra niesie spóźnione, odgrzane śniadanie pacjentce dopiero przyprowadzonej z badań. Kolejny lekarz przyszedł uspokoić, że „to minie po zastrzyku”. Dawno już przeszedł ksiądz z Nowonarodzonym w kruchych opłatkach. Wieże dwóch kościołów widoczne z okien stoją jakby tuż za szybą, niesłyszalna kolęda zdaje się sączyć po salach jak źródło.














 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl