Wszechświat, mózg i kultura

Ks. Michał Heller



Jak ustosunkować się do sytuacji, w której nauki o mózgu (neuroscience) zaczynają wdzierać się w dziedzinę zarezerwowaną dotychczas dla humanistycznej refleksji, gdy na przykład coraz lepiej zaczynamy rozumieć, jak powstają „bezpośrednie dane świadomości”? Osobiście sądzę, że jest to jedno z największych wyzwań, ale i może jedna z największych szans, jakie stają przed filozofią najbliższych dekad.


To było gdzieś w latach siedemdziesiątych – trzydzieści lat temu! Na ulicy w Krakowie spotkałem Tischnera.
– Chcesz jechać do Włoch? – zapytał. – Mam dwa zaproszenia na kongres fenomenologiczny do Arezzo. Płaci Teresa Tymieniecka. Nikt nie chce jechać. Jedźmy razem.
Nie byłem jeszcze nigdy we Włoszech. Po dłuższym pobycie wróciłem z Belgii i ważny paszport miałem jeszcze w kieszeni (w jaki sposób udało mi się wówczas dostać paszport „z prawem wielokrotnego przekraczania granicy” – to osobna historia, którą może opowiem przy innej okazji). Lojalnie oświadczyłem, że nie jestem fenomenologiem i mogę pojechać tylko turystycznie i dla towarzystwa, jeżeli nikt bardziej odpowiedni się nie znajdzie.
Nikt się nie znalazł, a Józek nie dostał paszportu i sam w Arezzo reprezentowałem polską fenomenologię. Potem z resztek pieniędzy, jakie mi zostały, kupiłem bilet do Rzymu i pozostałem tam kilka dni.
Dziś w Domu św. Marty (hotel na terenie Watykanu), zgłaszając swój przyjazd w recepcji, spotkałem Stanleya Jakiego, a wkrótce potem, przed wejściem do hotelowej jadalni, panią Teresę Tymieniecką. Przez całą kolację z nią i prof. Łojasiewiczem rozmawialiśmy o różnych sprawach. Przypomniałem jej Arezzo i dlaczego tam się zjawiłem. Teraz też organizuje ona kongres fenomenologiczny, który ma się odbyć w sierpniu przyszłego roku w Konstantynopolu (twierdzi, że dla niej to jednak Konstantynopol, a nie Istambuł). Na kongresie przewidziana jest dyskusja okrągłego stołu o związku mikro i makrofizyki i poszukuje do niej kosmologa. Zaprosiła mnie do udziału. Czy znowu miałbym jechać w roli fenomenologa?

Ricoeur i przyrodnicy
Jest rzeczą znamienną, że w Polskim Radiu i Telewizji sprawy nauki i jej popularyzacji należą do kompetencji redakcji edukacyjnych, a nie kulturalnych. Mamy także Pałac Kultury i Nauki, jakby nauka była czymś różnym od kultury. Widocznie i w innych krajach istnieją podobne rozdźwięki, bo temat tegorocznej Sesji Plenarnej Papieskiej Akademii Nauk „Kulturalne wartości nauki” (The Cultural Values of Science) spotkał się z żywym zainteresowaniem członków i wielu z nich wyrażało zaniepokojenie ciągle powiększającą się odległością pomiędzy nauką a tym, co we współczesnym świecie rozumie się przez kulturę.
Istnieje zwyczaj, że na każdą sesję Akademii zaprasza się uczonych spoza grona jej członków w roli ekspertów z dziedziny, jakiej jest poświęcona sesja. Wśród tegorocznych ekspertów znalazł się Paul Ricoeur. W swoim wystąpieniu mówił, że nauka (w liczbie pojedynczej!) stanowi pewien „projekt przygody intelektualnej i duchowej”, natomiast kultura (także w liczbie pojedynczej) stanowi element integrujący „różne czynniki, w różnych okresach czasu, zarówno w krótkiej, jak i długiej skali”. Nauka wpisuje się w kulturę jako „praktyka teoretyczna” obok innych „praktyk”, które nie są „teoretyczne”, jak na przykład technika lub polityka. Wyrażenia „teoretyczny” i „praktyczny” kojarzą się z kantowskim rozróżnieniem pomiędzy „rozumem teoretycznym” i „rozumem praktycznym”. Ricoeur chce wykroczyć poza to rozróżnienie, aby podkreślić ten wymiar fenomenu nauki, którego nie da się zredukować do procedur weryfikacji, specyficznych dla różnych działów nauki, tworzenia właściwych im pojęć i budowania odpowiednich modeli, albowiem u podstaw wszystkich tych procedur leży pewien „akt fundacyjny, ustanawiający, czym ma być projekt episteme jako formy prawdy”.
Filozof typu Ricoeura nie mógłby zaistnieć poza kręgiem języka francuskiego. Nawet przetłumaczenie tylko kilku najbardziej przejrzystych zdań z jego tekstu sprawia wrażenie odarcia ich z czegoś istotnego. Ale językiem macierzystym, a w każdym razie zawodowym, większości członków Akademii jest angielski, w dodatku większość z tej większości to przedstawiciele nauk ścisłych, nic więc dziwnego, że referat Ricoeura wzbudził liczne opory. Ricoeur mówił m.in. o „podejściu obiektywnym, naturalistycznym i podejściu refleksyjnym, hermeneutycznym”. Podejście obiektywne, naturalistyczne charakteryzuje nauki przyrodnicze; podejście hermeneutyczne jest typowe dla filozofii. W dyskusji podniesiono problem: Jak ustosunkować się do sytuacji, w której nauki o mózgu (neuroscience) zaczynają wdzierać się w dziedzinę zarezerwowaną dotychczas dla „hermeneutycznej refleksji”, gdy na przykład coraz lepiej zaczynamy rozumieć, jak powstają „bezpośrednie dane świadomości”? Osobiście sądzę, że jest to jedno z największych wyzwań, ale i może jedna z największych szans, jakie stają przed filozofią najbliższych dekad.

Myślowe schematy
Jest rzeczą straszną, jak bardzo ludzie – zwłaszcza profesjonalnie zajmujący się myśleniem – są uwięzieni w kategoriach swojego umysłu. Poprzez wychowanie, wykształcenie, własne przemyślenia, pracę zawodową itp. wytwarzają się w naszym mózgu pewne myślowe schematy. Z czasem coraz bardziej tracimy nad nimi kontrolę. Jeżeli coś jest zgodne z myślowym schematem, uważamy to za prawdziwe, odpowiadające rzeczywistości lub wręcz oczywiste. Co jest niezgodne z tym schematem, najprawdopodobniej nie zdoła się przebić przez ochronny pas intelektualnych (i nie tylko) nawyków. Oczywiście najbardziej zgodnym z moim schematem myślowym jest... mój schemat myślowy. Dlatego uważam go za oczywisty i nie podlegający dyskusji.
Ten mechanizm był widoczny jak na dłoni podczas dyskusji w sali posiedzeń Akademii. Temat dotyczący związków pomiędzy nauką i kulturą prowokuje do wychodzenia poza granice swojej naukowej specjalności (w ramach specjalności trzymanie się metody osłabia efekt „myślowych schematów”). W dodatku na sympozjum zaproszono, w charakterze ekspertów, filozofów, którzy nie mają wiele wspólnego z naukami. Jak zwykle w takich sytuacjach, wytworzyła się wieża Babel języków, różnych punktów widzenia, niemożności zrozumienia stanowiska oponenta. Nie znaczy to, że referaty i dyskusje były nieciekawe. Wręcz przeciwnie, jest rzeczą pasjonującą przyglądać się corridzie poglądów i próbować rozszyfrować: co, kto i dlaczego?
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że i ja mam swoje myślowe schematy. Czy potrafię wznieść się ponad nie? Nikt nie potrafi. A więc przynajmniej trzymać je pod kontrolą? A poza tym, gdy widzę, że prelegent lub dyskutant mówi tak, a nie inaczej, ponieważ mieści się to logicznie w jego schemacie myślowym, natychmiast widzę również, że go nie pokonam, ponieważ w krótkiej wymianie zdań nie zmuszę go, by wyszedł poza swój myślowy schemat. Więc przeważnie milczę i nadal przyglądam się gladiatorom na ubitej ziemi. I... jeszcze bardziej utwierdzam się we własnych myślowych schematach.

Software mózgu
Gdy słucham referatów z dziedziny neuroscience, zawsze przychodzi mi na myśl następująca uwaga. Porównanie mózgu do komputera, choć modne, jest z pewnością naiwnym uproszczeniem, ale – z drugiej strony – trudno przypuścić, by w mózgu nie było jakiegoś rozróżnienia na hardware i software. Należy sądzić, że w mózgu „oprogramowanie” i „maszyneria” są niewyobrażalnie bardziej zintegrowane niż to ma miejsce w dzisiejszych komputerach, ale są przecież neurony, synapsy itp. oraz „język”, jakim się one porozumiewają. Co byśmy powiedzieli o pomyśle inżyniera, który postanowiłby odtworzyć oprogramowanie komputera, jedynie rozkładając go na części składowe i badając, jak one funkcjonują, w dodatku nie wiedząc prawie nic na temat metody programowania? Nie twierdzę, żeby mu się to w końcu nie udało, zwłaszcza gdyby dysponował ogromnymi środkami technicznymi i finansowymi, ale staram się dostrzec skalę trudności problemu. Jaki jest zatem software naszego systemu nerwowego?

By nie zabrakło oliwy...
Na tyłach bazyliki św. Piotra, wewnątrz Watykanu, znajduje się niewielki kościółek – chiesa di Santo Stefano degli Abissini; architektoniczna perełka, na ogół niedostępna dla zwiedzających tłumów. Nieoczekiwane przejście z listopadowego rzymskiego poranka roku 2002 do romańskiego wnętrza sprzed wieków, z ciągle jeszcze kołaczących się w głowie resztek wczorajszych dyskusji do ciszy wyciętej w surowym kamieniu. Najpierw plącze się, a potem zupełnie zanika, granica pomiędzy próbą modlitwy bez słów a kryształową wymową zewnętrznych proporcji.
Powoli wciąga rytm liturgicznej akcji. Ani włoski, ani angielski, ani francuski nie byłyby tu na miejscu. Facite in meam commemorationem.
Na dzisiejszą niedzielę przypada fragment Ewangelii o pannach mądrych i głupich (współczesne polskie tłumaczenie mówi o pannach roztropnych i nierozsądnych, ale w to otoczenie lepiej wpisują się mocniejsze określenia). W homilii kardynał Martini (razem z kard. Ratzingerem nowo mianowany członek Akademii) rozwija temat biblijnej mądrości. Biblia nie mówi, co to jest Mądrość, lecz uczy, co należy czynić, aby ją zdobyć. Dbać, by nie zabrakło oliwy w lampie, sprzedać wszystko, co się ma, aby kupić drogocenną perłę.
Genius loci udzielił się nie tylko mnie. Na Modlitwę Wiernych uczeni podchodzą do pulpitu, by przejętymi głosami wypowiadać swoje intencje: za kolegów, którzy odeszli, za Jana Pawła II, za owoce naszej pracy...
Pomagając mi przed Mszą ubrać się w liturgiczne szaty, ciemnowłosy ministrant zapytał:
– Da dove vieni, padre?
– Da Polonia.
Okazało się, że on sam pochodzi ze Szczawnicy. Św. Szczepan Abisyńczyków i ministrant znad Dunajca.

Czynnik złożoności i czynnik czasu
Zastanawiając się nad problemem mózgu i kultury, trzeba wziąć pod uwagę czynnik złożoności i czynnik czasu. Najpierw czynnik złożoności.
Powierzchnia naszego mózgu jest okryta kilkumilimetrową warstwą komórek zwaną korą mózgową (cortex). Sądzi się, że kora mózgowa jest „siedzibą” wyższych czynności mózgowych. Wprawdzie uznanie powierzchni kory mózgowej za miarę złożoności mózgu jest ogromnym uproszczeniem, ale dla poglądowości pozwólmy sobie na nie (nawiązuję do referatu Christiana de Duve).
Powierzchnia kory mózgowej małpy, używającej patyka do wyławiania termitów z ich kopca, wynosi ok. 500 cm2; hominidy, posługującego się prymitywnymi narzędziami wyciosanymi z kamienia – 1000 cm2; człowieka, który odkrył kwarki, teorię względności i strukturę DNA – 2200 cm2. Jakie będą możliwości naszego potomka, gdy powierzchnia jego kory mózgowej osiągnie 4000 cm2? Jaka jest granica wzrostu złożoności ludzkiego mózgu? Jest raczej rzeczą nieprawdopodobną, by złożoność mózgu osiągnęła kiedykolwiek stopień niezbędny do zrozumienia wszystkiego, co jest. Jaki interes miałaby ewolucja, wyposażając nas w taki organ? Wiedza o kwarkach i teorii względności nie była nam potrzebna do biologicznego przetrwania. A jednak ją zdobyliśmy. Czemu zawdzięczamy ten intelektualny luksus? I czy komplikacja naszego mózgu jest wystarczająca, by zrozumiał on sam siebie (pytanie Wolfa Singera)?
Ale także czynnik czasu. Wiek Wszechświata, okres, jaki upłynął od Wielkiego Wybuchu do dziś, ocenia się na ok. 15 miliardów lat. Układ słoneczny powstał 4,5 miliarda lat temu. Nasza Ziemia stała się „zamieszkana” dla życia ok. 4 miliardy lat temu. Jak świadczą kopalne szczątki mikroorganizmów, życie na naszej planecie zaistniało „zaraz potem”; 3 miliardy lat temu istniało już niewątpliwie. Biologowie są zdania, że bakterie, grzyby i ludzie, i wszystkie inne organizmy żyjące dziś na Ziemi mają jednego wspólnego przodka (Last Universal Common Ancestor, w skrócie: LUCA). To właśnie mniej więcej wtedy (3 miliardy lat temu) LUCA ujrzał światło dzienne.
Ok. miliarda lat temu na Ziemi pojawiły się pierwsze rośliny i grzyby, pół miliarda lat temu – pierwsze ryby, a ok. 225 milionów lat temu – pierwsze ssaki. Ostatni wspólny przodek Szympansów i Ludzi żył tylko 6 milionów lat temu. Homo sapiens jest prawie niemowlęciem na naszej planecie; jego wiek wynosi zaledwie 0,2 miliona lat, a Jezus Chrystus przyszedł na świat 0,002 miliona lat temu.
Nasze Słońce ma przed sobą jeszcze ok. 5 miliardów lat życia. Potem wyczerpie zapasy jądrowego paliwa, ale zanim ostatecznie zgaśnie, rozedmie się i swoim żarem pochłonie cały układ planetarny. Co się jeszcze wydarzy pomiędzy chwilą obecną a tą astronomiczną katastrofą?
De Duve w zakończeniu swojego referatu powiedział: Człowiek może być tylko etapem procesu. Salamandry chodzą, ryby nie; ptaki latają, płazy nie. A jednak ciągłe przejścia łączą poszczególne ogniwa łańcucha. Tym, co nas różni od wszystkich naszych ewolucyjnych kuzynów jest zdolność rozumienia i moralna odpowiedzialność.

Bóg i rachunek prawdopodobieństwa
Prof. Walter Thirring, znany fizyk z Wiednia, nie mógł przyjechać na Sesję Akademii, ale przysłał swój referat. W jego zakończeniu pisał: Ewolucję Kosmosu widzę jako nieustanne dążenie struktur do coraz wyższej organizacji. Nietzsche oświadczył, że Bóg umarł, ponieważ Darwin wyjaśnił biologiczną ewolucję w naturalny sposób. Najwidoczniej uważał on, że Bóg jest potrzebny tylko po to, by łamać swoje własne prawa. Ale to się nie dzieje w procesie ewolucji. Bieg ewolucji nie sprzeciwia się prawom fizyki, ale nie może być z tych praw jednoznacznie wydedukowany. Ewolucja mogła przebiegać inaczej (również w zgodzie z prawami fizyki) niż rzeczywiście przebiegała. I nie tylko ewolucja biologiczna, lecz również ewolucja Kosmosu. Ale na każdym rozstaju dróg (bardziej technicznie: w każdym przejściu fazowym), wybierała ona zawsze taką ścieżkę, która pozwalała na dalszy rozwój. Jeżeli w jakimś naczyniu atom gazu znajduje się w rogu, to w niczym nie sprzeciwia się to żadnemu prawu fizyki. Jeżeli dwa lub trzy atomy gazu znajdują się w tym samym rogu, również nie ma żadnego problemu. Ale jeżeli wszystkie atomy dużej próbki gazu znajdują się w jednym rogu, a reszta naczynia jest pusta, to zaczynam się zastanawiać nad bardzo małym prawdopodobieństwem urzeczywistnienia się takiej konfiguracji. Jakie jest zatem prawdopodobieństwo tego, że kolejne bifurkacje w procesie kosmicznej ewolucji zawsze skierują ją tam, gdzie nadal jest możliwy wzrost złożoności? Nie chcę tego nazwać cudem, ale widzę w tym wszystkim subtelne działanie Stwórcy poprzez ustanowione przez siebie prawa.
Ładnie to Thirring wyraził. Zwłaszcza trafne jest sformułowanie, że ci, którzy odrzucają Boga, powołują się na Darwina (lub ogólniej – na teorię ewolucji), w gruncie rzeczy uważają, że Bóg jest potrzebny tylko po to, by łamać ustanowione przez siebie prawa. A jeżeli ich nie łamie, to Go nie ma. Ale czy poszukiwanie „usprawiedliwienia Boga” w rachunku prawdopodobieństwa, tak jak to czyni Thirring, nie jest wyrazem podobnej strategii? Czy Boga nie należy szukać jeszcze głębiej? W samych podstawach istnienia? W tym, że jakiekolwiek prawa (także prawa rachunku prawdopodobieństwa) w ogóle istnieją?
Ewolucja, wyposażając nas w luksus myślenia, skazała nas na takie pytania. Niekiedy w samym pytaniu – takie pytania należą zwykle do najważniejszych – mieści się już część odpowiedzi.

Drzewo Poznania Dobra i Zła
Jeszcze noc. Godz. 5.30. Czekając na samochód, spaceruję po dziedzińcu. Pusto. Kroki odbijają się głębokim echem. Podnoszę głowę i nie mogę oderwać wzroku. Nieprawdopodobnie granatowe niebo i bardzo jaskrawe gwiazdy. Ale tylko prostokąt wycięty z firmamentu obramowaniem dachów. Czysta, wyraźna perspektywa, a jednak wrażenie, że coś jest nie tak, jak na niektórych obrazach Eschera.
A potem szybka jazda na lotnisko. Też gwiazdy, całe ich morze – światła Rzymu uciekające wstecz. Dziwna Planeta-Ziemia. Czy jest druga podobna we Wszechświecie? Organizacja kosmicznego tworzywa w ludzkim mózgu osiągnęła stopień wrażliwości na piękno i zadawania pytań skierowanych do samej siebie. I nauczyła się zabijać z nienawiści. Planeta, na której wyrosło Drzewo Poznania Dobra i Zła.

Dopisane w ostatniej chwili. Właśnie otrzymałem wiadomość o śmierci prof. Stanisława Łojasiewicza, wybitnego matematyka z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Był długoletnim członkiem Papieskiej Akademii Nauk. Do Rzymu przyjechał samochodem. Dużo rozmawialiśmy zwłaszcza podczas posiłków. W drodze powrotnej miał się zatrzymać w Pizie. Dowiedziałem się, że wracając do Polski, w samochodzie poczuł się słabo. Zdążył zjechać na pobocze i umarł.
Rozważania o życiu nie mogą być pełne, jeżeli nie obejmują również śmierci.
listopad 2002

Ks. Michał Heller jest profesorem PAT w Krakowie, rektorem Instytutu Teologicznego w Tarnowie, członkiem Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego. Zajmuje się kosmologią, filozofią, historią nauki i relacji między nauką a teologią. Ostatnio opublikował m.in. „Sens życia i sens Wszechświata” (wyd. Biblos, Tarnów 2002) oraz „Początek jest wszędzie” (Prószyński i S-ka, Warszawa 2002). Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl